Fado

Andrzej Stasiuk
Fado
  • Czarne
    Wołowiec 2006
    125 x 195
    168 stron
    ISBN 83-89755-75-0

Czy Andrzej Stasiuk podróżuje, odbywa turystyczne wyprawy? Moim zdaniem raczej szwęda się po ulubionych zakątkach ukochanej Europy Środkowej, docierając do miejsc na pozór nieinteresujących, takich, w których „normalni” turyści nie zatrzymują się nawet na chwilę. A potem opisuje je choćby dlatego, że „nikt inny tego nie zrobi”. Fado stanowi kontynuację projektu prozy z dróg i bezdroży, z taką wirtuozerią zrealizowanego przez Stasiuka w Jadąc do Babadag (tomie nagrodzonym w zeszłym roku prestiżową Nagrodą NIKE), jest jednak książką z założenia bardziej impresyjną, fragmentaryczną. Autor Dukli znowu zdaje relacje z wypraw do ulubionych miejsc, pisząc między innymi o Albanii, Rumunii, Czarnogórze czy Słowacji. Do tego Stasiuk dodaje impresje z polskich wsi i miasteczek, które niestrudzenie objeżdża, pchany koniecznością szwędania się, przemieszczania, ale też chyba strachem, że coś może mu umknąć, zniknąć, rozpaść się, zanim na dobre utrwali się w jego pamięci. "Fado" zawiera także opisy podróży mentalnych, przede wszystkim w czasie. Stasiuk przypomina pisarzy, którzy swego czasu byli dla niego ważni (na przykład Danilo Kiša), wraca pamięcią do wspomnień z dzieciństwa, do wydarzeń, które ukształtowały go jako pisarza i człowieka. Czyżby wyprzedaż wspomnień? Nie do końca, bo autor Opowieści galicyjskich ma tę zdolność, że z drobnych obserwacji, opisów zdarzeń – wydawać by się mogło – banalnych i zwykłych, takich, jakie dostępne są większości z nas, potrafi złożyć uniwersalną opowieść o losach naszej części Europy i ludziach tu mieszkających, niby Europejczykach, ale jednak – co Stasiuk ciągle powtarza – innych od tych mieszkających na Zachodzie.

- Robert Ostaszewski

Fragment

RUDŇANY

To jest opowieść ze Słowacji.
Trzeba dojechać do Spiskiej Nowej Wsi a potem jeszcze dziesięć kilometrów w głąb gór. Po drodze mija się Markušowce, a w nich rokokowy pałac węgierskiej magnackiej rodziny Máriássych. Jego bajkowa sylwetka wśród niszczejącej zabudowy wygląda nieco surrealistycznie. U stóp budowli Cyganie ciągną wózki wyładowane zebranym drewnem. Po drugiej stronie pałacowego parku stoi letni zameczek wybudowany przez jednego z Máriassych pod koniec XVIII dla cesarza Józefa II. Cesarz miał zjawić się z wizytą i potrzebna była odpowiednia oprawa dla jego majestatu. Nigdy jednak nie przyjechał. Teraz z okien odrestaurowanego zameczku można wyjrzeć na drogę i rzekę, w której cygańskie kobiety piorą kolorowe dywany, a smagła dzieciarnia bawi się wśród srebrnych rozbryzgów wody.
Ale do Rudňan jest jeszcze kawałeczek drogi. Wjeżdża się w głąb doliny i robi się coraz ciemniej. Po prawej stoją jakieś zrujnowane hale, jakieś wielkie betonowe bloki z dziesiątkami wybitych okien. To jest martwe i zimne od dawna – tak wygląda. Tam biegną tory kolejowe i widać resztki wagonów, rdzewiejące konstrukcje ramp i suwnic. Zaraz za tym zdechłym industrialem zaczynają się zielone góry i jakby się człowiek uparł, to lasami, ścieżkami i turystycznymi szlakami dotarłby w dwa-trzy dni do granicy Węgier na południu. Lecz tym razem Rudňany muszą wystarczyć za cel podróży i gdy dolina zwęża się jeszcze bardziej, można dostrzec, że w tym księżycowym krajobrazie żyją ludzie. Z ceglanych ruder, które mogły być kiedyś zabudowaniami stacji kolejowej, unosi się dym i smali na czarno prowizoryczne dachy ułożone ze skrawków zardzewiałej blachy. Wśród tlących się hałd śmieci baraszkuje ciemnoskóra dzieciarnia. Trudno ocenić, czy po prostu się bawi, czy próbuje coś odzyskać spomiędzy stert odpadków. Ziemia tutaj dymi, wydziela smród i ma się wrażenie, że dzieciaki mają skórę poczerniałą od dymu. Gdyby nie ich ruchliwość, ich wesołość można by pomyśleć, że wjeżdżając do Rudňan, wjeżdża się do piekła.

Tymczasem Rudňany to górnicza osada obok nieczynnej kopalni. Od siedmiuset lat wydobywało się tutaj srebro, rtęć, miedź i żelazo. Teraz wszystko zamiera. Nie ma tu niczego pięknego. Bure budynki miasteczka zostają po prawej stronie stłoczone w ciasnej dolinie. Droga wspina się zakosami w górę. I końcu widać, że przez wieki ktoś wybrał wnętrze góry, wywiózł skały, kruszec i pozostawił ogromną dziurę w ziemi. Na jej dnie żyją Cyganie. Ich ni to szałasy, ni to lepianki tkwią w otchłani jakby zrzucone tam kaprysem jakiegoś złośliwego demiurga. Dzień zaczyna się tam później i trwa krócej. Skalne ściany wznoszą się pionowo na wysokość kilkudziesięciu metrów. Nie ma wątpliwości – tak wygląda piekło. Piekło, które ktoś zaludnił i próbuje w nim żyć. Tysiąc Cyganów wybudowało tam osadę przypominającą improwizacyjny cud. Budy, lepianki, szałasy wyglądają tak, jakby w każdej chwili mógł je porwać wiatr, jakby mógł je spłukać deszcz. Ludzie, którzy nic nie posiadają, zamieszkali w jamie z której wydarto i wywiezione całe bogactwo i została tylko jałowa ziemia. No i ci, co nic nie mają, żyją tam, gdzie nic nie ma.

Nędza tego widoku zamieniała się w coś w rodzaju metafory. Nigdy jeszcze nie widziałem miejsca tak przeklętego, w którym jednocześnie toczyłoby się życie jak najbardziej normalne. Obok szosy, kilkadziesiąt metrów w górze, niejako na powierzchni ziemi, był wielki betonowy plac i kilka zniszczonych szarych budynków wyglądających na pozostałość kopalnianych biur. Na tym placu setki ludzi przechadzało się, przystawało i gawędziło jak na corso. Nie mieli innego zajęcia, więc po prostu przebywali ze sobą. Przypominało to jakąś alegorię niedzieli albo w ogóle alegorię święta. Tłum był żywy, wystrojony, kolorowy i jednocześnie rozleniwiony. Nikt ich nie potrzebował, więc zajmowali się sobą. Wspólnie zabijali czas.
Patrzyłem na nich i wyobrażałem sobie przyszłość świata z tą rosnącą liczbą ludzi, którym ktoś powie, że są po prostu zbędni. Bo nie ma dla nich zajęcia, nie ma miejsca, nie ma możliwości i właściwie to już zamykamy i nigdy nie będzie czynne. I ci, co się nie załapią, będą musieli przestać, przespacerować i przegadać resztę czasu albo wieczności na jakimś betonowym placu.

Ale przecież ich liczba będzie tak wielka, że świat może się rozpaść na dwie części i jedną trzeba będzie zamknąć na głucho przed tą drugą. Bo czy na przykład potrzebna jest komuś Afryka? Chyba tylko najemnikom, Legii Cudzoziemskiej i handlarzom diamentów. No i jeszcze marzycielom, którym w dzieciństwie śnią się dalekie podróże. Dla reszty Afryki mogło by nie być. Tak jak mogło by nie być Cyganów z Rudňan z tą ich ahistoryczną egzystencją, brakiem pisma oraz państwa. Z tym ostatnim sprawa jednak nie jest przesądzona: demografowie twierdzą, że przy takim przyroście naturalnym za pięćdziesiąt lat nie tylko w Rudňanach, ale i w całej Słowacji będą stanowili większość. Tak więc Polska ma szansę sąsiadować od południa z pierwszym cygańskim państwem w dziejach.