Cień po dniu. Powieść autobiograficzna

Filip Bajon
Cień po dniu. Powieść autobiograficzna
  • Wydawnictwo Jeden Świat
    Warszawa 2006
    145 x 205
    326 stron
    ISBN 83-89632-28-4

Cień po dniu Filipa Bajona nie jest autobiografią, co akcentuje autor już w podtytule, nazywając książkę – „powieścią autobiograficzną”. Domniemywać można, że wybrał tę formułę z obawy przed ewentualnymi pretensjami osób pojawiających się na kartach dzieła, które równie dobrze zaliczyć można do literatury faktu jak i do prozy artystycznej, bo mówienie w tym wypadku o beletrystyce byłoby krytycznym nadużyciem.
Jest to książka podróżnicza, w tym znaczeniu jakie przypisują podróżom intelektualiści – uczestnicy peregrynacji duchowych, ale i zwykli klienci biur podróży, czekający na wyjątkowo korzystne oferty „last minute”. Bajon opowiada nam o Ameryce i Rosji, Anglii i Albanii, Turcji i Rumunii, Bułgarii i Finlandii, ale opowieść swą zaczyna od może najważniejszej podróży jaką odbył w dzieciństwie, a było nią poszukiwanie, w rówieśniczym, chłopięcym gronie, nie istniejącego korytarza rzekomo łączącego poznańską Cytadelę z Kancelarią Hitlera.
Cień po dniu to artystyczna biografia dziecięcia drugiej połowy XX wieku, wychowanego w specyficznej atmosferze mieszczańskiej, europejskiej solidności, której przyszło się zmierzyć z nawałą ze Wschodu, nie tylko w postaci żołnierzy armii uznawanej za wrogą, ale i osadników – repatriantów z ziem zabranych Polsce przez Związek Radziecki. To też była, jak ją w Wielkopolsce nazywano skrótowo, „Azja”, która dopiero później miała ukazać swoje interesujące, wielokulturowe oblicze. Na początku stanowiła jedynie zagrożenie.
To historia człowieka zbuntowanego: przeciw komunistycznej opresji, szarzyźnie codziennego bytowania, brakowi perspektyw. Przeciwko racjonowanej przez państwo możliwości podróżowania, uzależnionej od przyznania obywatelowi bądź nie paszportu. Nic dziwnego, że Filip Bajon znacznie przedłużył swój pierwszy pobyt na Zachodzie, a że trafił akurat na epicentrum rewolucji obyczajowej lat 60. w Londynie, jego doświadczenie stało się typowym dla generacji dzieci-kwiatów.
Cień po dniu to historia człowieka wrażliwego, artysty w każdym calu, którego życie i twórczość stanowi jedność. A że miał szczęście poznać wiele świetnych postaci ze świata sztuki, literatury, filmu, jego „powieść autobiograficzna” skrzy się od anegdot, stanowiących „sól” tego rodzaju literatury. Niech będzie, że podróżniczej.

- Krzysztof Masłoń

Filip Bajon (ur. 1947) – reżyser filmowy, scenarzysta, prozaik. Twórca wielu wybitnych filmów, m.in. Limuzyna Daimler Benz (1981), Magnat (1986), Poznań’56 (1996), Przedwiośnie (2001). Jako prozaik zadebiutował w 1971 roku powieścią Białe niedźwiedzie nie lubią słonecznej pogody.

Fragment

Tak więc po całym ciągu upokorzeń na początku bardzo mroźnego lutego udałem się do Finlandii na wyrąb lasu. Wiedziałem, że za wycinanie lasu dobrze płacą, a ja szukałem pracy dobrze płatnej. W dwa dni później znalazłem się w Helsinkach, w których nie było żadnego lasu do wycinania. Cała Finlandia w dziewięćdziesięciu procentach jest pokryta lasem, a mimo to bardzo trudno mi było znaleźć dobry las do wycinania. Moje chodzenie po firmach handlujących drewnem spełzło na niczym. Nie miałem pozwolenia na pracę. Pewnego dnia na przyjęciu u fińskiego architekta, a trzeba wiedzieć, że wtedy fińscy architekci to była absolutna elita krajowa, została poruszona sprawa moich trudności w dotarciu do wyrębu. Nie chcąc obniżać poziomu dyskusji, nie powiedziałem, że chodzi mi o banalny szmal, czyli kasę, tylko ubrałem całą sprawę fabularnie, że chciałbym przez miesiąc popracować z fińskimi drwalami, aby potem zrobić o nich film. Taka obserwacja uczestnicząca. Nie wiedziałem, że fińscy architekci są aż tak uczynnymi ludźmi i cenią film. Mój architekt miał przyjaciela, który był osobistym doradcą prezydenta Kekkonena i z prezydenckiego telefonu zadzwonił do prezydenta Karelii, aby ten pomógł ze wszystkich sił młodemu, dobrze rokującemu reżyserowi z Polski w dotarciu na wyrąb.
Kiedy znalazłem się w stolicy Karelii, na dworcu w Joensuu czekał na mnie wysoki rangą przedstawiciel przemysłu drzewnego tej prowincji. Odebrał mi walizkę i poniósł ją do samochodu. Pojechaliśmy do dużego biurowca, gdzie przyjął mnie dyrektor całego przemysłu drzewnego w Karelii i zapoznał z problemami. Przemawiał godzinę niezłą angielszczyzną. Kiedy się zapoznałem z problemami wykorzystania masy drzewnej i eksportu żywca drzewnego do całej Europy i zrozumiałem nakreśloną specyfikę kontaktów handlowych z Polską, a więc barteru drewno za węgiel, oznajmił, że czeka już na nas helikopter. Z podwórza koncernu wznieśliśmy się i polecieliśmy oglądać lasy, w których dokonywano wyrębu. Lataliśmy tak przez dwie godziny nad lasami, które były dla mnie podobne do siebie, klocek w klocek, ale dyrektor objaśniał mi różnice między poszczególnymi kulturami drzew, opowiadał o gospodarce zasobami drzewnymi i rekultywacją wykarczowanych obszarów. Wyjaśniał, a potem patrzył mi głęboko w oczy, czy przyswajam. Pomyślałem, że tak się nie przyjmuje gästarbeitera z Polski. Pomyślałem, że załatwianie sobie pracy przez prezydenta kraju, w którym chce się pracować na lewo, to pewna przesada.
Po południu zjedliśmy z dyrektorem obiad, napiliśmy się polskiej wódki, którą mu przywiozłem, a miała ona w Finlandii dobrą renomę, potem otrzymałem całą masę folderów i reklamówek. Następnie wsadzono mnie do samochodu, który prowadził ten urzędnik odbierający mnie z dworca. Wyjaśniono mi, że teraz pojadę na wyrąb, gdzie zgodnie z moim życzeniem pozostanę z miejscowymi drwalami przez miesiąc, pracując z nimi i poznając ich życie. Po godzinie zjechaliśmy z głównej drogi na leśne dukty, z których każdy następny był węższy i węższy, aż w końcu wjechaliśmy do samotnie stojącej w lesie zagrody, gdzie miałem spędzić następne cztery tygodnie. W domu czekali na mnie kulawy dziadek i kobieta ze śladem końskiego kopyta na czole. Spojrzałem na termometr. Na dworze było czterdzieści cztery stopnie minus.
Urzędnik porozmawiał z dziadkiem, potem poklepał mnie po plecach, uścisnął rękę i zniknął. Po godzinie pojawiło się trzech drwali z piłami Sandvik i w ochronnych hełmach na głowie. Właśnie wrócili z wyrębu i zabrali się do kolacji. Nikt tutaj nie mówił w innym języku niż fiński, a jest to język do niczego niepodobny. Po fińsku nawet „Centrum” nazywa się „Keskus”. Mieszkańcy domu nie przejmowali się, że nic nie rozumiem, i czasem, dość oszczędnie, jak to Finowie, coś do mnie mówili. Kolacja pozwoliła mi zrozumieć, dlaczego w Finlandii było najwięcej zawałów serca w Europie. Dlaczego było najwięcej samobójstw, zrozumiałem później, kiedy spędzałem tam rokrocznie kilka miesięcy na wykładach. Na razie drwale postawili na stole garnek, jeden dla wszystkich, po brzegi wypełniony wytopionym tłuszczem, w którym, jak wieloryby, pływały tłuste kawały słoniny. Wydobywało się je drewnianą łychą, zanurzało chleb w tłuszczu i to wszystko przełykało się popijając zsiadłym mlekiem. Na deser były pomarańcze i czekolada. Podobno regularność jedzenia jest podstawą dobrego zdrowia. No więc musiałem być zdrowy, skoro przez następne trzydzieści dni jadłem te pływające tłuste kawały słoniny wyławiane z oceanu tłuszczu. Kiedy po wielu latach w jakiejś przydrożnej regionalnej knajpie w Polsce zamówiłem jadło drwali i otrzymałem kanapki ze smalcem, ogórkiem kiszonym i coś na kształt befstrogonowa do maczania, pomyślałem, że kuchnia łagodnie się z polskimi drwalami obeszła.
Rano pojechaliśmy na wyrąb. Było minus czterdzieści stopni i ślina zamarzała w powietrzu. Kiedyś Jack London był moim ulubionym pisarzem i jego przygody w Dawson nad zamarzniętym Jukonem znalem na pamięć. Dobrze wybrane w dzieciństwie lektury pomagają w dorosłym życiu. Pozwalają na przeżywane wydarzenia nałożyć dawno przeczytane książkowe klisze i poczuć się w nowym świecie bardziej swojsko. Kiedy szedłem z żółtą piłą Sandvik do pierwszego drzewa, jakie miałem ściąć, szli za mną wszyscy bohaterowie znad Jukonu z Bellewem Zawieruchą na czele i dodawali mi odwagi. Przedtem ćwiczyłem zapalanie piły Sandvik za pomocą sznurowego rozrusznika, nauczyłem się sprawdzać poziom paliwa w baku piły i opuszczać szyberklapę na oczy w momencie piłowania. Potem zauważyłem, że niektórzy drwale nie opuszczają ochraniaczy na oczy, co uznałem za szpan. Chyba słusznie. Dwa tygodnie później jednemu ze szpanerów drewniany odprysk wybił oko.
Zbliżyłem się do pierwszego mojego drzewa, które miałem ściąć, i zafrasowałem się jego wielkością, dorodnością i majestatem, który za chwilę miałem zwalić na ziemię i rozpocząć jego drogę od gołego pnia do zapałki. Stało sobie tutaj spokojnie przez kilkadziesiąt lat, pochylało się pod naporem syberyjskich wiatrów, ogrzewało się w krótkotrwałym słońcu polarnego lata, umocowało się potężnymi korzeniami w płytkiej ziemi pokrywającej skaliste podłoże, dawało oddech ptakom, schronienie owadom, podłoże porostom. Popatrzyłem w górę na koronę tej kilkudziesięcioletniej sosny i urzekł mnie jej niepowtarzalny kształt, bo każde drzewo przez to jest wyjątkowe, że ma niepowtarzalny kształt i nie spotkasz w życiu dwa razy takiego samego, i to jest największa tajemnica drzew i powód mojej nimi fascynacji. Na długo mogę się zapatrzyć w jedno drzewo i mam poczucie doświadczenia jedynego i skończonego, bo jeśli nawet wrócę kiedyś do tego miejsca, to będę patrzył na zupełnie inne drzewo i ta zmienność form drzew i ich niereprodukujące się piękno każe nabrać dla nich szacunku, skoro wśród ludzi jest tyle samopowtarzalności, mimikry i podobieństwa.