Dolina radości

Stefan Chwin
Dolina radości
  • Tytuł
    Gdańsk 2006
    135×200
    544 strony
    ISBN: 83-89859-10-6

Dolina Radości to dynamiczna powieść przygodowa z elementami fantastyki i zarazem dostojna rozprawa moralno-filozoficzna. Akacja utworu obejmuje znaczną część XX wieku (od lat 30. po lata 70.), areną zdarzeń powieściowych są miasta niemieckie (Monachium i Berlin), polskie (Gdańsk i Warszawa) oraz rosyjskie (Stalingrad, Moskwa). Na płaszczyźnie anegdotycznej powieść przedstawia niezwykłą historię życia Eryka Stamelmanna, „rzeźbiarza twarzy”, utalentowanego charakteryzatora, pioniera chirurgii plastycznej. Eryk posiadł zadziwiającą zdolność manipulowania wyglądem ludzi. Upiększa między innymi oblicze Hitlera i Stalina, odkrywa i poprawia urodę Marleny Dietrich, pod Stalingradem przydaje dostojeństwa zwłokom niemieckich oficerów, troszczy się o to, by nie przeminęło piękno mumii Lenina. Tak perypetie głównego bohatera powieści, jak i jego rodowód nie mieszczą się oczywiście w konwencji realistycznej. Eryk to – dosłownie – przybysz z kosmosu, dobry duch, który pojawia się na Ziemi po to, aby poprawiać dzieło Stworzyciela: szpetnych czynić pięknymi, starych młodymi, kobiety mężczyznami (lub odwrotnie); zmieniać to, co z góry przesądzone (np. przynależność do rasy ludzkiej). Zadziwiające przygody genialnego charakteryzatora są fabularnym pretekstem. Chwinowi zależy na przedyskutowaniu problemów natury filozoficznej. Pisarz zastanawia się nad takimi kwestiami, jak tożsamość człowieka XX wieku, pokusa ucieczki od „ja” w maskę i pozory, terror piękności, złudne marzenia o nieśmiertelności. W metaforyczny sposób Stefan Chwin opisuje sytuację sztuki i położenie artysty w ubiegłym stuleciu.

- Dariusz Nowacki

 

Fragment

Zjawiła się w mojej garderobie we czwartek o trzeciej. Wiedziałem, że nie będzie łatwo. Jest uparta, zna swoją wartość będzie się bronić. Musiałem użyć podstępu, by uległa. Wierzyła. że jest dobra sama z siebie. Błąd, który popełnia większość aktorek. Kiedy metalową pincetą zacząłem wyskubywać jej brwi, wściekła się, odsuwając twarz: „Co to znaczy?!"- „Ależ pani Dietrich - skłoniłem się z szacunkiem - nie mam niczego złego na myśli. Niech pani zwróci uwagę na rysunek swoich powiek. Ma pani powieki bardzo piękne, jak żadna z kobiet. Większość kobiet ma powieki przysłonięte skórą spod brwi. Pani zaś ma powieki odsłonięte. Należy ten fakt podkreślić. Wysoko uniesione, wygięte w łuk brwi, wzmocnią efekt. Teraz ma pani brwi nieco za grube". „Niech pan da spokój! - nie przestawała się wściekać - Mnie wystarczą takie brwi, jakie mam!". „Widzi pani - mówiłem do niej spokojnie jak do dziecka - ma pani brwi bardzo piękne, tylko nieco za grube. W zbliżeniach będą wyglądać jak dwa czarne paski na czole. Zwykłe brwi zwykłej kobiety. Proszę spojrzeć - palcami lekko uniosłem jej brwi - czy tak nie będzie lepiej? Pani brwi powinny wyglądać jak łuk tęczy po letnim deszczu". Uśmiechnęła się: „Jak się pan nazywa?". „Ja? - zdziwiłem się tym pytaniem, bo kogo tam obchodziło, jak się nazywa jakiś makijażysta. - Nazywam się Eryk Weissmann". „A ja już myślałam, że Szekspir. Pisze pan może wiersze?". „A skądże - obruszyłem się z tajoną radością, widząc, że sprawy przybierają pomyślny obrót. - To tylko pani twarz tak mnie nastroiła na wysokie tony". „Więc myśli pan, że tak będzie lepiej?" - uniosła sobie palcami brwi, patrząc w lustro. „Na pewno" - przytaknąłem z najgłębszym przekonaniem. - „Tylko niech pan uważa - napięła sobie palcami skórę na skroniach, sprawdzając efekt. - To trochę boli".
Wziąłem pincetę i zacząłem delikatnie wyskubywać włosek po włosku, nadając brwiom kształt idealnego łuku. „Brwi jak łuk tęczy" - zamruczała ironicznie, śledząc zmrużonymi oczami każdy ruch mojej ręki. Ostrożnie, raz po raz zdmuchiwałem włoski ze skóry, jakbym ciepłym oddechem ożywiał chłodną bladość kobiecego czoła. Była to prawdziwie jubilerska robota. Nie wiedziałem czemu, ale gdy tak metalową pincetą skubałem wąziutkie brwi, serce waliło mi w piersiach, jak nigdy.
Pewnie tak samo czul się Botticelli, gdy malował swoją Primaverę. Kłębkiem waty umoczonym w płynie Amielsa delikatnie przetarłem twarz pani Dietrich, po czym zabrałem się do sporządzania podkładu z kremu marsylskiego. Poddawała się wszystkiemu obojętnie, jakby to nie dotyczyło jej samej, tylko jakiejś zupełnie innej kobiety, która zamiast niej usiadła przed lustrem z dziewięcioma żarówkami. „Mogę zapalić" - zapytała. „Och, wolałbym nie. - skłoniłem głowę. - Niech mi pani wybaczy, ale to mnie trochę rozprasza". Włosy zrobiłem na platynowe, rzuciłem mocne cienie na policzkach, rzęsy przyczerniłem tuszem, usta pogrubiłem szminką.
Dobry Boże! Żebyż to pan, komisarzu Kluge, widział jak ona wyglądała przed Błękitnym Aniołem! Kim ona była! Jakaś, pożal się Boże, córka jakiegoś Polizeileutnanta, która -wyobraża pan to sobie? - na początku zarabiała na życie reklamowaniem nowych fasonów butów. Ona zresztą wcale nie nazywała się Dietrich tylko Maria Magdalena von Losch. Rozumie pan - von Losch! Urodziła się w Schonenbergu na Sedanstrasse. Do szkoły chodziła na Gasteiner Strasse. Wie pan gdzie jest ta Gasteiner Strasse? Jako dziewczyna nieprzytomnie podziwiała Henny Porten. Chodziła na każdy jej występ na Kurfurstendamm do Mozartsaal i do Marmorsaal. Pobierała nauki u samego Reinhardta, ale z jakim skutkiem? No, zgoda, zagrała nawet w paru sztukach Szekspira, ale jakie to były role! Potem mieszkała na Kaiserallee. Odwiozłem ją tam kiedyś ze studia taksówką. Dokładnie pod numer 54. W dwudziestym czwartym, kiedy wyszła za Siebera, wynajęła tanie mieszkanie na czwartym piętrze. A za współlokatorkę miała kogo? Leni Riefenstahl. Tak, komisarzu Kluge, samą Leni Riefenstahl. U Pabsta w Zatraconej ulicy zagrała nawet z Gretą Garbo. Potem one się bardzo nie lubiły, ale wtedy zagrała. Jeden raz w życiu! I śpiewała po kabaretach te swoje kawałki Miszy Spolianskiego, zresztą z dość znacznym powodzeniem. A ten niepotrzebny romans z Claire Waldorf? Po co jej to było, nie wiem. Kontrakt na Błękitnego anioła podpisała w październiku. Boże drogi, pamiętam dobrze, jak się krzywił operator Günter Rittau: „Pani Dietrich ma kaczy nos i nie wiadomo, co z tym zrobić". A potem filmował ją w Błękitnym Aniele! Tak, komisarzu Kluge, on sam, nikt inny!
Wie pan, ona miała dziwne upodobania. Od aktora Igo Syma nauczyła się grać na pile. Słyszał pan kiedy, komisarzu Kluge, o jakiejś wielkiej aktorce, która by grała na pile? A ja, widzi pan, kiedyś wchodzę do jej garderoby i widzę, że pani Dietrich gra na pile. Wyobraża pan to sobie? Siedzi na krześle, nieubrana, z papierosem przylepionym do warg, w pończochach z czerwonymi podwiązkami, w cylinderku i gra w najlepsze na pile. Erich Pommer - producent Błękitnego anioła - jak mu tylko ktoś o niej wspomniał, krzyczał, aż szyby drżały w oknach: „Wszystkie, tylko nie ta zdzira!". Leżał wtedy, jak pamiętam, z nogą w gipsie. W ogóle jej nie chcieli. Ani Pommer, ani Heinrich Mann, co napisał scenariusz. On wolał, żeby Lolę Lolę zagrała Truda Hesterberg z berlińskiego kabaretu „Wilde Buhne". A kiedy zrobiono próbne zdjęcia panny Manheim i pani Dietrich, wszyscy orzekli: „Manheim - lepsza". Tak to wtedy wyglądało, komisarzu Kluge.
Premierę Błękitnego Anioła mieliśmy pierwszego kwietnia, a już drugiego wyjechała do Stanów, bo podpisała kontrakt z Paramountem w pięć minut. Pożegnałem ją na Anhalter Bahnhof.
A teraz wszyscy trąbią, że to Sternberg ją wypatrzył!
Kto tam chce słyszeć o jakimś makijażyście.