Gorsze światy

Cezary Michalski
Gorsze światy
  • Fabryka Słów
    Lublin 2006
    125 x 195
    208 stron
    ISBN: 83-89011-97-2

Książka Cezarego Michalskiego to zbiór sześciu opowiadań. Ich akcja rozgrywa się – kolejno – w czterdziestych, pięćdziesiątych i dwudziestych latach XXI wieku w realnych i fikcyjnych miejscach współczesnego świata: Niemcy, Sussenland, Irak, Polska. Można jednak te osobne miejsca i osobne czasy połączyć w jedną, choć ułożoną w odwrotnej kolejności, opowieść o gorszych światach.
Ich najważniejszą cechą jest bezalternatywność: cokolwiek czynią bohaterowie, cokolwiek usiłują zmienić w rzeczywistości, ich pomysł na zmianę okazuje się „już spełniony”. Choć jest to realizacja przewrotna.
To świat, który wyrósł z własności prywatnej, ale został tak dalece pożarty przez korporacje, że własność przestała łączyć się z prywatnością. Podzielony przez wielkie firmy na strefy wpływów, produkuje wszystko: marzenia i ich spełnienia, konsumentów i przeciwników konsumpcji, zwolenników i opozycjonistów, urzędników i zdrajców. Władza stąd wynikająca, ściśle uzależniona od technologii, nabrała charakteru globalnego, czyli totalnego. Zarządza społecznym spokojem i społecznym oporem. Tak bardzo jednak zbliżyła swój kształt do życzeń powszechnych – demokratycznych, liberalnych, rynkowych – że stała się niewidzialna.
Media w tym świecie stały się prawdziwie, w groźnym sensie, niezależne. Wykorzystując społeczną presję „ujawniania wszystkiego” (aż do tajemnicy spowiedzi włącznie), sięgają po władzę, która przewyższa władzę polityków. Środki masowego przekazu stają się więc – podobnie jak kapitał – niejasną strukturą władzy totalnej, która przekształca życie społeczne w spektakl, a spektakl w permanentną manipulację.
Nie ma w tym świecie innego przeznaczenia niż język genetyki, która urosła do rangi dawnych bogów – wypowiadających wyroki. Nie ma też w tych światach historii – istnieje jedynie gra w wirtualne fabuły historyczne. Ludzie odkładają więc na czas gry komputerowej odwagę, szlachetność, prawość, zachowując w „realu” całkowite posłuszeństwo wobec Zasady Rzeczywistości.
W tych światach nie można pragnąć wolności, ponieważ wolność jest doktrynalnie zagwarantowana. Dawno temu zniesiono cenzurę, więc tematy nieobecne, to – rzekomo – po prostu tematy nie wybrane przez publiczność. Sztuka albo usypia swoich odbiorców tanimi fabułami o szczęściu, albo – sięgając po jedyną swą broń – posługuje się parodią. Ale prześmiewanie gotowych tekstów ponowoczesnego świata jeszcze silniej podkreśla jego bezalternatywność.
Jedyny bunt, który nie daje się skorumpować, to gnoza, czyli odmowa jakiegokolwiek kontaktu z rzeczywistością. Ale skoro gnoza nie chce świata nawet dotykać, tedy i ona nie stanowi żadnej alternatywy.
Nietrudno zauważyć, że Michalski opowiada o dzisiejszych czasach. Bo choć sytuuje akcję utworów w odległej przyszłości, to przecież dylematy bohaterów są jak najbardziej dzisiejsze: rynek pożerający wolność, media zmierzające do tyranii, zanikanie historii. Dlatego jego zbiór opowiadań zaliczyć można do Social Fiction – odmiany prozy, która bawi się w wymyślanie innych światów społecznych. Social Fiction buduje fabuły o możliwościach innego rozwoju naszej historii, o zagubionych alternatywach i stłumionych formach życia społecznego. To proza, która pyta o korzenie naszej teraźniejszości i o ukryte dla dzisiejszego oka skutki rozwoju dnia dzisiejszego.
Finezja i złośliwość autora sprawiły, iż przedstawił on nasz świat jako przyszły. Stworzył w ten sposób okazję, by uważniej przyjrzeć się światu dzisiejszemu. I zastanowić się, czy potrafimy wymyślić dla niego sensowne alternatywy.

- Przemysław Czapliński


Fragment

Kiedy tu szedł, wszystko wydawało mu się trochę śmieszne. Dzika genetyczka to w końcu coś w rodzaju dawnej wróżki. Adres na Kazimierzu dostał od swojej dziewczyny. Jej najlepsza przyjaciółka posłała tam chłopaka, w szkolnym laboratorium dostał skierowanie do seminarium. Gra okazała się warta świeczki, druga wizja była różna od pierwszej. Sutanna okazała się mundurem i jej chłopak zostanie oficerem Straży. Oczywiście wizję, która dopadła go u dzikiej genetyczki potwierdził test odwoławczy. Szkoła czasami przeprowadzała taki test, byli w końcu społeczeństwem otwartym.
Krępujące było już umawianie się przez telefon. „Wiesz przecież chłopcze, że wynik mojego testu nie ma żadnej mocy...”, każdy to wiedział.
Później, kiedy już stał pod drzwiami, to, co wcześniej wydawało się śmieszne, stało się nagle upokarzające. Śmierdząca klatka schodowa kamienicy, jednej z ostatnich komunalnych na Kazimierzu. Wszystkie inne są już prywatne, znalazły się w rękach siedmiu rodzin, tych, które zmieściły się w pięciu górnych procentach.
Istnienie pięciu górnych procent zauważono najpierw w USA, później w Anglii, Kanadzie, a wreszcie tutaj. Z pokolenia na pokolenie, z dekady na dekadę pomiędzy nimi i pozostałymi dziewięćdziesięcioma pięcioma coraz szerzej otwierała się otchłań.
Dwieście lat demokratycznych złudzeń wreszcie się skończyło, skończyło się i nikomu nie chciało się ich podtrzymywać. Pieniądze, władza, kluczowe posady w mediach, wszystko gromadziło się w rękach pięciu górnych procent. Albo tak jak tutaj, obsadziły je dzieci siedmiu rodzin.
Pozostali już ich nie dogonili. Nigdzie się nawet nie ruszyli, po prostu tkwili na swoich miejscach. W świecie zadekretowanego rozwoju nikt niczego przecież nie traci, to oznaczałoby dekoniunkturę i kryzys.
W takim świecie albo coś było czyjąś własnością albo pozostawało niczyje, wspólne. Pojęcie „wspólnoty”, tak samo jak pojęcie „społeczeństwa” nie było już w cenie. Na nowy światowy porządek składały się wyłącznie jednostki. Co najwyżej rodziny, ale one były przecież emanacją jednostek. Były silne lub słabe, w zależności od siły lub słabości jednostek, które je założyły (ojcowie założyciele, matki założycielki rodzin...).
„A siła jednostek kryje się w ich lędźwiach”. To taki biblijny aforyzm, a właściwie nie aforyzm, owoc negocjacji. Językowa hybryda, za pomocą której jeszcze przed pół wiekiem udało się pogodzić Zreformowany Kościół z ideą naukowego postępu, która wcześniej budziła w hierarchach zabobonny lęk.
W takim właśnie języku został napisany cały Konkordat, jakby czytało się wstępniak „The Scientist” przeredagowany przez Jahwistę, albo na odwrót, Księgę Rodzaju przeredagowaną przez redaktora działu w „The Scientist”.
Siła jednostki kryła się w jej lędźwiach, w DNA, dlatego wszystko zależało od wyniku Testu. O dobry wynik Testu dla swoich dzieci modlili się rodzice. Tak, dwieście lat demokratycznych złudzeń naprawdę się skończyło i nikomu nie chciało się już dłużej kłamać w tej sprawie. Teraz kluczową rolę odgrywał dobry wynik losu. A los się dziedziczyło, tak jak dziedziczyło się błogosławieństwo. Czyż nie w tym celu Naród Wybrany wprowadził niegdyś ścisłe kryteria rasowej selekcji, czyż nie z tego powodu każda religia objawiona wyprodukowała Pismo, które wyglądało jak księga hodowli rasowego bydła?
Ludzie potrafią uświęcić wszystko, człowiek to istota wierząca. Potrafi zobaczyć Boga nawet w szeregach liczb, nawet w wynikach Testu.
Wystarczyło, że od wyniku Testu nie było odwołania, w każdym razie odrzucano 99,97 procent wniosków, a już skłonni go byli ubóstwiać na swój typowy sposób, składać mu ofiary ze swych pierworodnych.
Wszystkie dawne władze zlały się w jedną, pod patronatem świętej nauki o człowieku, Genetyki.
Każda ludzka religia obrasta jednak, prędzej czy później, w niewinne herezje. Skoro nie da się skorumpować Boga, można przynajmniej korumpować jego kapłanów. Albo mieć na boku jakiegoś innego Boga, pomniejszego, chociażby demona. Tak, może być i demon, jeśli ten pierwszy nic nam nie oferuje, a w każdym razie zbyt mało.
Niechaj będzie i demon, byleby tylko miał dla nas w zanadrzu jakąś obietnicę.
Genealogia dzikich genetyczek była prosta, wręcz prostacka, równie przejrzysta, jak tajemnica ich popularności. Najczęściej były to dawne szkolne genetyczki przyłapane przez Straż na korupcji. Tutejszy Kodeks Karny nie jest surowy, udało się odeprzeć ataki konserwatystów na stanowienie prawa. Na odczepnego pozostawiono im ich ulubione „odwołanie do Boga”, przetrwało w preambule nowej Konstytucji, której głównym prawem i obowiązkiem obywatelskim stał się Test. Odwołanie do „Boga albo do Natury, jako źródeł pochodzenia istoty ludzkiej, o której losie pełną informację zawiera jej DNA”.
Pewność egzekucji i tak jest ważniejsza od surowości kary. A egzekucja wyroków nauki jest dzisiaj powszechna, tak jak obowiązywanie jej praw.
Dawnym szkolnym genetyczkom, które nie okazały się godne, żeby egzekwować wyroki wiedzy, wolno korumpować się jawnie. Mogą przyjmować dary, tyle tylko, że wyniki przeprowadzanych przez nie testów nie nabierają przez to administracyjnej mocy.