Traktat o łuskaniu fasoli

Wiesław Myśliwski
Traktat o łuskaniu fasoli
  • Znak
    Kraków 2006
    145 x 210
    400 stron
    ISBN: 83-240-0680-X

Traktat o łuskaniu fasoli jest piątą powieścią Wiesława Myśliwskiego, wybitnego pisarza o korzeniach chłopskich, dalekiego jednak w swej twórczości od banalnego folkloru. Myśliwski publikuje z rzadka, zawsze jednak są to książki o dużej wadze. Pisze o sensie życia w epoce wielkich kulturowych przemian, o losach ludzkich jako dokumencie wymagającym odczytania i zrozumienia. Traktat ma jako bohatera-narratora starzejącego się człowieka, który pracuje jako stróż osiedla domków wczasowych i opowiada jakiemuś przyjezdnemu, postaci nie ukazującej się czytelnikowi i być może symbolicznej, historię własnego życia od dzieciństwa spędzonego na wsi w czasie wojny – aż po starość. Ta opowieść sama może stać się tematem refleksji, dotyczącej potęgi, jaką ma przekazywane pomiędzy ludźmi słowo. U Myśliwskiego wszystko: historia życiowych wypadków bohatera, wskazówki i sentencje moralne, rozgrywa się w gadaniu, które szuka sobie rozumiejącego odbiorcy.
Wszystko, co się bohaterowi w życiu przydarza: pogodne dzieciństwo przerwane przez wojnę, zagłada rodziny, ukrywanie się przed Niemcami w kopcu na kartofle, powojenna nauka zawodu elektryka i zarazem amatorska edukacja muzyczna, doświadczenia z polityką, miłością, poznawaniem nauczycieli życia, wyjazdami za granicę, a wreszcie z prowadzeniem letniskowego ośrodka – wszystko to stanowi okazję do formułowania jakichś sądów ogólnych, porządkujących osobiste losy i nadających im sens.
Człowiek Myśliwskiego żyje więc pośród ludzi, zdarzeń i rzeczy, które najpierw wydają się zwyczajne, ale prędko nabierają znaczenia symbolicznego, egzystencja ludzka polega na czytaniu znaków i rozpoznawaniu porządków. Tego samego żąda pisarz od swego czytelnika, któremu zadaje losy swego bohatera niby wielką łamigłówkę, której sens trzeba zrozumieć, porównując fakty i sytuacje, a – co najważniejsze – rozpoznając etyczny wymiar bytu.

- Jerzy Jarzębski

Książka nagrodzona Nagrodą Literacką NIKE 2007.
Książka nagrodzona Nagrodą Literacką Gdynia 2007.
Książka nagrodzona przez „Magazyn Literacki KSIĄŻKI” jako „książka roku 2006”.

Fragment

Raz w jednej wsi mieszkaliśmy w pięciu na kwaterze, wszyscy starsi, ja jeden młody, i mieszkał z nami jeden majster. Mówiliśmy majster nawet poza oczami. Idź do majstra, spytaj się majstra, niech ci majster doradzi. Tylko o nim jednym majster. A nie wiem, czy pan wie, jak się zwykle o majstrach poza oczami mówi. W każdym razie nikt nie powie majster.
Mało mówił, w żadne rozmowy nie dawał się wciągnąć i przy wódce. Wódkę lubił, dlaczego miałby nie lubić? Ale słowa trzeba było z niego wyciągać jak z najgłębszej studni. I nigdy nie były to słowa, które by coś panu mówiły. Może jemu tak, ale innym nie. Tak, nie, kto wie, może, należałoby się zastanowić. Nigdy do końca.
I jednego wieczora jakoś tak się złożyło, że nie pili. Przyszliśmy późno od roboty. Ktoś się tylko spytał, ma ktoś coś? Nikt nie miał, nikt też nie miał chęci pójść kupić. Wobec tego chodźmy spać. Położyliśmy się, zgasiliśmy światło, zrobiło się cicho, zacząłem zasypiać. Wtem któryś głęboko westchnął, a na innym łóżku całą wagą ciała któryś się na drugi bok przewrócił. I już na wszystkich łóżkach zaczęli się przewracać, poprawiać, kręcić. Łóżka były wysłużone, za najmniejszym ruchem trzeszczały.
A ten majster miał łóżko pod oknem. I zawsze po zgaszeniu światła palił jeszcze papierosa. Także w nocy, gdy się zbudził, palił. Dwa, trzy musiał wtedy wypalić, żeby znów zasnąć. Tylko wódka go od razu usypiała. Chociaż też zależało, ile wypił. Dużo, od razu. Mało, jeszcze gorzej się męczył. O, wtedy to już palił a palił. Stała tuż przy nim na oknie pelargonia i w tej pelargonii strzepywał, gasił. Rano zawsze wyzbierywał niedopałki i po tych niedopałkach można było się domyśleć, jak spał. I nie tylko jak spał.
Nie tylko mogła to być miara jego niespania. Ale cóż my, elektrycy. Niedopałki to dla nas niedopałki. Do tego dym było zawsze rano czuć, no, to pociągaliśmy nosami, o, napalił się majster, ale to napalił. Tak i wtedy zapalił, a któryś go spytał:
- Majster nie śpi? I ja coś nie mogę spać.
I zaraz na wszystkich łóżkach, że też coś nie mogą.
- Tak to jest, kiedy się człowiek przed spaniem nie napije - powiedział któryś, a któryś zaklął. Któryś przypomniał sobie, że gdzieś mocniejszy bimber pędzą niż gdzieś tam.
I zaczęła się rozmowa. A majster zapalił drugiego papierosa. Strzepywał popiół do pelargonii, pelargonia rozjaśniała się. A kiedy się zaciągnął, rozjaśniała się i jego twarz. Można było zobaczyć, że leży z otwartymi oczyma. Ale chyba nie słuchał, o czym rozmawiali, bo nie odezwał się ani słowem. Ja jako najmłodszy nie miałem głosu, tylko słuchałem. Zresztą co mógłbym powiedzieć, gdy na przykład zastanawiali się, co by który zrobił, gdyby się dowiedział, że żona go zdradza. Oni byli żonaci, a ja nawet nie myślałem o tym. Nie wiedzieliśmy tylko, czy majster jest żonaty. Nigdy o tym nie mówił. No, a wie pan, pomyśleć, że żona pana zdradza, całą noc można oka nie zmrużyć. I w dzień przy robocie wszystko z rąk leci. Każdy jednak wiedział, co by zrobił. Ten by zabił, ten by z domu wygnał, ten jeszcze co innego.
Potem zaczęli się zastanawiać, czy stary człowiek jeszcze może i odkąd człowiek jest stary, jeśli chodzi o to. Wie pan, co mam na myśli. A jeśli już nie może, co go trzyma przy życiu. I czy warto wtedy żyć? Na to któryś, że życiem Bóg kieruje, a człowiek nie ma nawet prawa myśleć, czy warto. I tak weszli na Boga. Czy powinno się po takiej wojnie wierzyć, czy nie wierzyć dalej w Boga. Ten uważał, że powinno się, bo nie Bóg wojnę rozpoczął, lecz ludzie. Inny, że niby tak, chociaż gdyby chciał, mógł powstrzymać ludzi. A inny, że mówi się człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi, to mógł wojną tak pokierować, żeby mniej było nieszczęść, cierpień, śmierci. I zaczęli opowiadać o różnych przypadkach, których byli świadkami lub o których słyszeli. I jeden się tak uniósł, bo jego brata rozstrzelali, że zapytał wprost, czy Bóg w ogóle jest. Po czym zaczął nas pytać łóżko za łóżkiem, jak według nas. Jest? Ja udałem, że już śpię. Na końcu spytał majstra:
- Majster co uważa, jest Bóg?
Majster zgasił właśnie w pelargonii papierosa i zapalił następnego. To był chyba czwarty, odkąd się położyliśmy. I przez cały czas ani słowa, jakby w ogóle nie słuchał. Czekaliśmy w napięciu, co powie, jakby to od niego zależało, czy Bóg jest. Aż ten, który go spytał, spytał go ponownie:
- No, majster. Jak majster myśli, jest czy go nie ma?
- Kto? — odezwał się wreszcie.
- Bóg.
Nie od razu odpowiedział, dopiero gdy zgasił papierosa:
- Po co mnie pytasz? Po co ich pytasz? Nie przegłosujesz. Siebie spytaj. Ja mogę ci tyle powiedzieć, że tam gdzie byłem, go nie było.
I znowu zapalił papierosa. Zrobiło się cicho, nikt nie śmiał o nic więcej pytać. I nikt do nikogo więcej słowa nie powiedział. A po chwili zaczęli zasypiać. Tu odezwał się świst, tam głośniejszy oddech. Zastanawiałem się, czy majster zasnął, bo z jego łóżka nic nie było słychać. Ale też nie zapalił następnego papierosa.
Ja nie mogłem zasnąć. Nabiłem sobie głowę myślami z tej rozmowy, bo dla mnie wszystko, o czym mówili, było jakby spoza granic mojej wyobraźni. A najbardziej dręczyło mnie, gdzież to majster był, że Boga tam nie było.
I na drugi dzień poszedłem do niego, żeby coś mi poradził, bo korki mi się ciągle palą, gdy włączę trójfazówkę. I spytałem go:
- Gdzie majster był?
Spojrzał na mnie podejrzliwie.
- Obyś ty tam nigdy nie był. - Po czym burknął: - Weź się do roboty. Wiesz już, co masz zrobić.