Nagrobek z lastryko

Krzysztof Varga
Nagrobek z lastryko
  • Czarne
    Wołowiec 2007
    125 × 195
    356 strony
    ISBN: 978-83-89755-92-6
    Translation rights: Polishrights.com

Akcja powieści zawiązuje się około roku 2070. Zmęczony życiem narrator, na chwilę przed popełnieniem samobójstwa przegląda pamiątki, jakie pozostały mu po nieżyjących dziadkach. Czynność ta uruchamia strumień wspomnień i refleksji na temat sensu życia. Nagrobek z lastryko przybrał kształt obszernego monologu, w którym narrator próbuje podsumować doświadczenia trzech pokoleń (dziadkowie, matka, on sam). Dziadkowie wzięli ślub w roku 2005, rok później przyszła na świat matka głównego bohatera. Wszyscy byli ludźmi głęboko nieszczęśliwymi, przy czym w kolejnych pokoleniach bardziej. Utwór Vargi nie jest typową powieścią futurystyczną. Po pierwsze, zaskakuje obraz przyszłości, jaki wyłania się z kart tej powieści. Poza kilkoma nieznaczącymi elementami tamta rzeczywistość jest odzwierciedleniem aktualnego świata; wszelkie zmiany cywilizacyjne czy społeczne mają charakter pozorny. Po drugie, postacią, o której narrator mówi najwięcej, jest - urodzony w tym samym roku co pisarz - Piotr Paweł (dziadek). W tym zawiera się istota chwytu literackiego: Nagrobek z lastryko jest próbą spojrzenia na siebie samego z perspektywy późnego wnuka. Nie znaczy to jednak, że powieść Vargi jest utworem autobiograficznym. Pisarz wyraźnie celuje w uogólnienia. Interesuje go kondycja człowieka współczesnego, jego duchowość i umysłowość. Sprawy te widziane są z dystansu, na ogół ironicznie. To utwór głęboko melancholijny, a może i depresyjny; to okazała artystycznie powieść, z której niepodobna wydobyć żadnego budującego przesłania.

- Dariusz Nowacki


Fragment

W 2058 roku nie poszedłem ani do wojska, ani na uniwersytet, ani do pracy, mimo że osiągnąłem wiek, w którym jedna z tych trzech możliwości, jeśli akurat nie siedzi się w więzieniu, jest koniecznością. Nikt się o mnie nie upomniał, co z uprzejmością wykorzystałem. Wojsko prezentowało moc duchową, nie fizyczną, i gdybym był klerykiem, musiałbym się liczyć z powołaniem do korpusu kapelanów; nie byłem jednak klerykiem ani nawet nie chodziłem do kościoła, co uchodziło mi bezkarnie, bo w tłumie cisnącym się w każdym kościele i na masowych mszach polowych łatwo było kogoś przeoczyć. Każdy, kto mnie znał i bywał w kościele, miał szansę mnie przeoczyć i co niedzielę z tej szansy korzystał. Odrodzenie religijne całego narodu wprawiło mnie w niebywałe zdumienie, bo świetnie pamiętałem jeszcze zamknięte kościoły, które teraz pootwierały się nagle jak muszle we wrzątku, oferując modlitwę, jedzenie, picie, zbawienie, wszystkiego do woli i bez opamiętania. To masowe rozmodlenie zwiastowało kolejną klęskę, było jak dalekie bicie bębnów wrogiej armii zbliżającej się do kraju, w którym wszyscy zajmują się wyłącznie tańczeniem w wiankach na głowach. Dziesięć lat później stałem się przejściowym człowiekiem, sprzątającym po ludziach, którzy nie należeli do tego rozmodlonego narodu, którzy widzieli więcej niż tylko tabernakulum.
Ani wojsko więc, ani uniwersytet, ani praca się o mnie nie upomniały, zatem ja również zachowałem piękne milczenie. Nikomu nie byłem potrzebny i ta niepotrzebność bardzo mi odpowiadała. Była wygodna jak błękitne koszule, zmieniałem ją codziennie na nową, a starą wyrzucałem do śmieci, pomiętą i cuchnącą potem. W roku 2058 nie pobiegłem ani do biblioteki, ani do burdelu, także nie do cyrku, w którym nigdy wcześniej nie byłem, raczej do kina, które odwiedzałem w każdą niedzielę na południowe seanse, zapewniające pustą widownię, jak mój dziadek ponad 70 lat wcześniej.
Niecałe dziesięć lat później nie poszedłem też na pierwsze demokratyczne wybory, w których partia mojej matki miała podzielić się władzą z opozycją. Opozycja została wyłoniona w wyniku wewnątrzpartyjnego głosowania i moją matkę przydzielono z dalekim numerem na warszawskiej liście wyborczej Nowej Partii, w okręgu mokotowskim oczywiście. Miała zostać posłanką z dzielnicy, w której żyli moi dziadkowie, ona sama i ja. Jeśli w ogóle kimś byliśmy, to byliśmy mokotowianami, ludźmi bez właściwości, mieszkańcami największego warszawskiego chaosu.
Nikt nie znał mojej matki, więc nie było niebezpieczeństwa, że ktoś na nią zagłosuje. Choć osoby z wysokimi numerami na liście znane były jeszcze mniej, bo moją matkę kojarzyłem ja i jej sąsiedzi, natomiast kandydata Nowej Partii na premiera nie kojarzył nikt z nim samym włącznie. Został wykreowany przez komputerowy program do wizażu, a w 2067 roku, mimo usilnych prób amerykańskich i japońskich naukowców, wciąż nie udawało się hominidów z programu fryzjerskiego opatrzyć nawet sztuczną inteligencją.
Wolne wybory toczyły się wolno i wolno było spekulować na temat wyniku, tak jak każdemu wolno spekulować o możliwości życia po śmierci. Partia mojej matki i tak miała wybory wygrane, z tą różnicą, że nie była to już partia mojej matki, skoro oddelegowano ją do opozycji. Miała, co chciała – poświęciła się i nic jej z tego nie przyszło.
Nie poszedłem wtedy nawet na spacer. Zostałem w domu, nieumyty, nieprzebrany, mimo że to była piękna niedziela, jedna z tych niedziel, kiedy niektórzy siadają do pisania wierszy, inni popełniają samobójstwa, pozostali obżerają się przed monitorami, a nikt z nich nie robi nic sensownego. Moje niepójście na spacer – aby nie kusiły mnie lokale wyborcze – było najbardziej sensowną rzeczą, jaką mogłem zrobić. Poza tym mógłbym nie odnaleźć na liście swojego nazwiska – zgodnie z ustawą z 2066 roku wszystkie nazwiska nie kończące się na –ski lub –cki musiały zostać zmienione. Ten wielki wysiłek organizacyjno-finansowy powiódł się doskonale, za cenę gigantycznego deficytu budżetowego udało się wreszcie ostatecznie zlikwidować wszelkie niejasności co do pochodzenia. Po zmianie nazwisk, dokumentów, papierów w urzędach i bankach Polska składała się wreszcie w stu procentach z Polaków. I tak ze zwykłego Frattnera, syna Zuzanny Frattner, z domu Frattner, wnuka Piotra Pawła Frattnera, zostałem Dominikiem Fratnerskim, lat 28, obywatelem VI Rzeczpospolitej, pracownikiem sektora pogrzebowo-rozrywkowego.
Bo w pamiętnym 2061, zatrudniłem się w vortalu „Rozwody i Pogrzeby”, dobrze płacącej firmie zajmującej się utylizacją ludzkich uczuć i istnień. Praca uczyniła mnie wolnym: od problemów z pieniędzmi, bo „RiP” płaciło legendarnie dobrze, i od problemów z zagospodarowaniem wolnego czasu, bo w zamian zabierało każdą minutę życia. Mieliliśmy tonami rozpadające się związki i delegalizowane śluby, szatkowaliśmy na potęgę skończone życia, a ja w ciągu niezliczonych miesięcy znoju dorobiłem się awansu, nerwicy lękowej, bezsenności i pieniędzy, za które w końcu, po latach, kupiłem opuszczone mieszkanie na Saskiej Kępie. Wszystkie te rzeczy przyszły łatwo, tak, że nawet nie zauważyłem, kiedy. Żyłem w pracy, tam jadłem, piłem, myłem się, czasami spałem, gdy nie miałem już siły ani ochoty jechać z Tarchomina na Mokotów, bo póki nie wprowadziłem się ostatecznie na Kępę, Mokotów ciągle był moim kwartałem. Wtedy wciąż jeszcze mieszkałem z matką, aż do roku 2068, kiedy ruszyłem w swoją podróż po opuszczanych mieszkaniach i kiedy wreszcie od ostatniego emigranta sam jedno z nich kupiłem, na ulicy Zwycięzców, skąd wyprowadzili się wszyscy pokonani mieszkańcy, aby szukać ratunku gdzieś za granicą.