Cud

Ignacy Karpowicz
Cud
  • Wydawnictwo Czarne
    Wołowiec 2007
    125 x 195
    276 stron
    ISBN: 83-89755-87-2

Główny bohater Cudu, dwudziestokilkuletni Mikołaj, ginie już na pierwszej stronie powieści… A potem jest już tylko ciekawiej i dziwniej. Ciało Mikołaja nie rozkłada się, utrzymuje stałą temperaturę – 36,7°C. Ten ciepły trup staje się katalizatorem powieściowej akcji, wpływa na losy innych bohaterów, którym przychodzi się z nim zetknąć, choćby na życie lekarki Anny, która zakochuje się w nieboszczyku. Wbrew pozorom Karpowicz nie kreśli przewrotnej opowieści grozy. W niewielkim stopniu interesuje też autora opowieść o ludziach, którzy wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew stylowi życia, w którym materia zdecydowanie dominuje nad duchem, liczą na boską ingerencję, kontakt z tajemnicą, tym co wymyka się rozumowi. Innego rodzaju cud stoi w centrum powieściowej historii, cud – by tak rzec – bardziej przyziemny. Pisarz, podobnie jak w debiutanckim Niehalo, pisze przede wszystkim o wypalonych, zagubionych ludziach, którzy nie radzą sobie z życiem. Tkwią w martwym punkcie, bo nie mają celu, ku któremu mogliby dążyć, nie widzą sensu w swojej życiowej krzątaninie. Żyją z dnia na dzień, robią to, co wszyscy, ale są po trosze martwi. Potrzebny jest dopiero impuls ze świata, przypadek, „cudowny” zbieg okoliczności – w powieści jest nim pojawienie się ciepłego trupa – żeby wreszcie zapragnęli zmiany, chcieli żyć lepiej i pełniej. Karpowicz pisze o zwykłych ludziach i zwyczajnych problemach, ale dobrze znaną rzeczywistość odbija w krzywym zwierciadle groteski; obraz, który w nim widzimy raz jest przerażający, raz śmieszny, niczym w gabinecie luster wesołego miasteczka. W Cudzie jest i powaga, i humor, jest zwyczajna rzeczywistość i niezwyczajna pisarska wyobraźnia. I jest jeszcze coś, co pozwala sądzić, że także kolejne książki tego autora dadzą czytelnikom wiele lekturowej przyjemności – wyrazisty, niebanalny, dobrze ustawiony styl.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Na szczęście klucz pasował. Weszła do obcego mieszkania. Zapaliła światło. Odłożyła torebkę. Zaczerpnęła obcego powietrza.
Mieszkanie było bardzo czyste i niepokojąco znajome. To znaczy ona sama mogłaby urządzić mieszkanie właśnie w taki sposób. W kuchni otworzyła lodówkę. Konała z głodu. Przygotowała sobie dwie kanapki z majonezem i baleronem oraz plasterkiem pomidora. Sól tez była na miejscu.
Czuła się jak u siebie, a może nawet czuła się lepiej niż u siebie (bo ostatnio u siebie nie czuła się najlepiej) (zwłaszcza w łazience, może z powodu unoszącego się zapachu perfum).
Zamierzała obejrzeć coś w telewizji. Ale wcześniej postanowiła wziąć kąpiel. Napuściła do wanny gorącej wody, dolała płynu do kąpieli z olejkiem migdałowym i wyciągnęła z szafki ręcznik, który znajdował się na właściwym miejscu.
W wannie próbowała się zrelaksować i coś przemyśleć (kończący się dzień, narzekanie matki na ból lewego oka). Szło jej to nieskładnie, co chwila rozpraszały ją bąbelki piany. Myśli pękały, zanim zdołały się skonkretyzować.
Czuła się nienapełniona, czysta. Nie idzie o to, że była kobietą samotną i wykąpaną (wyciągnęła korek, woda bulgotała w rurach). Nie o to wcale szło.
Anna była dojrzałym owocem, soczystym i czekającym na zerwanie, gotowym na nowy związek, nowe mieszkanie. Zakupy bibelotów i mebli, parzenie kawy, drobne kłótnie i drobne przyjemności. Anna czekała, aż nowe więzy i zależności wejdą w jej ciało, zagoszczą w nim na dobre, przemienią je nie do poznania. Chociaż, pomyślała, chciałabym pozostać przy kasztanowych włosach.
Założyła jego szlafrok. Niebieski frotte. Bardzo stary i zniszczony. Wydawało się jej, że to jakiś szczególny szlafrok, do którego był istotnie przywiązany. W przeciwnym razie na pewno by się go pozbył.
Pachniał olejkiem migdałowym (płyn do kąpieli) oraz - nie była pewna - polami z kwitnącą gryką-łubinem-rzepakiem. Przyjemny zapach, ale równocześnie dość niepokojący.
Zanim usiadła w fotelu i włączyła telewizor, zadzwonił telefon. Nie wahała się ani chwili, natychmiast podniosła słuchawkę.
- Słucham - powiedziała.
- To nie ma Mikołajka? - zapytał jakiś starczy głos.
Anna zastanowiła się.
- Nie, nie ma go w tej chwili.
- A pani kim jest? - nie poddawał się głos staruszki.
- Ja? - zapytała Anna. - Ja jestem jego dziewczyną - skłamała.
Głos po drugiej stronie zamilkł. Staruszka ważyła sobie coś w myślach.
- Wie pani - odezwała się wreszcie - ja przepraszam, że tak niegrzecznie z panią rozmawiam. Mikołajek mówił ostatnio, że ma dziewczynę, ale mu nie uwierzyłam. Sama pani rozumie dlaczego. Ale skoro to prawda, to ja się bardzo cieszę. Jestem jego babcią. A pani jak się nazywa?
- Anna - powiedziała Anna.
- To dobranoc. Naprawdę się cieszę. Miło mi. Proszę pozdrowić Mikołaja.
- Oczywiście. Dobranoc. Ja także się cieszę i bardzo mi miło. Pozdrowię.
Odłożyła słuchawkę.
Poszła do kuchni zaparzyć herbatę.
Miała ochotę roześmiać się serdecznie. Co prawda skłamała, ale równocześnie wiedziała, że postępuje właściwie. Przecież to ona zawiozła jego ciało do kostnicy. Policjanci nie chcieli, ci z pogotowia także nie. Czy zrobiłby to ktoś obcy?
Najwyraźniej nie. Tylko najbliższe osoby mogły się na to zdobyć.
Czekając na zagotowanie się wody, przechadzała się po mieszkaniu. W sypialni znajdowało się łóżko z dość ekscentryczną jedwabną pościelą oraz niewielka szafka i lampka nocna, nic więcej. W pokoju do pracy (nie lubiła słowa gabinet) (to zasługa ordynatora) pod oknem stało wielkie, ciężkie biurko z blatem obciągniętym zielonym płótnem. Wzdłuż ścian ciągnęły się półki zapełnione książkami. Ponadto obrotowy fotel i komputer. W salonie czerwona sofa z białym ideogramem, fotel, stolik, telewizor (wideo, dvd, wieża) i szafa.
Anna była bardzo zadowolona, że jej chłopak nie cierpiał na brak gotówki. Niedostatek gotówki, prowadzący często do ogólnego niedostatku, potrafił nadwyrężyć, a nawet zniszczyć najsilniejsze więzy. To im nie groziło. Oczywiście nadal istniała podstawowa przeszkoda - uzmysłowiła sobie Anna - a może nawet dwie podstawowe przeszkody. Po pierwsze, nie wiedziała, co na to wszystko powiedziałby Mikołaj. Ale pomyślała, że Mikołaj na pewno nie będzie miał nic przeciwko. Przecież się kochają. Po drugie, Mikołaj nie żył. Z jednej strony rozwiązywało to wiele potencjalnie zapalnych kwestii (jak chociażby tę, co on powiedziałby na to wszystko) (czy oni są w sobie zakochani), ale z drugiej - ograniczało przestrzeń, w której ich szczęście mogłoby rozkwitać. Anna wypiła herbatę, obejrzała tysięczny odcinek serialu publicystycznego o aferze Rywina, umyła zęby, nastawiła budzik na 8:30, założyła piżamę i poszła spać.

Na śniadanie przygotowała sobie dwie kanapki z szynką i herbatę. Nie miała czasu, żeby wrócić do swojego mieszkania, jeśli chciała znaleźć się w pracy punktualnie. Poza tym była (przecież) w swoim mieszkaniu. Wzięła szybki prysznic, wysuszyła włosy. Nie miał żadnych kobiecych kosmetyków, ani śladu toników czy kremów chroniących przed promieniowaniem słonecznym. Trudno. Musiała zaufać warstwie ozonowej, która chroniła Ziemię (na podobieństwo kremu) przed spaleniem kosmicznym wiatrem. Nie miał też żadnych pomadek, cieni do powiek, podkładów. Nie musiała być zazdrosna.
Założyła dżinsy, w których przyszła, a z szafy wyciągnęła białą koszulę. Podwinęła rękawy. Świetnie leżała. Z szuflady biurka wyjęła wisiorek na złotym łańcuszku. Spory agat, czerwonawy z niebieskimi i białymi żyłkami, w kształcie serca. Nie walentynkowego, ale prawdziwego, z komorami i przedsionkami.
Jeszcze perfumy. Musiała użyć jego perfum. I wybiegła z mieszkania.