Café Szafé

Łukasz Dębski
  • Świat Książki
    Warszawa 2006
    125 x 200
    174 strony
    ISBN 83-247-0275-X

Literatura jest sztuką opowiadania – twierdzi Łukasz Dębski, a prawdziwości tej tezy dowodzi rozpisaną na głosy historią Café Szafé, kawiarni, która stanowi centrum opisywanych przez krakowskiego autora wydarzeń. Do lokalu tego przychodzą ekscentryczni goście, przy kawie i kieliszku alkoholu snujący opowieści z pogranicza rzeczywistości i fantazji. Przedstawiają się lepszymi niż są w istocie, koloryzują, niekiedy zwyczajnie blagują. Książka Dębskiego nasuwa oczywiste skojarzenia z gatunkiem knajpianej gawędy, tak charakterystycznej dla prozy czeskiej, w której osiągnęła mistrzostwo w Przygodach dobrego wojaka Szwejka Jarosława Haszka czy Barze Świat Bohumila Hrabala.
Café Szafé, niewielka rozmiarami powieść składa się z wielu miniatur, scenek obyczajowych, dialogów, które scala osoba narratora – współwłaściciela kawiarni. To jemu, niczym spowiednikowi, zwierzają się bywalcy lokalu, to w nim szukają zrozumienia dla swego postępowania. Wspólnie tworzą magię tego miejsca, bo to oni o niej decydują, a jazz, kawa i inne używki są tylko rekwizytami. Ważnymi, ale nie najważniejszymi.
Bohaterowie prozy Łukasza Dębskiego są ludźmi samotnymi. To Café Szafé staje się ich domem, tu zawiązują znajomości i przyjaźnie, tu z równym zacięciem rozprawiają o najistotniejszych sprawach tego świata i o najbardziej przyziemnych drobnostkach. I nieprzypadkowo pojawia się na stronach tej książki Sławomir Mrożek, którego wszystkie postaci Dębskiego – Pan Astronom, Pan Dzielnicowy, Pan Karol, Pan Ordynator i Łucjusz – są nieodrodnymi dziećmi.

- Krzysztof Masłoń

Łukasz Dębski (ur. 1975) – prozaik, scenarzysta, autor książek dla dzieci. Debiutował zbiorem Wiórki, wiewiórki i inne bajki wierszem (2001). Mieszka i pracuje w Krakowie.

Fragment

O północy gospodarz zaprosił gości do głównego sklepowego salonu, gdzie obiecał zaimprowizować dla nich mały pokaz. W salonie czekała już w stroju arabskim asystentka Pana Karola; wszak najlepiej wychodzą improwizacje wcześniej przygotowane. Owa arabska asystentka o staroarabskim imieniu Monika (prywatnie uczennica studium kosmetycznego), wykonując taniec brzucha w rytm orientalnej muzyki i z kadzidełkami w tle, dokonała spektakularnej prezentacji drogocennego dywanu z manufaktury w Halvai (350 splotów na cal). Doprawdy ironiczna była to igraszka losu, że ten piękny i drogocenny przedmiot miast doprowadzić na wyżyny finansowej niezależności, strącił Pana Karola w duszne otchłanie desperackich zadłużeń. Nie ma jednak tego złego, bo przezeń doszło przynajmniej do tak miłego spotkania, a i inne korzyści miały jeszcze nastąpić.
Goście z należytym szacunkiem rozdziawili usta, poczęli dotykać drogocennych nitek, asystentka wiła się w tańcu, jakby od urodzenia mieszkała w Teheranie, a Pan Karol zaczął opowiadać, jak to się wszystko poetycko zaczęło, jak dramatycznie rozwinęło i jak prozaicznie skończyło. Opowiadałby tak pewnie całą noc, wprawiając w podziw kolegów i rozpalając do białości głodne międzynarodowych przygód koleżanki, gdyby nie stało się coś nieprzewidzianego, choć upierdliwego w swej regularności, coś, co już nieraz zablokowało rozwój niejednej rozwojowej imprezy - zabrakło mianowicie wódki. Kierownikiem festynu był Pan Karol, więc to na nim spoczywały obowiązki kwatermistrza. Przyjaciele (na szczęście i po tym ich poznajemy) nie wypuścili go na noc samego, w związku z czym gospodarz zaproponował bardzo ciekawą kontynuację uroczystości. Wpadł mianowicie na pomysł, by skorzystać z ciepłej, czerwcowej nocy, zorganizować dodatkowe destylaty i wybrać się wspólnie całą grupą na Błonia. Towarzystwo przyklasnęło, bo to i pośpiewać będzie można głośniej, i powdychać zapach świeżej, ledwo ściętej trawy, a może i - jak za młodu - na golasa po tej trawie będzie okazja polatać.
Pan Karol zadecydował dodatkowo, by na te Błonia zabrać ów drogocenny dywan, żeby było na czym siedzieć, nie zapomniał tym samym o kilku swoich kolegach reumatykach i kilku koleżankach z wyjątkowo wrażliwymi dupkami, którym siedzenie na gołej trawie mogłoby przysporzyć wilka. Czterech z nich zarzuciło więc na ramiona, niczym trumnę, w rulon zwinięty zabytek, by razem z innymi w kilkunastoosobowej grupie ruszyć w ciemną noc, najpierw po zaopatrzenie, a potem na Błonia, na późnowieczorny piknik.

* * *

- Rano ból rozsadzał mi potylicę - powiedział Pan Karol.
- Nic dziwnego - przyznałem. - Po takim nawadnianiu...
- To może rzeczywiście nie było dziwne, dziwne miało dopiero nastąpić... Pan wie, którego to było?
- No skądże mam wiedzieć? - odpowiedziałem szorstko, bo bezsensownie przerwał taką ciekawą historyjkę.
- To było, proszę pana, dokładnie 8 czerwca 1997 roku i zaraz się pan dowie, dlaczego tak dobrze pamiętam tę datę. Ze snu wyrwał mnie nie tyle ból potylicy, ile jakiś dziwny hałas, rozmowy i śpiewy. Choć było już jasno, zdecydowanie uciszyłem kompanów, przyznaję, może zbyt ordynarnie, ale nikt się nie odezwał, wyszło bowiem na to, że w ogóle ich ze mną nie ma, tylko ktoś nieznajomy szarpnął mnie za ramię ze słowami: „Wstawaj bracie, ojciec zaraz się pojawi”.
Zdziwiłem się, że ktoś w moim wieku straszy mnie jeszcze ojcem, który zresztą od dawna nie bił mnie za picie, dlatego podniosłem się i ukląkłem, przetarłem zaspane oczy i założyłem okulary. Towarzyszy nie było już od dawna, klęczałem na moim dywanie na środku Błoń i zdębiałem, bo zobaczyłem przed sobą księdza, zobaczyłem wielu księży, dziesiątki sióstr zakonnych i masę innych ludzi.
Często budziłem się, proszę pana, z większą liczbą osób, niż dane mi się było położyć, ale to?! To już była gruba przesada. Skąd ci wszyscy ludzie? Nie uwierzy pan, co się stało: obudziłem się po apokaliptycznej imprezie na moim drogocennym, perskim dywanie na krakowskich Błoniach 8 czerwca 1997 roku, tuż przed ołtarzem zbudowanym dla Ojca Świętego, który zaraz miał rozpocząć nabożeństwo kanonizacyjne błogosławionej Jadwigi, Królowej Polski.
Ci wszyscy ludzie, pielgrzymi z całego kraju, poschodzili się tam w nocy, reszta rano, a o dziesiątej, kiedy to Papież miał rozpocząć mszę, na którą naród polski czekał blisko sześćset lat, było ich wraz ze mną prawie półtora miliona.
Tak byłem tam wśród tych ludzi, klęczałem na moim dywanie pośród półtora miliona wiernych i zanim dotarło do mnie, co się dzieje, jakaś siostra przyniosła mi krzesło, myśląc pewnie, że skoro mam miejsce tak blisko ołtarza i do tego własny dywan, to muszę być jakąś szychą, która tylko przez haniebne niedopatrzenie organizatorów nie ma na czym siedzieć. Nie wyprowadziłem jej z błędu.
Przez cały czas siedziałem sam, trzydzieści metrów od Papieża, i czułem się, jakby mówił wyłącznie do mnie i specjalnie dla mnie, jakby wiedział o wszystkich moich złych zachowaniach, o podłych uczynkach, o tuzinach dzieci, które nie miały pojęcia o moim istnieniu, o wielokrotnie zrobionym w konia ministrze finansów, o nałogach, którym uległem, i kobietach, które z kolei mi uległy. Gdy msza zbliżała się do finału, dosłownie pod sam koniec zmrużyłem oczy i przyjrzałem się dokładniej Janowi Pawłowi II, zmrużyłem oczy jeszcze bardziej i gorąco mi się zrobiło jak nigdy wcześniej i już nigdy później, bo doszedłem do przekonania (a znam się na rzeczy), że Jan Paweł II stoi dokładnie na takim samym dywanie jak ja, na opadającym kaskadowo po schodkach starym, perskim dywanie z kilkusetletniej, rodzinnej pracowni z Halvai w rejonie Bidjars. Było to niemożliwe i możliwe zarazem. Rozpoznałem charakterystyczne sploty (ponad 350 na cal), tło w kolorze kości słoniowej, medalion i motyw heratu. Nie wiem, czy była to wina wypitego alkoholu, czy słońca, które wisiało nad ołtarzem, czy może obu tych rzeczy naraz, ale pomyślałem sobie, że to nie może być zbieg okoliczności, bo za dużo tu naraz tych zbiegów, że to wszystko musiało być zaplanowane: mój handel dywanami, bezimienny kuzyn, rosyjski pułkownik... Ba, całe wyjście setek tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej z terenów byłej NRD było, być może, przeprowadzone pod kątem mojego nawrócenia.
Tak, proszę pana, Bóg istnieje i powiem panu więcej: jeśli Jan Paweł II rzeczywiście stał na takim dywanie jak mój, to jest duże, bardzo duże prawdopodobieństwo, że Pan Bóg Wszechmogący też ma taki dywan, to znaczy, że w trójkę mamy takie same dywany, a to już o wiele więcej niż znak, proszę pana, to prawdziwy cud.