Dom nad Oniego

Mariusz Wilk
Dom nad Oniego
  • Noir sur Blanc
    Warszawa 2006
    145 x 235
    210 stron
    ISBN 83-7392-147-8

Dom nad Oniego powstał po dwóch i pół roku pobytu Mariusza Wilka w Karelii, na północy Rosji. To tam, nad brzegiem drugiego co do wielkości jeziora w Europie, we wsi Konda Biereżna nabył – wyjątkowo okazyjnie – dziewiętnastowieczny, drewniany dom o trzydziestu dwóch oknach. Wyremontował go i zbudował, a właściwie odtworzył tradycyjną ruskę pieczkę, czyli wysoki gliniany piec z leżanką u góry. Uczynił to własnoręcznie, nie tylko dlatego, że miał kłopoty ze znalezieniem wykonawcy, ale z tego powodu, że – jak twierdzi – ten, kto czegoś podobnego dokona będzie bliższy dotknięcia prawdy o minionym od tego, który przeczyta wszystkie księgi naukowe i zwiedzi wszelkie skanseny.
Domowi nad Oniego patronuje pisarstwo uprawiane przez szwajcarskiego podróżnika i reportera Nicolasa Bouviera, który by pisać o Japonii, musiał tam zamieszkać i nauczyć się języka. Nie inaczej było z Mariuszem Wilkiem. Jego pierwsza „rosyjska” książka – głośny Wilczy notes była plonem aż dziewięciu lat spędzonych na Sołowkach. Dlatego nieprzypadkowo przytacza Wilk słowa Michaiła Priszwina, że zamiast trwonić czas na podróżowanie, lepiej osiąść w jednym miejscu i, dobrze mu się przyjrzawszy, wyrobić sobie głębsze zdanie o całości.
Dla Mariusza Wilka Rosja jest głębokim, życiowym wyborem. Na swojej Północy żyje bez telewizora, radia i prasy i – jak z przekorą wywodzi – podstawowym narzędziem pracy stał się dla niego topór a nie laptop. Oczywiście, regularnie odwiedza kraj – w sprawach rodzinnych i zawodowych, niemniej nie tylko gorzki dowcip kryje się w jego autoprezentacji: „Jestem rosyjskim pisarzem piszącym po polsku”.
Autor Domu nad Oniego zgłębia historię tego regionu (wydawca zapowiada kolejny tom jego Dziennika północnego wskrzeszający zapomniany świat Saamów), odkrywa tajemnice karelskiej przyrody i sekrety staroruskich ikon, wczytuje się w Nikołaja Klujewa, który w swojej poezji sportretował Zaonieże jako miejsce styku różnych kultur, narodów, religii. A przy tym wszystkim przywraca tamtejszemu pejzażowi utracony w latach władzy sowieckiej najważniejszy wymiar – sakralny.

- Krzysztof Masłoń

Fragment

2 września

Na początek parę słów objaśnienia długiej nieobecności mojego dziennika w „Rzeczpospolitej”.
Otóż wiosną ubiegłego roku — ledwie lody jęły tajać — zmieniłem miejsce zamieszkania w Rosji. Po dziesięciu latach życia pod kręgiem polarnym przeniosłem się z Wysp Sołowieckich na Morzu Białym do wsi Konda Biereżnaja nad Jeziorem Onieżskim i osiadłem w starym, drewnianym domu, o którym już kiedyś w „Rzepie” pisałem.
Złożyły się na to trzy przyczyny:
po pierwsze — ostatnimi czasy Sołowki stały się zgiełkliwe (turyści, biznes, polityka), a ja kocham ciszę, o której ojciec Ludwik (Thomas Merton) mawiał, że jeśli nie nauczymy się jej słuchać, to nie będziemy mogli powiedzieć niczego, co jest warte powiedzenia;
po wtóre — jako temat Sołowki wyczerpałem, jako miejsce do życia Wyspy wyczerpały się same;
po trzecie zaś — polubiłem Karelię, jej oczy koloru Oniego i głębię w nich ukrytą, i w którymś momencie do mnie doszło, że w dwóch miejscach być nie sposób, w dwóch miejscach można jeno bywać.
Zatem osiadłem w Zaonieżu.
Odtąd w moim życiu sporo się zmieniło:
— widok z okna (teraz co rano zaglądam w Oniego) i wonie z dworu (zapach glonów zastąpiła dzika mięta);
— ryba na stole (zamiast dorsza czy śledzia — łosoś, palia, krasny pstrąg) i goście za stołem (częściej są to tubylcy, rzadziej turyści z Polski);
— stosunek do narzędzi pracy (dobry topór cenię wyżej niż laptopa) i do samej pracy, bo praca — według Aleksandra Błoka — wszędzie jest jednaka, czy to piec budujesz, czy wiersz układasz.
Nie mam tu telewizora!
Nie słucham radia!
Nie czytuję gazet!
Do snu kołysze mnie już nie oddech Oceanu Lodowatego, a szept topoli i pluskanie Oniego. Drugiego, co do wielkości, jeziora w Europie.
I tak dalej...
Słowem — inaczej tu żyję. Oraz wolniej — nieco.
Bo w obraz za oknem wchodzić należy powoli, aby pojąć grę światła w wodzie w zależności od pory roku, zachmurzenia nieba, czasu dnia. I zapachów z dworu warto uczyć się niespiesznie, by nie bajać o marihuanie tam, gdzie rosną zwyczajne konopie.
Ludzi także pierwej wypada poznać, żeby zrozumieć nie tylko to, o czym mówią, gdy wypiją, lecz i to, o czym milczą, gdy są trzeźwi. A dopiero potem o tym wszystkim można pisać.
Stąd ta przerwa w dzienniku.

11 września

Samodyscyplina jest jednym z elementów
prawdziwej wolności człowieka.

Thomas Merton

On rana dmie szałonnik (wiatr południowo-zachodni). Oniego staje dęba raz po raz i bieży ku mnie białymi grzywami fal. Lodowata woda zatyka dech... Ciało, mdłe jeszcze od snu i ciepłej pościeli, szybko kostnieje i nawet ostry kraul nie pomaga. Przy wyjściu z wody fala zbija z nóg. Zaiste morze.
Potem długo rozcieram szorstkim ręcznikiem brzuch, uda, plecy i ramiona, by na powrót sprowadzić się do własnego ciała, parę głębszych oddechów, witam słońce i siadam do pisania.
„Ten, kto chce pisać — uczył Zai Yun, słynny kaligraf chiński epoki Chan, autor pierwszego w Podniebiosach traktatu o sztuce pisania — niechaj usiądzie prosto, myśli uspokoi i puści je wolno, nie formułując słów, nie zakłócając oddechu, niechaj osadzi ducha swego głęboko w sobie i wtedy, niewątpliwie, pismo wyjdzie mu znakomite”.

***
Jednakże główną przyczyną mojej długiej nieobecności na łamach „Rzeczpospolitej” był brak prądu.
Tak, tak! — we wsi Konda Biereżnaja, gdy się do niej sprowadziłem, nie było elektryczności. A ja bez komputera — ni be, ni me. Odwykłem, niestety, od ręcznego pisania. Należało zatem prąd do Kondy najsamprzód doprowadzić.
To znaczy: postawić sześć słupów wysokiego napięcia od głównej linii do podstacji transformatorowej we wsi i dwa słupy od podstacji do domu, zamontować i uziemić samą podstację, przeciągnąć parę wiorst kabla, rozprowadzić przewody po domu i całość oficjalnie zatwierdzić.
— Ba, łatwo powiedzieć...
Każdy bowiem, kto choć trochę zna ruską „głubinkę”, domyśli się, ile z tym było mitręgi w urzędach, bieganiny od jednego naczelnika do drugiego — jak od Annasza do Kajfasza — według reguły: im niższy szczebel i dalej od centrum, tym większy lęk przed podjęciem decyzji. Ileż należało przedłożyć próśb do rozpatrzenia, zaświadczeń do podpisu, zezwoleń do ostemplowania. Ile trzeba było dawać w łapę.
Każdy też, kto choć raz miał do czynienia z ruskim mużykiem, przedstawi sobie, ile z majstrami przyszło się użerać, bo jak nie zapoj (długotrwałe pijaństwo), to sianokosy, by robotę, której się podjęli — zakończyli. Ileż straciliśmy czasu na oczekiwanie, pieniędzy na zaliczki, cierpliwości na niesłowność. Ileż wódy trzeba było nalać, wyciągając mużyków z pochmiela.
Ale nikt, kto nie żył czas jakiś na wsi w Rosji, nie może mieć pojęcia, jak wygląda obecnie wspólnota wiejska — a raczej to, co się z niej wyrodziło po wielu latach komunistycznych eksperymentów. Niegdyś pospołu mogli cerkiew w trzy dni postawić albo sąsiadowi pogorzelcowi dom odbudować, dzisiaj społem jedynie wypić potrafią, a i to potem się pobiją... Myśl, żeby razem prąd do wsi doprowadzić, nawet pijanemu nie przyszłaby do głowy. (...)
Wracając do Kondy Biereżnej, powiem, że awantura z prądem więcej mi powiedziała o bycie i obyczajach Zaonieżan niźli dziesiątki wcześniej przeczytanych książek i setki opowieści znajomych, którzy przyjeżdżają tutaj na lato zbierać jagody i byliny. Nauczyłem się — na przykład — nie słuchać ni rad, ni złorzeczeń sąsiadów, lecz patrzyć im na ręce, nie dawać mużykom zaliczek, dopóki nie zakończą roboty i nie czekać do wiosny, aż leśnicy wyjdą z zimowego zapoju, tylko samemu walić sosnę na słupy elektryczne, póki soki nie zaczęły w drzewach krążyć. Sporo też do mnie doszło z rozważań Błoka o ruskim mużyku, ale o tym kiedy indziej napiszę.
I tak, po wielu miesiącach, prąd do Kondy Biereżnej doprowadziliśmy. Tym samym dokończyliśmy tu dzieło Lenina. Ale komunizmu od tego więcej nie stało. W międzyczasie bowiem władza sowiecka się stąd zmyła.