47 na odlew

Natasza Goerke
47 na odlew
  • Prószyński i S-ka
    Warszawa 2002
    147 x 202
    88 stron
    ISBN 83-7337-187-7

Mieszkająca w Hamburgu Natasza Goerke pisze rzadko, ale smakowicie. Pisarka znakomicie bawi się swoją prozą i konstruuje dla swoich czytelników zagadki typu: z jakim utworem literackim kojarzy ci się to czy inne zdanie? Skąd się wzięło użyte sformułowanie? Taką zabawę proponuje oczywiście literackim koneserom, czytelnikowi mniej wyrobionemu - obcowanie z interesującą prozą, uwodzącą go klimatem intelektualnej zabawy. Dokładnie tak samo jest w przypadku najnowszego utworu pisarki – dłuższego opowiadania 47 na odlew. Czytelnik gorączkowo zastanawia się: skąd ja to znam, co mi to przypomina? Tytuł może być odległym nawiązaniem do powieści Thomasa Pynchona 49 idzie pod młotek, choć do tego pokrewieństwa nie należy przywiązywać większej wagi. Tytułowa liczba to po prostu wiek bohatera opowiadania, a „na odlew”? Bo przyszedł taki dzień, że przypomina sobie wydarzenia ze swego życia, staje mu ono przed oczyma, wali go właśnie “na odlew” swoją beznadziejnością, szeregiem niespełnień i nijakością. Ale może jest inaczej? Może to wszystko mu się śni? Goerke zwodzi czytelnika gwałtownymi i charakterystycznymi dla narracji sennej zmianami miejsca akcji, przeskokami w czasie, wprowadza na krótkie mgnienia jawnego narratora, który nagle patrzy z boku na opowiadającego swoje przeżycia bohatera, by znów gubić się i zniknąć w jego opowieści. W sposób dowcipny Goerke kreśli portret współczesnego „człowieka bez właściwości”, człowieka który nic nie osiągnął, niczym nie zaznaczył swej obecności w świecie. Kpi przy tym z współczesnej kultury, która wynosi na piedestał Nikogo, która uznaje pomniki wznoszone osobom żyjącym i przystaje na to, że idolami stają się ludzie, którzy właśnie nie wyróżniają się niczym.

Fragment

Gdy otworzyłem oczy, zegar na ścianie wskazywał kwadrans po dziewiątej. Leżałem na podłodze, bolały mnie nerki i głowa, księżyc zwisał nad sąsiednim dachem jak balon. Od zawsze czułem, że granica między zdrowiem a obłędem jest niebezpiecznie mglista i zdarzyło mi się ją przekraczać całkiem nieświadomie. Pamiętam pewien wieczór, było to w styczniu, dokładnie mówiąc, pierwszego stycznia. Przechodiłem w owym czasie przez szereg przełomowych w mym rozwoju doświadczeń: rzuciłem palenie, zmieniłem markę obuwia z topornych martensów na lekko frywolne buty typu callypso i odkrywać zacząłem bezpretensjonalny urok piosenek Neila Younga. Opuściła mnie też kolejna kobieta, studentka stomatologii, z którą wspólnie zamierzaliśmy uciec. Dokąd – nie wiedzieliśmy, ale wiedzieliśmy od czego. Ona od mamy, ja od siebie, a może było na odwrót, nie pamiętam. Pomysł ten, w każdym razie, zrealizować zdołaliśmy częściowo, znaczy się, ona od mamy rzeczywiście uciekła, ja pozostałem jednak przy sobie. Była to decyzja mniej bolesna niż słuszna, a na pożegnanie dostałem w prezencie płytę PJ Harvey. Nie wiem, dlaczego kobiety przy rozstaniu obdarowują mężczyzn płytą PJ Harvey, ale nie zdarzyło mi się to po raz pierwszy i zdarzyło się nie tylko mnie. Jeśli zaś chodzi o ścisłość, to przestałem słuchać PJ Harvey, gdy poznałem jej stosunek do polowań na lisy. NIe próbowałem jednak niczego wyjaśniać. Nastawiłem płytę Neila Younga, założyłem nowe buty i przez kilka godzin, nie poznając samego siebie, stepowałem przed lustrem w korytarzu. Był grudzień. nie tęskniłem za nikim, wydawałem się sobie silny i zdrowy i prócz lekkiego kłucia w pęcherzu nie doskwierał mi żaden ból. Święta więc były mi całkiem obojętne i spędziłem je z matką, oglądając kilka westernów oraz film Romana Polańskiego „Wstręt”. Catherine Deneuve była naprawdę śliczna, choć matka nie podzielała mojego zdania. - Cała rozczochrana, kudły ma na oczach, brzydkie kolana. I zobacz ten nos, teraz ma inny, bardziej kształtny i mniejszy. Ale ja nie patrzyłem na nos Catherine Deneuve. Odkąd ojciec ostatecznie odszedł po trzydziestu latach powrotów i odejść, miłość do ludzi wyciekła z mojej matki niczym woda z rozbitego wazonu. Niepokoiło mnie to, ale niewiele mogłem w tym względzie zaradzić. Przyjmowałem od niej czasami pieniądze, co niedzielę wpadałem na obiad, w miarę regularnie dopytywałem się o zdrowie. Wiem, że te drobne gesty znaczyły dla niej wszystko. Na nieszczęście byłem jedynakiem, a czym jest brak rodzeństwa, przekonuje się w pewnym wieku każde nie będące sierotą dziecko. I każde dziecko przekonuje się czasem, że coraz bardziej jest sierotą. Nowy rok powitałem sam, zwinięty w kłębek pod pluszowym kocem i pogrążony w lekturze „Leksykonu bóstw i demonów”. Była to noc bezsprzecznie oczyszczająca. Z ulicy dochodził gwar podnieconej gawiedzi, a świst petard i odgłos rozbijanych o trotuar butelek torturował me uszy miałkością karnawału. Nie wiedząc kiedy, zacząłem zapadać w półsen. Był to stan kreatywny i rzadki, i w takim to właśnie stanie, tworzyłem dzieła, których doskonałość równa była doskonałości kuli. Z nieustraszonnością tygrysa przenikałem obszary swych najskrytszych lęków, od tych metafizycznych, jak lęk przed nieskończonością, po egzystencjalne, jak mój własny koniec. Trzecim okiem przeczucia widziałem nagle siebie – zwiędły kwiat paproci skurczony w kartonie na ulicy miasta, w którym po raz pierwszy sam przeszedłem przez jezdnię i w którym nauczyłem się czytać i pisać. Tak, kochałem to miasto i nigdy nie chciałem go opuścić. Moi przyjaciele wyjeżdżali jeden po drugim, bo to miasto nie było stolicą, ale ja nie dbałem o to, że nie mieszkam w stolicy. Kochałem to miasto, tylko to miasto kochałem. I jego port, i rynek, i minioną świetność zapuszczonych kamienic, kochałem biżuterię z bursztynu, sklepy monopolowe, ławkę w parku, knajpę Zielone Jabłuszko, kochałem tłumy w lipcu i pustkę w listopadzie, kochałem pomniki, zasikane windy, pogniecione twarze przechodniów o świcie i wściekłość młodych kobiet z ogromnymi brzuchami. Kochałem to miasto z bezbronnością prawdziwej miłości i być może dlatego wiedziałem, ze to miasto kiedyś mnie pokona. Pobiegłem do kuchni, spojrzałem na nóż do krojenia chleba. Ostrym ostrzem noża przejechałem po stole. Yukio Mishima, Yamamoto. O nich wtedy pomyślałem. Prawdziwy samuraj zawsze wybiera życie, uśmiechnąłem się i ukroiłem chleb. Tylko dlatego wtedy nie zginąłem, tylko dlatego. Wybrałem ścieżkę Yamamoto i zostałem sobą. Sobą zostałem, bo zejście ze świata za pomocą seppuku równe było końcowi życia, czyli końcowi miłości. Na taki ból nie było mnie stać, byłem wszak fachowcem od początków. Minęła druga po południu. Siedziałem na podłodze, muzyka mojego życia dochodziła do mych uszu z nieistniejących płyt. Gdyby w moim mieszkaniu znajdowała się kobieta, powiedziałaby: - Wstawaj, idź i zrób. I załatw to, proszę, dzisiaj. OK? - OK – powiedziałbym. I poszedłbym, załatwił. Gdyby powiedziała to kobieta, którą kocham. Chwilami mam wrażenie, że nie kochałem żadnej kobiety. Owszem, zdarzyło mi się pożądać, który mężczyzna nie pożąda. Ale minęła druga po południu. Kochałem swoje miasto i wyszedłem.