Przybywający

Witold Sadowski
Przybywający
  • Znak
    Kraków 2007
    124×195
    264 strony
    ISBN: 978-83-240-0815-5

W kryminałach postaci morderców i tych, którzy ich ścigają, bywają rozmaite; zazwyczaj jednak są wyraziste, charakterystyczne, tak skreślone, aby przykuwały uwagę czytelnika. W końcu – kryminały czytamy nie tylko po to, aby dowiedzieć się, kto zabił i dlaczego. Witold Sadowski w Przybywającym postawił na inny chwyt: niedookreślenie. Już sam tytuł jest wieloznaczny, bo trudno rozstrzygnąć, czy chodzi o jedną osobę, która przybywa, dwie, wiele… Akcja powieści rozgrywa się w bliżej nieokreślonym czasie i miejscu, ot, wszędzie i nigdzie, w „jakimś” mieście. Panoszy się w nim zło, raz po raz dokonywane są w nim potworne zbrodnie, a ci, którzy próbują przeciwstawić się tajemniczemu zabójcy, giną. Morduje niejaki Hans Hurrley, ponoć, bo ci, którzy go tropią, nie wiedzą, kim jest i czy w ogóle istnieje. Być może Hurrley jest jedynie hipotezą, albo diabłem, albo czystym złem, zagnieżdżającym się w umysłach słabych ludzi; a może apokaliptyczną bestią, która ukarać ma ludzi za ich grzechy. A tych jest wiele, bo w świecie powieściowym, wykreowanym przez Sadowskiego, wszelkie wartości uległy rozmyciu (w Przybywającym znaleźć można nie tylko wątek kryminalny, ale również ostrą satyrę na ponowoczesność, nazywaną w tekście „postrelatywizmem”). Hurrleyowi stara się przeciwstawić Debergov, należący do grona tajemniczych Wybranych, którego żona została bestialsko zamordowana, podobnie jak inni Wybrani, jego przyjaciele. Z jakim skutkiem? Tego, oczywiście, nie zdradzę. Czym i o czym jest powieść Sadowskiego? Zaryzykowałbym stwierdzenie, że Przybywający stanowi coś w rodzaju przypowieści kryminalnej o odwiecznych zmaganiach dobra ze złem, aniołów z diabłami – zmaganiach, które nie mają końca, i są tym brutalniejsze, im więcej jest zła w świecie. Ale równie dobrze można tę powieść odczytać wyłącznie jako historię o zbrodni i zemście.

- Robert Ostaszewski

Witold Sadowski (ur. 1973), z wykształcenia matematyk, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Od wielu lat jest redaktorem działu matematycznego miesięcznika „Delta”. Ma na swoim koncie kilkadziesiąt artykułów popularnonaukowych oraz nagrodzoną w ogólnopolskim konkursie książki Femme fatale. Trzy opowieści o królowej nauk (2000). Przybywający to jego prozatorski debiut.

Fragment

Zieleń ogrodu miała barwę budzącej się do życia trawy, jaskrawą intensywność koloru zmieszaną z szarymi smugami konarów i gałęzi. Słońce rozlało się pośród drobnych liści, słychać było śpiew ptaków i Debergov poczuł się nieco oszołomiony tym światem, o którego istnieniu niemal już zapomniał, który trwał niezależnie od niego, niezależnie od jego tragedii lub szczęścia, niezależnie od Hansa Hurrleya i jego spraw. Ta pewność istnienia, trwałość, niezachwiany pęd ku życiu, jaki widać było wszędzie wokół, wypełniły serce Ivo od dawna mu nieznanym pokojem. Szedł więc obok Jana Mateusza bez pośpiechu, czekając aż ten rozpocznie rozmowę. Ale i największy – obok sir Roberta – literat jego czasów zbierał myśli, a może i siły, więc szli w milczeniu przez dobrych kilka minut.
Wreszcie Jan Mateusz zatrzymał się i patrząc gdzieś w dal, unikając wzroku Debergova, spytał:
– Pan w to wierzy?... W to, że kiedyś odnajdzie pan Hansa Hurrleya?
– Muszę wierzyć – Ivo uśmiechnął się w zwykły sobie, bardzo smutny sposób. – Byłem blisko już kilka razy...
– A jednak nigdy się nie udało...
– Tak, nigdy się nie udało... Hurrley zawsze znikał jak fatamorgana. Zawsze brakowało tego ostatniego kroku, ginęło ostatnie ogniwo do niego prowadzące... To trochę taka... syzyfowa praca – znów uśmiechnął się. – Czasem myślę, że może go w ogóle nie ma. Że Hans Hurrley nie istnieje.
– To możliwe?
– Tak. To dopuszczalna hipoteza. Choć mało prawdopodobna – dodał po chwili.
Teraz uśmiechnął się Jan Mateusz.
– Naprawdę nie wyklucza pan, że celem pańskiego pościgu jest fantom, zjawa?
– Ktoś zabija. I nie jest to żaden duch ani przywidzenie – poważnie odparł Ivo.
Mateusz przez moment zastanawiał się nad czymś, a potem spytał rzeczowo:
– Co pan o nim wie? Czy Hans Hurrley jest wysoki czy niski? Jest brunetem czy blondynem? Czy zna pan jakiekolwiek konkrety?
– Nie. Wiem niewiele. Nie było żadnego świadka, który widziałby go bezpośrednio... Z wyjątkiem – być może – Chirurga, ale on... on milczał jak grób, dopóki nie... Natomiast inni... – przez moment Debergov plątał się w swej wypowiedzi, jakby klucząc między tym, co może,
a co chce powiedzieć, aż w końcu rzekł pewnym siebie tonem: – Tak trudno odróżnić tu ponure legendy od prawdy. Gdyby dać wiarę każdemu zeznaniu, Hans Hurrley musiałby mieć wszystkie cechy naraz. Albo zmieniać je jak kameleon. Tylko jedno jest w nim stałe. Jest zły, choć zdaje mu się, że działa poza dobrem i złem. To niemal wszystko, co o nim wiem.
– To niewiele. Rzeczywiście można zwątpić w istnienie kogoś, kto ma tylko tę jedną cechę...
Zaległa cisza.
– Rozmawiał pan kiedyś z mordercami? – spytał w końcu Ivo.
Jan Mateusz przecząco pokręcił głową.
– A ja tak. Wiele razy. I często zdawało mi się, że ktoś lub coś obudziło w nich zło, ukryte w ich środku. Że zło przyszło do nich najpierw z zewnątrz, że bez tego impulsu nic by nie zrobili.
– To zło z zewnątrz to Hans Hurrley?
– Może.
Jan Mateusz zatrzymał się. Przez jakiś czas rozważał coś w myśli, a potem odwrócił się w stronę Debergova i rzekł:
– Zawsze sądziłem, że Hans Hurrley to morderca, potwór, może nawet Bestia. Ale teraz słucham pana i zdaje mi się, że pan szuka kogoś więcej niż zabójcy. Pan mówi o tym człowieku jak o sprawcy całego zła w tym mieście.
– Tak... Chyba można tak to widzieć...
– W takim razie stoi przed panem zadanie nie do wykonania. Przecież zło zostanie. Może dopadnie pan Hurrleya, może zabije. Ale zerwie pan tylko maskę zła. Pod nią będzie inna.
– Pan to mówi, żeby mnie zniechęcić?
– Nie wiem, po co to mówię – zamyślił się Jan Mateusz. – Może sam mam wątpliwości. A może staram się usprawiedliwić? Może wstyd mi, że nie potrafiłem poświęcić tyle, co pan...
– Niech pan będzie spokojny – twarz Debergova stała się w jednej chwili blada i pozbawiona wszelkiego grymasu. – Gdybym wcześniej wiedział, co mogę stracić, nie poszedłbym tą drogą.
– To i tak nie da mi spokoju – westchnął Mateusz.
– Widzi pan, żyć z daleka od zła jest łatwo. Ale wyjść dobrowolnie naprzeciw niego? Narazić się na kontakt z nim? Może strach przed tym każe mi mówić o tych maskach?
– A nie wierzy pan, że kiedyś pod kolejną, może setną, może tysięczną maską, nie będzie już nic?
– Myślę, że będzie. I że ani pan, ani ja nie wytrzymalibyśmy tego widoku.
Zaległa cisza. Szli teraz w milczeniu w dół ścieżki.
– Ktoś, kto przyjdzie po mnie, wytrzyma – stwierdził Debergov z nieco wymuszonym optymizmem.
– A kiedy to będzie? – uśmiechnął się Jan Mateusz. – Gdyby to się stało, mielibyśmy Królestwo na Ziemi. Spełniłyby się stare przepowiednie.
Ivo roześmiał się szczerze.
– Pan mnie przecenia. Ja nie walczę o powszechne szczęście. Ja chcę tylko dopaść zbrodniarza.
– Tak, pan chce tylko dopaść zbrodniarza... I w czym ja mógłbym panu pomóc?
– Co pan wie o Dominiku de Ploeve? – Debergov przeszedł do konkretów.
Jan Mateusz wzruszył ramionami.
– Niewiele. Ta postać mało mnie interesuje.
– Czy on mógłby mieć jakikolwiek kontakt z... Hansem Hurrleyem?
– Pan mówi o tych sztukach McCallosta? – uśmiechnął się ojciec Michelle. – Kevin ma dziwne pomysły. Rozmawiałem z nim o Literacie. Ta jednoaktówka oparta jest na jakichś niejasnych plotkach, które – szczerze mówiąc – nie wiem, skąd się pojawiły w naszym środowisku. Ale de Ploeve robi wszystko, by te historie wyglądały na wiarygodne. Jego amoralność jest tak sztandarowa, że wielu widziałoby go na akademiach u Belzebuba, choć uważam, że o bratanie się z Hansem Hurrleyem trudno go posądzać. Może jednak pan sam z nim o tym porozmawia? Mam adres Dominika sprzed kilku lat. Myślę, że nie zmienił miejsca zamieszkania.
Ivo kiwnął głową i przez jakiś czas szli w milczeniu.