Wieszanie

Jarosław Marek Rymkiewicz
Wieszanie
  • Sic!
    Warszawa 2007
    135 x 205
    268 stron
    ISBN: 978-83-60457-17-7

Wieszanie to opowieść historyczna traktująca o wydarzeniach, jakie miały miejsce w Warszawie między połową kwietnia a początkiem listopada 1794 roku. To czas polskiego zrywu narodowowyzwoleńczego skierowanego przeciwko Rosji, który przeszedł do historii jako insurekcja kościuszkowska. Rymkiewicz skupił się na aktach przemocy, które były częścią powstania z końca XVIII wieku – publicznych egzekucjach przez powieszenie. W ten sposób lud Warszawy dokonał zemsty na prominentnych politykach i przywódcach wojskowych, którzy okazali się zdrajcami sprawy narodowej i którym udowodniono, iż byli hojnie opłacani przez Rosjan. Pisarz rekonstruuje wszelkie okoliczności związane z tamtymi egzekucjami. Posiłkując się setkami dokumentów z epoki, opisuje, gdzie ustawiono szubienice, jak wyglądali i zachowywali się w ostatnich chwilach przeznaczeni do powieszenia renegaci, co się działo z ich ciałami potem. Zachwyca niezwykła dociekliwość pisarza. Autor Wieszania konfrontuje ze sobą rozmaite relacje, a tam, gdzie istnieją poważne wątpliwości co do rzeczywistego przebiegu wypadków, odwołuje się do zasad detektywistycznej dedukcji. Książka ta jest nie tylko opracowaniem historycznym poświęconym burzliwym epizodom z odległej przeszłości, ale i niezwykle przenikliwym esejem traktującym o mechanizmach dziejów. Jednym z ważniejszych wątków są tu rozważania krążące wokół oceny polskiej rewolucji roku 1794 – tak z punktu widzenia dawnych Polaków, jaki i z dzisiejszej perspektywy. Rymkiewicz zastanawia się między innymi nad skutkami zaniechania królobójstwa (do cna skorumpowany przez Rosjan ostatni król Polski cudem uniknął szubienicy).

- Dariusz Nowacki

Fragment

Kiedy zaczęła się insurekcja, Stefan Böhm (jego nazwisko pojawia się tez w innych formach – Beym oraz Bem) był mężczyzną w sile wieku – miał pięćdziesiąt trzy lata. Rodzina, z której pochodził, nie była bogata, a w dodatku Stefanek (jak go potem czule w Warszawie nazywano) był jedenastym z kolei synem. Z Chełma, gdzie się uczył, wysłano go, z nadzieją, że uzyska intratny zawód, na studia medyczne do Królewca. Z nieznanych powodów Bohm studiów nie ukończył, ale specjalizacja chirurgiczna, którą sobie obrał, mogła być mu potem przydatna w jego pracy zawodowej. Wyjechawszy z Królewca, Bohm znalazł pracę u Radziwiłłów z Nieświeża - był oficjalistą w dobrach księcia Karola Radziwiłła Panie Kochanku, a potem, w roku 1768, zaciągnął się do wojsk Konfederacji Barskiej. Jego konfederackie przygody są słabo znane, wiadomo tylko, że walczył w okolicach Krakowa i w bitwie pod Tyńcem został ciężko ranny, jak pisał w drugim tomie Cmentarza Powązkowskiego Kazimierz Władysław Wójcicki, „zrzucony z konia i jako zabity na polu zostawiony". Życiorys zamieszczony w dziele Wójcickiego jest niemal jedynym źródłem, z którego można zaczerpnąć garść jako tako wiarygodnych wiadomości o młodości Bóhma. Następnego dnia po bitwie pod Tyńcem dworzanie księcia Panie Kochanku odnaleźli swego kolegę na pobojowisku, a choć rana, którą otrzymał, nie była śmiertelna, musiała ona mieć nie byle jaki wpływ na jego życie - może nawet w jakiś sposób zadecydowała o tym, że po latach wybrał taki a nie inny zawód. Było to, jak pisał Wójcicki, „cięcie szabli przez twarz i głowę", a skutkiem tego ukośnego cięcia była straszliwa blizna, która naznaczyła, a nawet zniekształciła twarz Bóhma. Coś, co skazańcy, w ostatniej chwili, mogli uznać - i nawet z pewnością uznawali - za krzywy uśmiech Stefanka, może za uśmiech szyderczy, uśmiech diaboliczny, było więc w istocie nieuniknionym i niefortunnym grymasem spowodowanym przez biegnącą ukośnie, od czoła do podbródka, bliznę. Twarz kata - to był ostatni widok, który ze sobą stąd zabierali; i tak świat żegnał ich krzywym uśmiechem. Bardzo proszę, żeby wzięli to pod uwagę ci, którzy widzą, jak się uśmiecham - pisząc tę książkę. Kiedy straszna rana wreszcie się zabliźniła, Bohm znalazł się - nie wiadomo, jakim sposobem - w Heilsbergu, w którym to miasteczku, na Warmii (teraz nazywa się ono Lidzbark Warmiński), rezydował biskup poeta, Ignacy Krasicki. Ich rozmowy, biskupa i kata, w biskupim ogrodzie, w oszałamiającym zapachu czerwonych różyczek wspinających się tam po pergolach - cóż to za temat wspaniały. Ale, niestety, nic o nich nie wiadomo, musielibyśmy je w całości zmyślić - a tego nie lubię. W roku 1778 ukazała się drukiem Monachomachia; właśnie w tym czasie Bohm mieszkał w Heilsbergu. Może Bohm grywał w dworskim teatrze Krasickiego -jego twarz, straszliwie przecięta i obrzydliwie wykrzywiona, predestynowała go na aktora, oczywiście takiego, który występuje w rolach komicznych. Ale to są tylko moje domysły. W Heilsbergu Bohm zaprzyjaźnił się z kimś, kto nazywał się Müller lub Miller i pracował na dworze Krasickiego. Ów Miiller był chirurgiem biskupa, znany też był z tego, że przeprowadzał w Heilsbergu jakieś doświadczenia naukowe z dziedziny fizyki oraz chemii - choć trwał w najlepsze wiek rozumu, mogło być i tak, że w Heilsbergu destylowano wówczas jakieś płyny (kwas siarkowy?), pragnąc wyprodukować z nich eliksir życia. Müller, prowadząc swoje naukowe badania i krojąc swoich pacjentów, dorabiał sobie w Heilsbergu jako kat, i Bohm, zaprzyjaźniwszy się z nim, zaczął asystować przy egzekucjach. Poznał w ten sposób techniczne tajemnice zawodu, który chyba mu się spodobał. Technika Bóhma - ta, którą stosował w czasie warszawskich egzekucji - była dość pomysłowa, ale na pytanie, czy zapoznał się z nią w Heilsbergu, czy sam później wymyślił, nie da się odpowiedzieć. Mogła ona też pochodzić z jakichś innych źródeł - jeśli, czego nie wiem, istniały niemieckie czy francuskie podręczniki, z których można się było nauczyć tego zawodu. Koło roku 1780, porzuciwszy Heilsberg i teatr dworski Krasickiego, Bohm (znów nie wiadomo jakim sposobem) znalazł pracę gdzieś nad Bugiem - w miasteczku, które nazywało się Pratulin. Wójcicki pisał, że „mosty na Bugu dozorował". W tym to Pratulinie zawarł w roku 1782 związek małżeński z Marianną z domu Gliszczyńską, zaś dwa lata później Marianna urodziła mu syna, któremu na chrzcie dano imię Kacper. Pobyt w Pratulinie skończył się trochę nieszczęśliwie, bowiem po drugim rozbiorze, w roku 1793, przez Bug przeprawiały się akurat w tym miejscu oddziały rosyjskie i Bohm został przez kogoś rozpoznany jako konfederat barski. „Jako dawny partyzant wskazany - pisał Wójcicki - tyle tylko miał czasu, ile do ocalenia siebie, żony i syna potrzebował". Nieszczęśliwy ten wypadek skończył się jednak szczęśliwie, bowiem Bohm z żoną i dzieckiem uciekł do Warszawy, gdzie mu się powiodło. Bóhmowie zamieszkali w pobliżu ulicy Fawory, prawdopodobnie na ulicy Zielonej pod numerem 2075 - wnioski, jakie można wyprowadzić w tej sprawie z ówczesnych warszawskich taryf, są jednak trochę niepewne. Tak czy inaczej, była to najlepsza dzielnica Warszawy - w dworkach na Faworach i na Zielonej mieszkali wówczas najbogatsi warszawiacy. Ponieważ o pierwszych miesiącach pobytu Bóhmów w stolicy nic nie wiadomo, nie sposób też wytłumaczyć, w jaki sposób znaleźli się oni w takim dobrym miejscu. Wójcicki tłumaczył to tym, że Bóhm „doznawał chlubnych względów od znakomitych wodzów" jako „stary wojak", ale takie tłumaczenie nie wydaje się wystarczające - wreszcie wielu starych wojaków żebrało wtedy na ulicach Warszawy. Pisząc o znakomitych wodzach, Wójcicki miał na myśli generała Henryka Dąbrowskiego, który był sąsiadem Bohmów, oraz księcia Józefa Poniatowskiego, który, gdy Bóhmowie budowali swój dworek na Zielonej, wspierał ich finansowo. Prawdopodobnie niebawem po przyjeździe do Warszawy Bóhm odnalazł mieszkającego tutaj brata swojego heilsberskiego przyjaciela, owego Müllera lub Millera, który był chirurgiem i katem u biskupa Krasickiego. Warszawski brat, też Müller lub Miller, miał na imię Jan i był katem Warszawy. Miał on już swoje lata i nie dawał sobie rady z pracą, która wymagała pewnej siły fizycznej, władze miejskie poszukiwały więc jego następcy. Bóhm, który zebrał trochę doświadczeń w Heilsbergu, był dobrym kandydatem. Jako że praca była (jeśli wziąć pod uwagę różne dodatki) nieźle płatna, Müllerowi udało się go namówić i w ten sposób Warszawa pozyskała nowego kata.