Doczekaj nowiu

Piotr Wojciechowski
Doczekaj nowiu
  • Świat Książki
    Warszawa 2007
    130×210
    384 strony
    ISBN: 83-247-0494-9

W powieści Piotra Wojciechowskiego zdarzyć się może wszystko, albo prawie wszystko. Kandydat na cara Rosji kończy jako kucharz w wiedeńskiej restauracji. Kobieta-agent, pracująca dla polskiego wywiadu i przygotowywana do roli przyszłej carycy, zamienia się w bezdomną handlarkę azjatyckimi podróbkami markowej bielizny. Relegowany z amerykańskiej uczelni wojskowej polski oficer trafia do wojskowo-naukowego programu, którego celem jest manipulowanie czasem i biologią. Zmarła dziewczyna zostaje ożywiona dzięki medycznym eksperymentom… A to jedynie niewielka część niespodzianek, jakie przygotował autor w obszernej powieści Doczekaj nowiu. Szkielet opowieści jest z political fiction rodem. Akcja książki, przerzucająca bohaterów z jednego krańca świata na drugi, rozgrywa się w nieodległej przyszłości; sytuacja w Rosji coraz bardziej destabilizuje się, więc Zachód, do spółki ze Stanami Zjednoczonymi, postanawia interweniować. Analitycy dochodzą do wniosku, że sytuację na wschodzie można opanować jedynie poprzez restaurowanie monarchii. Zaczynają się wywiadowcze manewry i gry polityczne, przygotowywane są mniej lub bardziej fantastyczne, mniej lub bardziej zapasowe rozwiązania. W szpiegowsko-polityczne afery wplątanych zostaje dwójka Polaków, Michał i Ludka, będący głównymi bohaterami tej powieści. Kiedyś byli razem, potem rozstali się, gubiąc przy okazji sens i radość życia. Książka nie jest tylko pełną sensacji wariacją na temat przyszłości świata i pokomplikowanych stosunków polsko-rosyjski, ale również – a może przede wszystkim – historią młodych ludzi, którzy mimo tego, że wciąga ich bezlitosny kołowrót historii, szukają celu w swoim życiu i zwyczajnego szczęścia. Wojciechowski napisał powieść z rodzaju „dwa w jednym” - przeznaczoną zarówno dla namiętnych pożeraczy fabuł, dla których liczy się przede wszystkim wartka, pełna niespodziewanych zwrotów akcja, jak i dla czytelników szukających w powieści głębszej refleksji.

- Robert Ostaszewski


Fragment

To był ciężki dzień. Sierpniowy upał, w konsulacie wypełnianie rozmaitych formularzy, rozmowa z sekretarzem, rozmowa z konsulem. Sekretarz, tłusty aparatczyk przed emeryturą, z przekrwionymi białkami oczu, pewnie po jakiejś libacji. Konsul wysoki, młody, szczupły, łysiejący mocno blondyn w okularach w złotej oprawie. Grzeczny, dobrze radzący sobie z polskim, wysławiający się piękną ruszczyzną, gdy przeszli na rosyjski. Obydwaj według tego samego scenariusza przyjaznej rozmowy. Banalne pytania powtarzane wiele razy i wiele razy powtarzane żale względem polskich mediów. Co ją to obchodzi, że jakieś prowokacje, że w jakimś muzeum flagi z sierpem i młotem rzucone na podłogę. Depczą czy nie depczą? Czy miała mówić, że dla niej można by wszystkimi flagami świata myć podłogi? Polską też, ruską też. Sierp i młot mieli żołnierze radzieccy na hełmach, ginęli za Polskę. Przepraszam, kiedy? Nie kręci jej ta prehistoria, ale tu nie będzie się z tym wychylać. Dymitr. Dymitr. Dymitr. To jej mantra, a Dymitr miałby jakieś zdanie na ten temat. Przypomniała sobie niedawną rozmowę w kafejce na Bednarskiej. Pochodzili przedtem po Starym Mieście, widzieli handlarzy ruskich pamiątek.
Uszatki z czerwonymi gwiazdami, matrioszki, odznaki.
Potem pili mrożoną kawę.
Dymitr mówił, że bolszewicy to był trąd Rosji. Ale smutno i tak, że sztandary, pod którymi ginęli biedni Rosjanie, leżą na ziemi razem z arbuzami i książkami o Kamasutrze. Tamte czerwone sztandary, z sierpem i młotem, wydawały się wiecznie zwycięskie. Teraz można je kupić w antykwariatach, nawet na bazarach z podrabianymi czapami jeźdźców Budionnego, z popiersiami Lenina i odznakami Bohatera ZSRR. Gdzie duma? Gdzie jest wielkość?
Nowi ruscy to nie nowi ruscy, to nowa Złota Orda. Tak powiedział, ale nie wyjaśnił dlaczego i co to Złota Orda.
Tak mówił, a ona czuła, że jest z nią szczery, że ani mu w głowie robić na niej takie czy siakie dobre wrażenie, czy wielkoruskie wrażenie.
Tu robiono dobre i wielkoruskie wrażenie. Na zakończenie dłużącej się wizyty u konsula dowiedziała się, że za parę godzin czeka ją kolejna dyplomatyczna męka, zostało przygotowane jej spotkanie z Siergiejem Kowaliowem, byłym rzecznikiem praw człowieka, i tymi monarchistami, których nie udało się jej widzieć w Rosji.
Ludka słuchała tego dość spokojnie, to już była kwestia treningu.
- Pan pozwoli, że dla jasności sytuacji spytam: mam się z nimi spotkać jako kto?
- Jako Ludmiła Pawłowna Godunow, córka przedstawiciela historycznego rodu, ofiary komunistycznych represji - odpowiedział konsul. - Przecież ja zgodziłem się przyjąć panią właśnie ze względu na to, że jest pani córką Pawła Andriejewicza. Rosja musi znać i szanować swoją historię.
Konsul wyprowadził ją aż na wspaniałe schody, a tam nagle stanął przy niej tak blisko, że myślała: Chce mnie pocałować.
- Wygląda na to, że los demokracji w Rosji jest przesądzony - powiedział konsul półszeptem. - To już kwestia paru miesięcy, tak twierdzą specjaliści.
Zaraz potem na operatywce u pułkownika Zachariasza Ludka musiała szczegółowo opowiedzieć, co było w ambasadzie. A później, jakby ilustrując powiedzenie o losie demokracji, puścił jej Zachariasz przegląd serwisów telewizyjnych o Rosji. Niby miały to być same najnowsze niusy, ale Ludce zdawało się, że niektóre z nich widziała dawniej i jeszcze dawniej, a teraz drugi albo trzeci raz.
CNN: Po obławie na spekulantów na bazarach - dziesiątki trupów. Czołgi rozwalają barykady wzniesione przez demonstracje głodujących. Było. EuroNews: Do Dumy wkracza bojówka paradnie wystrojonych Kozaków z Krasnodaru, papachy, ordery, szable u boku, nahajkami atakują liberalnych deputowanych. Też widziane, chyba przed miesiącem. BBC: Na wiecu przed cerkwią przemawiają przedstawiciele partii monarchistycznych – Wszechrosyjskiej Partii Monarchistyczno-Nacjonalistycznej i Rosyjskiej Konstytucyjno-Monarchistycznej Partii Demokratów. Przepychanka między zwolennikami dwu partii. Walą się kołkami od transparentów. Ktoś biega po placu z portretem Stalina na patyku. Deutsche Welle: Przez wypełnione złomem gigantycznych ciężarówek jary tłumnie śpieszą Kozacy w tradycyjnych strojach, pieszo i konno. Atamani z obnażonymi szablami poganiają. Patrole kozackie zatrzymują autokary i mercedesy na szosach. Rekwizycje, przepychanki, jakiś samochód zepchnięty na żywopłot płonie. A potem reportaż o losach flotylli podwodnych łodzi atomowych, o bazie w Andriejewce za Murmańskiem, o silosach z odpadami atomowymi, o oficerze, który umożliwił francuskiej ekipie nakręcenie reportażu, wywiady z kierowcami ciężarówek z atomowego złomowiska, komentarz uzupełniał, że ten oficer zginął, wypadek.
Trochę się spóźnili do ministerialnego pałacyku na ulicy Foksal, ale to nawet nieźle wypadło. Czekali w większym salonie, za drzwiami widać było ten błękitny, cateringowe przyjęcie na stołach. Ludmiła w stalowoszarym żakiecie, w czarnej spódnicy, wyglądała bardzo oficjalnie, tylko fryzurę i dekolt miała bardziej młodzieżowe. Weszła wyprostowana, poważna, jakby nie słyszała drobnych brawek, jakie się od strony monarchistów posypały. Po prezentacjach pewnym krokiem podeszła do stołu z mikrofonami, tu dopiero pozwoliła sobie na powitalny uśmiech.
Postukała w mikrofon.
- Słychać, działa? Dobrze. Zaraz odpowiem na pytania państwa, oczywiście w kwestiach, w których nie obowiązuje mnie dyskrecja. Ale na początek to ja chciałabym zadać pytanie. Od wysoko postawionego przedstawiciela władz Federacji - nie mogę pomóc państwu w jego identyfikacji... - a więc od osoby dobrze poinformowanej dowiedziałam się, że los demokracji w Rosji jest przesądzony, co więcej, w tej materii opinia ekspertów jest zgodna. Kwestia miesięcy - powiedziano mi. Czy ktoś może mi wyjaśnić, jak to należy rozumieć? Los demokracji w Rosji będzie teraz lepszy czy gorszy? Demokracja musi zniknąć czy musi rozkwitać? Kto z państwa? Proszę, profesor Jegorow. A po panu zabierze głos ataman Ismaiłow-Bucharski.
Malik i porucznik, który dbał o angielszczyznę Ludki, stali w drzwiach w mundurach straży marszałkowskiej.
- Pomyślałbyś, Mirek? Fantastycznie nawija...
Malik pokiwał głową.
- Dobra jest ta nasza Ludka. Rok z kawałkiem szkolenia, dęba stawała, ale jest efekt.
Pomyślał jednak nie „nasza Ludka", ale „moja Ludka". Wiedział, że ma prawo. Napracował się, namartwił. Żadne nadgodziny i premie specjalne nie mogą być taką nagrodą - jak to teraz.