Król kier znów na wylocie

Hanna Krall
Król kier znów na wylocie
  • Świat Książki
    Warszawa 2006
    130×205
    160 stron
    ISBN 83-247-0282-2

Ilość absurdów, zbiegów okoliczności, szczęśliwych i nieszczęśliwych trafów, jaka przytrafiła się bohaterce nowej książki Hanny Krall, Izoldzie Regensberg, Żydówce żyjącej w czasie wojny w Warszawie, przekracza wszelką normę. Aresztowano jej męża. Ponieważ kochała go miłością romantyczną, postanowiła go ocalić. Od tego momentu całe swoje życie podporządkowała życiu męża i próbom jego ocalenia.
Wydostała się z Umschlagplatzu, z polską tożsamością przeszła przez Pawiak, jako Polka trafiła do Niemiec na roboty, uciekła z robót, szmuglowała tytoń do Wiednia, była przesłuchiwana (i katowana) przez wiedeńskie gestapo za rzekomą współpracę z polskim podziemiem, została przewieziona do Oświęcimia jako Żydówka. Wyselekcjonowana przez doktora Mengele trafia do obozu w Gubin. Ucieka stamtąd i – chcąc odzyskać „polską tożsamość” – wraca „na roboty”, przyznając się do wcześniejszej ucieczki. Jako zbieg zostaje z powrotem zesłana do Oświęcimia…. Pociąg, który ją wiezie do kominów, zatrzymuje się tuż po wyruszeniu ze stacji. Właśnie wyzwolono Oświęcim… Była ofiarą jako Żydówka, Polka, kobieta. Przeżyła, bo kochała. Bo nie dziwiła się żadnemu okrucieństwu czasów Zagłady. Tak pewnie zachowywałby się Kandyd, gdyby był Żydówką w czasie II wojny: usiłowałby znaleźć wzór na konieczność tego, co się dzieje. Podobnie pani Izolda: niczym Kandyd z żółtą opaską broni rozumności losu, cały czas upierając się, że wszystko, co się zdarzyło, musiało się zdarzyć, aby ona mogła odnaleźć ukochanego.
Rację więc miała, szukając po całym świecie pisarza, który potrafiłby stworzyć powieść na miarę jej życiorysu. Oczekiwała historii, w której byłoby dużo „uczuć, miłości, samotności i łez”. Hanna Krall natomiast chciała, jak zwykle, napisać „o czymś więcej”. Ostateczna wersja stanowi kompromis: bohaterka opowiada o swoim uczuciu, o szalonym wyścigu z wojną i Zagładą, a pisarka, na przemian kondensując jej opowieść i wiernie powtarzając rozmowy, wrzuca nas w środek niepojętej historii. Bohaterka nie widzi świata poza ukochanym mężem - autorka pozwala nam zobaczyć, dlaczego ta miłość jest tak niezwykła. Jeśli chcemy dochować wierności pani Izoldzie, powinniśmy – tak jak ona – potraktować obozy, denucjacje i okrucieństwo jako banalne zło, a jedyną prawdziwie niepojętą rzecz widzieć w jej miłości. Zagłada przez to nie zniknie, ale okaże się o jeden okruch mniej potężna.

- Przemysław Czapliński

Fragment

SZNUROWADŁA
Kupuje sznurowadła do męskich butów.
Robiąc ten jakże banalny zakup, jeszcze wierzy, że kocha Jurka Szwarcwalda. Wszyscy w to wierzą, a już najbardziej państwo Szwarcwaldowie. Jurek nie jest brzydki i nie jest nudny. Nie jest też biedny. Pożycza od niego buty, ponieważ bomba zniszczyła dom na Ogrodowej i nie można się dostać do szafy ani do mieszkania.
W pożyczonych butach wstępuje do Basi Maliniak, swojej przyjaciółki. Na chwilę wstępuje, żeby te nowe sznurowadła nawlec.
U Basi jest młody mężczyzna. Stoi koło pieca i obie ręce opiera na ciepłych kaflach. Jest wysoki, szczupły i ma proste, złote włosy. Ręce na kaflach mają złotawy kolor. Siadając, rozstawia kolana i opuszcza dłonie - nieco niedbale, jakby w roztargnieniu. Stają się wtedy bezradne i jeszcze piękniejsze. Ma, jak się okazuje, dwa imiona, Jeszajachu Wolf, Basia nazywa go Szajkiem. Nawlekanie przeciąga się. Po godzinie Szajek mówi: masz oczy jak córka rabina. Po dwóch godzinach dodaje: wątpiącego rabina. Basia odprowadza ją do drzwi i szepcze z nienawiścią: powinnam cię teraz zabić. SPOTKANIE
Idzie stromą, górską drogą. Przygląda się łąkom w dolinie, różom w ogrodach, zielonym okiennicom, białej kościelnej wieży i błękitowi nieba.Za zakrętem siedzą na kamieniach mężczyźni w pasiakach. Twarze wystawiają do słońca, palą papierosy, coś wołają do niej, kim majdełe, wołają, kim cu mir...
Po jakiemu oni?
Po żydowsku?!
Chodź, dziewczynko, kim cu mir...
Tak głośno? Tak po żydowsku?!
Przyspiesza kroku, ma nadzieję, że nie idą za nią. Że nikt ich nie usłyszał. Strużki potu zalewają jej twarz, czuje swoje dudniące serce („ile razy na minutę uderza serce? to zależy, czy człowiek się boi...”). Z góry schodzą kobiety w grubych, wełnianych spódnicach, w serdakach ze strojnymi haftami. Grüss Gott, uśmiechają się przyjaźnie, Grüss Gott, odpowiada i przytomnieje. Poprawia bluzkę mokrą na plecach i pod pachami. Wygładza białe, niciane rękawiczki, które nałożyła w pociągu, żeby nie zabrudzić rąk. Wojna się skończyła, myśli. Idę do męża. To jest ostatni odcinek mojej drogi i głupio byłoby teraz zwariować.
Ścieżka jest coraz węższa, na zboczach gór pojawia się kosodrzewina.
Są jakieś baraki czy budynki.
Jakiś głos pyta ją, kogo szuka.
Podwiozę panią, mówi głos. Ona widzi, że ma zakurzone tenisówki i że pod nogami przesuwają się kamienie i żwir. Siedzi na ramie roweru. Rower zatrzymuje się przed bramą baraku. W głębi jest długi korytarz. Idzie korytarzem. Ktoś naciska klamkę, otwierają się drzwi, staje w progu. Na łóżku leży jasnowłosy chłopiec z wypiekami, chyba z gorączką, przy nim stoją mężczyźni, w nogach łóżka siedzi jej mąż. Jest bez koszuli, w krótkich spodenkach. Opalone ręce opiera na kolanach. Podnosi wzrok... Patrzy na nią... Człowiek, który ją przyprowadził daje znak, mężczyźni wysuwają się z pokoju, chory chłopiec zamyka za sobą drzwi. Mąż podchodzi do niej. Obejmuje ją - powoli, bardzo ostrożnie...
Ona czeka.
Zaraz poczuję ogromną radość, domyśla się. Na pewno będę bardzo szczęśliwa.
Nie czuje radości.
Nie jest szczęśliwa.
Nic nie czuje, zupełnie nic.
To dlatego, że noszę rękawiczki, domyśla się.
Zsuwa rękawiczki za jego plecami i rzuca na podłogę. Głaszcze go. Jest ciepły. Tylko tyle? Wypełnia ją gorycz. To nie jest sprawiedliwe: odnalazła męża i nic a nic się nie cieszy.
Mąż rozplata jej ręce.
Muszę wyjść, mówi. Wyjdę na chwilę, a ty poczekaj.
Posłusznie siada na łóżku.
Mąż odwraca się od drzwi: powiem tylko, że przyjechałaś.
Komu? - pyta.
Liesl, mówi mąż. Pobiegnę na dół... To długo nie potrwa, zaczekaj.
Do baraku wracają mężczyźni.
Wie pani, dokąd pobiegł? - pyta jeden.
Wiem. Do Liesl.
I nie jest pani przykro?
Nie, dlaczego?
Niebrzydka ta Liesl, opowiada mężczyzna. Wojenna, młoda wdowa. Odkarmiła pani męża, wyleczyła go z zapalenia płuc.
To bardzo szlachetne. Wdzięczna jestem... pani Liesl. Wie pan, że tak nazywano nasze więzienie w Wiedniu? Pieszczotliwie. Elżunia.
Jest pani rozumną kobietą, stwierdza z uznaniem mężczyzna. Wygląda przez uchylone drzwi. Już wraca... Zdaje się, że niesie prezent dla pani.