Lala

Jacek Dehnel
Lala
  • W.A.B.
    Warszawa 2006
    125 x 195
    360 stron
    ISBN 83-7414-222-7

Ta pełna uroku i nostalgii książka jest dziełem bardzo młodego pisarza, poety i malarza, który pochodzi z rodziny dość typowej dla polskich „lepszych sfer”: korzenie jej tkwią w kulturze ziemiańskiej, sporo tam koneksji międzynarodowych, część rodziny pochodzi z dawnych wschodnich kresów Rzeczpospolitej, część z Polski centralnej. Z pokolenia na pokolenie ziemianie stają się inteligentami: pisarzami, artystami, inżynierami czy wyższymi urzędnikami. Dzieje się to w okolicznościach dramatycznych: w tle widzimy rewolucję, dwie wojny, powstanie i upadek komunistycznej władzy, zagładę ziemiańskiej kultury. Jacek Dehnel opowiada nam historię własnej rodziny i całego społeczeństwa polskiego, ale jej narratorem głównym czyni swą babcię – kobietę o wspaniałej, intrygującej osobowości i ogromnym temperamencie. Historia, którą ona opowiada, nie została tu zrekonstruowana w swej logice i chronologii. Składa się z niezliczonych małych fabuł i anegdot, które babka opowiadała swemu wnukowi, dzieło rekonstrukcji należy więc nie tylko do niego, jako słuchacza, ale też do czytelnika, który angażuje się coraz mocniej w tę typowo polską epopeję. Zarazem babka powoli odchodzi, choruje, dziecinnieje, w końcu więc to raczej wnuk jej opowiada usłyszane wcześniej od niej historie. Ta degenerująca się z wolna narracja schodzi w końcu na jeden plan, na którym rozgrywają się jednocześnie zdarzenia kilkudziesięciu lat życia. Niezwykły to dokument historii, a jednocześnie pomnik postawiony Lali – Helenie Bienieckiej, głównej bohaterce zdarzeń i tej, która przekuła je w żywą, dojrzewającą i starzejącą się wraz z nią opowieść-dialog z najbliższymi.

- Jerzy Jarzębski

Fragment

Wieczorami zaś, nad zsiadłym mlekiem, koniecznie zbrylonym – o, jakże uwielbiałem te kwaśne kawały rozmiękłej porcelany – nad pieczonym jabłkiem, posypanym cukrem i cynamonem, albo nad kanapką z powidłami z węgierek, babcia pokazywała mi Europę.
– Aaa, w Lisowie były inne śliwki – wcina mi się nagle niepostrzeżenie babcina narracja, która na chwilę tylko przycupnęła na boku – lepsze na powidła, większe i soczystsze, tylko ciężej odchodziły od pestki; latem w ogrodzie buzowała kuchnia polowa, gdzie nad ceglanym paleniskiem babcia Wanda, otoczona czeladzią, celebrowała swoje alchemie niesłychane, dyrygując całymi hufcami miedzianych kotłów i patelni, bo wiesz, do miedzi tak nie przywiera, a potem znoszono do piwnicy kolejne pokolenie dżemów, konfitur i powideł, pokolenie starannie opisane, obklejone etykietkami jak sto czterdzieści cztery tysiące zbawionych...
Europa – czymże była Europa? Jak ją widziałem wieczorami – upojony powietrzem ogrodu, zmęczony karmieniem kaczek i łabędzi w parku, zachwycony potępionymi spadającymi w przepaść na ołtarzu Memlinga, rozżalony na cały świat, że niebawem będę musiał iść spać, choć świat stoi przede mną otwarty na oścież i wykłada na kontuar kolejne bele migotliwych tajemnic?
Była to Europa-puzdro, Europa-szkatuła, wykonana przez biegłych w swej sztuce rzemieślników dla rozkapryszonego dziecka, Europa intarsjowana mahoniem i palisandrem, Europa pełna skomplikowanych maszynerii i automatów, którymi nie muszę sobie zaprzątać głowy, choć przecież miło obserwować ich frymuśne sztuczki; Europa zaludniona małymi panami we frakach i paniami w gorsetach i sukniach z tiurniurami, Europa skrzypiec i fortepianów, Europa, gdzie każdy przedmiot był dopełniony ornamentem, a rzeczom zbytecznym nie odmawiano prawa do istnienia – jawiła mi się więc jeszcze w swej nienaruszonej postaci, taka, jaką mógł ją widzieć mój prapradziadek-automobilista, wierzący święcie w kwasorody, luminescencję i parę wodną: szklano-złocista, kryształowo-pałacowa, odświętnie iluminowana gazowymi latarniami, wznosząca się ku niebu na niewidocznych konstrukcjach z surowej cegły i żelaza, które spod warstw stiukowych puttów i złoconych róż miały odsłonić dopiero obie wielkie wojny.
Oczywiście, była jeszcze buchalteria – bo jak zaksięgować parawany i obrazy, porcelanę i zdjęcia, domy i mieszkania, które istniały, ale już nie istnieją? Z ludźmi o tyle prościej – umierali, szli do nieba lub piekła. Ciotki, prababcia, praprababcia, pan Korytko i pani Korytkowa, wszyscy rozstrzelani Żydzi i Gołda, na którą spadła skrzynia z jajkami. Ale rzeczy?
Gdzie odfrunęły wachlarze z czarnych piór, które lisowskie dzieci włóczyły po polach?
A Amati Miszy Sicarda – czy Amati może spłonąć bezpowrotnie?
Czy jabłoń, rozpłatana przez rosyjski pocisk, kwitła gdzieś jeszcze i czy jej jabłka spadały w jakąś trawę nieznaną?
Musiał przecież istnieć jakiś raj, no, przynajmniej czyściec przedmiotów, gdzie trafił prawie cały Lisów, razem z resztą puttów i kryształów mojej Europy, by cierpliwie czekać rychłego powtórnego przyjścia.
Nie była to żadna spójna koncepcja, jedna z owych wspaniałych idei, które dzieci obmyślają jak średniowieczną summę – sam przecież tworzyłem krainy, z ich rozległymi, wykwintnymi kartografiami, królestwa rządzone przez mityczne dynastie, odrębne rasy smoków i aniołów – ale jakieś podskórne przekonanie, które ukrywałem w zakamarkach umysłu nawet przed samym sobą.
Przykro mi, ale nie pamiętam, co sprawiło, że zrozumiałem całą rozpaczliwość przemijania, a zarazem to, że ta Europa, w której istnienie wierzyłem, jeśli nawet istniała – nigdy już nie powróci. Rozumiem, że czytelnikowi byłoby może miło przeczytać, jak to stłukłem wenecki wazon z niebieskiego szkła i wtedy... albo znalazłem w parku martwego gołębia, no, słowo daję, te łapki – co za rozpacz – i wtedy... ale nie. Nie.
Była to chwila bolesnej, jaskrawej iluminacji – jedyny sposób, w jaki można się dowiedzieć naprawdę ważnych rzeczy. Może tłukłem się z bratem na klonowe kije, może rysowałem malinowo-turkusowe skrzydła zwiastującego archanioła, a może przyglądałem się życiu stonóg pod odwalonym kamieniem. To nieistotne. Bogowie otworzyli niebo, zesłali na mnie promień blasku i pokazali mi – jak każdemu – że się mija. Zrozumiałem, że nie ma czyśćca przedmiotów. Że nikt nie czeka na zaginione listy, nikt nie czyta spalonych książek, gruz nie obróci się w domy, a skorupy – w filiżanki z paradnego serwisu praprababci. Rzeczy utracone nie żyją – leżą w ziemi i fruną w powietrzu, bez grobowców. Nie odparowałem ciosu, anioł okrzepł na kartce, stonogi się rozbiegły. A ja, pamiętam to dobrze, szedłem przez ogród, stawiając długie kroki, i krzyczałem głośno, bardzo głośno:
– Oddajcie mi moją Europę!
Potem miałem gorączkę, cały zesztywniałem i zacisnąłem zęby, a znachor kładł na mnie ęce i strząsał, kładł i strząsał, zdejmując ze mnie kolejne kreski temperatury jak małe insekty z żywego srebra.