Zęby

Joanna Wilengowska
Zęby
  • Ha!art
    Krakow 2006
    110 x 182
    190 stron
    ISBN: 83-89911-55-8

Zęby to dowcipna, przesycona ironią i autoironią powieść o mękach dojrzewania, a także rzecz o polskiej rzeczywistości ostatnich kilku lat. Pisarka posłużyła się zabawną metaforą stomatologiczną. Utwór składa się z trzech części. W pierwszej dwudziestokilkuletnia Marta, bohaterka powieści, dowiaduje się, że ciągle ma jeszcze mleczne zęby. Żeby dentystycznie dorosnąć, trzeba je wyrwać i w to miejsce wstawić implanty. Bohaterka nie ma pieniędzy ani ochoty na ten zabieg. W drugiej części powieści jest już trzydziestolatką – zęby mleczne same jej wypadły. Wreszcie w części trzeciej, najbliższej naszym czasom, Marta wstawia sobie implanty za pożyczone pieniądze. Metafora Wilengowskiej jest czytelna: wejście w dorosłość nie jest aktem woli, lecz nieuniknionym kompromisem. Każdy, nawet wbrew sobie, zostanie zsocjalizowany, pokonany przez normy i zasady życia społecznego. Ów „dramat stomatologiczny” rozgrywa się na szerszym tle obyczajowym i społeczno-ekonomicznym. Rzecz dzieje się w prowincjonalnym polskim mieście i obejmuje mniej więcej 10 ostatnich lat. Polski kapitalizm krzepnie, nasila się konsumpcja, wszystkim z wolna zaczyna rządzić pieniądz. Marta zrazu dystansuje się od kiepsko, jej zdaniem, urządzonej rzeczywistości. Chce być wierna swoim dziecięco-młodzieńczym ideałom. Ale stopniowo ulega. Wreszcie całkowicie poddaje się temu, co dobrze widziane, społecznie pożądane. Lecz finał powieści nie jest wcale jednoznaczny. Utwór zamyka ni to sen, ni to apokaliptyczna wizja bohaterki przedstawiająca rozpad, pogrążanie się w ciemności i niebycie. Dorosłość jest tu nie tyle kresem niedojrzałości, ile kresem życia jako takiego.

Joanna Wilengowska – ur. w 1971 r. Pisarka i dziennikarka, autorka powieści Japońska wioska (1999) i Zęby (2006).

Fragment

Bo nastały nowe czasy. Bo okazało się, że trzeba się cywilizować, pozbywać barbarzyńskiego niechlujstwa dziurawych zębów, trzeba odsuwać się szybko od naznaczonego permanentną próchnicą szczerbatego wschodu, tej wylewności ust i dziąseł, soczystości mowy i rozrzutności zębów, porzucanych bez żalu, byle jak i byle gdzie. Bo nastała nowa epoka. Złote zęby przestały się podobać nawet na wsi. Autorytety upadały jeden po drugim, prosto w błoto. Razem z nimi pegieery. Krach dawnego porządku był oczywisty. Zza mleczaków wyłaniały się znienacka zęby normalne, wszyscy nagle dorastali i zaczynali szukać pracy. Niektórzy wyjeżdżali do Londynu, inni kręcili się po Olsztynie, zatrzymując się od czasu do czasu w chłodnej przystani Urzędu Pracy, która nie dawała co prawda poczucia bezpieczeństwa, ale opłacała ZUS. Inni zastygali na jakiejś posadzie w szkole czy supermarkecie, a ci bezczelniejsi od razu startowali do radia czy gazet, żeby tam, najpierw za nędzną wierszówkę, a potem za pokaźne pensyjki, podgryzać tyłki starym wygom. I mnie dopadła socjologia, statystyka, socjalizm i kapitalizm. I ja byłam świadkiem koncertu na łupież, łojotok i dynksiarski chuch, jaki codziennie wybrzmiewał w pośredniaku - bardzo kulturalnym, wykafelkowanym budynku, będącym ostrą kontrą wobec estetyki swych nieszczęsnych odwiedzających. I ja wystawałam tam w kolejkach, najczęściej w tej najsmutniejszej, zgaszonej, potulnej - kolejce dla „potwierdzających gotowość bez prawa do zasiłku”. I mnie to wszystko, co wypisywali w gazetach, dotyczyło, ale dotyczyło pobocznie. Co innego miałam w głowie.

Zęby, zęby, zęby. Nic, tylko zęby. Wszędzie widziałam zęby. Świat przypominał otwartą gębę z odrzuconymi szeroko na boki szczękami horyzontu. Ja siedziałam w środku tej gęby, prowadząc niby to normalne życie, o ile w ogóle można prowadzić normalne życie, ale ciągle łaziło mi po głowie jedno - zęby, zęby, zęby. Ruch myśli odbywał się jednokierunkowo, mózg staczał się na bezdroża jałowych mantr - zęby, zęby. I nawet jak pomyślałam „wagina”, to zaraz dodawało mi się automatycznie „dentata”. Tak było.
I pojawił się też wątek szpiegowski. Bo zaczęłam zaglądać ludziom w zęby. Węszyć, szukać przyczyny, spekulować na temat głupich wpadek genetyki, porównywać, sondować i wyciągać wnioski. Zaczęło się oczywiście od rodziców, bo zawsze zaczyna się wszystko od rodziców. Matka miała zęby okej, chociaż z wiekiem lekko jej się porozsuwały. Ojciec przeciwnie, jakby na złość, zęby miał stłoczone, zachodzące jeden na drugi, ale za to cieniutkie, chuderlawe, jakość nadrabiające ilością. Kombinowałam sobie tak - matka za rzadko, ojciec za gęsto - ja powinnam mieć ząbki ustawione idealnie. Taką sobie wymyśliłam dialektykę. Więc pytam - skąd te dewiacje? Jakiego pochodzenia? Czy może któryś z nieznanych mi przodków cierpiał na opóźnienie rozwoju? Czy może dziad mój, australopitekus, gdzieś tam kotłując się w krzakach zahaczył o niewydarzone geny? Ale rozwiązanie okazało się inne.

Czysta kpina! Tak sobie pomyślałam, kiedy facet wywołał w końcu to zdjęcie rentgenowskie, nie byle jakie zresztą, tylko pantograficzne. Czy nie brzmi to po królewsku? A przynajmniej arystokratycznie? Ha, ja bym mogła nawet mieć na nazwisko Lubomirska, mając takie zdjęcie pantograficzne, jakiego pewnie nikt z was nie ma! Ale do rzeczy, do kpiny.
Co tam się na tym zdjęciu działo! To horror się rozgrywał, to walka sił zła z siłami jeszcze gorszego zła! Zdjęcie ujawniło bój wieloletni, który toczył się w szczękach. Pod płaszczykiem zupełnie niewinnych dziąseł rozgrywał się szekspirowski dramat - władza, sukcesja, hurmem i szturmem po tron! Podstępem, boczną drogą, na trzeciego, na ukos i na chama - wal bracie do światła jamy ustnej! Trafiaj w dziąsło, wywalaj innych, depcz im po korzeniach, celuj w przestrzeń, miażdż miazgę i tratuj mlecznego ofermę! Oj, był to konflikt pokoleń, naprawdę, takich konfliktów już nie ma... Mleczaki wyglądały na zdjęciu niby niewinnie, drobniutkie i skromne, takie niby nic, przedszkolaki, ale miny miały fałszywe, a korzonki czepiały się głębin z mocą zupełnie nie przedszkolną...Twardzielstwo w nich było, zawziętość. Upór z jakim dzieciaki krzyczą „Nie, nie pójdę!” i ryczą, i zawodzą, i wiją się w rękach dorosłych jak piskorze, i na podłogę padają, i puchną od płaczu, i czerwone się robią, i wpadają w spazmy, które mają wywołać w dorosłych poczucie winy, i znowu krzyczą, i szlochają, i tupią nogą w kapciu, i gryzą w rękę...jak nie cudzą, to i swoją pogryzą...a co tam, nie pójdę...Oj siła to wielka! Szacuneczek dla oślego uporu, któremu ludzka perswazja nie sprosta, ewentualnie zwierzęce argumenty klapsów....