Ślicznotka doktora Josefa

Zyta Rudzka
Ślicznotka doktora Josefa
  • Jacek Santorski & Co
    Warsaw 2006
    145 x 205
    284 strony
    ISBN: 83-60207-46-1

Akcja nowej powieści Zyty Rudzkiej toczy się w arkadyjskiej scenerii: taras eleganckiego (niegdyś) pensjonatu, różany ogród, lato. Jej bohaterowie są jednak podwójnie uwięzieni: w domu starców i w swoich niedomagających ciałach. Dodatkowo najważniejsi z nich – Pani Czechna (Czesława), jej siostra Leokadia, pan Leon – noszą piętno hitlerowskich obozów koncentracyjnych, do których trafili jako dzieci. Rudzka, skupiając się fabularnie na „martyrologii starości”, sugestywnie dowodzi, iż ich obecna sytuacja jest pod wieloma względami sytuacją powrotu – zarówno do dzieciństwa, jak i powiązanych z nim traum (nie bez racji co pewien czas pojawia się fraza: Chcę wrócić do obozu!). W przypadku tytułowej bohaterki problem jest zresztą jeszcze bardziej złożony, była ona bowiem „pacjentką” osławionego Josefa Mengele i dziś swoje przeżycia obozowe traktuje z mieszaniną dumy i zawstydzenia – okazały się one bowiem najważniejszym epizodem jej długiego życia, więź z perwersyjnym oprawcą ma dla niej charakter jedynego „kontaktu ze znaną postacią”, swoiście ją wywyższa, będąc jednocześnie źródłem wciąż żywej (bądź coraz żywszej) erotycznej fascynacji. Autorka nawiązuje tu oczywiście do słynnego w swoim czasie filmu Liliany Cavani Nocny portier, tamto prowokacyjne efekciarstwo zastępując wszakże skupioną refleksją nad losem osób, których role za kilka lat mogłaby z powodzeniem wykreować ta sama Charlotte Rampling. Od strony stylistycznej utwór utrzymany jest w charakterystycznym dla Rudzkiej „tonie sprawozdawczym”, aczkolwiek pisarka bardzo zręcznie kształtuje formę utworu wedle „sklerotycznego” toku rozumowania bohaterów, jednocześnie zaś nie szczędzi aluzji do wielkiej tradycji polskiej prozy awangardowej. Zwłaszcza nawiązanie do twórczości Mariana Pankowskiego (scena porównywania tatuaży obozowego numeru i motyla symbolizującego „chaos dziejów”) mimo swojej wtórności robi wrażenie, może dlatego, że Rudzka opowiada swoją historię z perspektywy kobiecej, a tu „tatuaż” znaczy co innego, jest tyleż znakiem, co podkreśleniem urody, zalotności, wreszcie też młodzieńczości. A tego – trzeba przyznać – nie brakuje Pani Czechnie.

- Adam Wiedemann

Fragment

Kiedy po raz pierwszy stanęła przed doktorem Josefem, dwunastoletnia i naga, wyczuła jego zachwyt.
Mocne. Uważne spojrzenie. Zaciśnięta dłoń w białej rękawiczce. Miarowe uderzenia szpicruty o glansowane cholewy.
Wypatrzył ją sobie od razu. Ościstą. Żylastą. Kapilarną. O twarzy ocienionej gęstymi kędziorami. Z oszronionym podbrzuszem. Krzywymi łydkami. Z udami, pomiędzy które wciskał się purchel zimowego powietrza.
Stalą w gromadzie bliźniąt, garbatych, chromych i karłów. Pomiędzy dziećmi o zdeformowanych kończynach, które już za kilka tygodni wystawią w muzeum biologicznym. Obok zawodziły wyjątkowo dorodne grubaski. Jeszcze ciepłe od ramion matek. Pokazali mu również cygańskie maleństwa o pięknych zębach i doskonale wysklepionych czaszkach, które po wygotowaniu ozdobią wiele biurek. Będą pasować do ciszy berlińskich gabinetów i bibliotek.
Patrzył tylko na nią. Dosunęli do niej jej siostrę bliźniaczkę. Przemknął wzrokiem. Inna. Zaledwie skinął głową. Posłał wskazujący palec na prawo, namaszczając ją na materiał badawczy.
Znowu oglądał tylko ją. Skąpił jej słów, dotyku, jego podziw był niemy. Macał wzrokiem. Naruszał w myślach. Ślizgał się wzrokiem po jej piersiach. Dziecięcych. Skulonych. O tycich brodawkach. O sutkach przypominających wczesnoletnie, bladoróżowe truskawki.
Nagle zbliżył się. Krok. Dwa. Stanął blisko. Wyciągnął rękę. Dotknął szpicrutą. Ciało ugięło się. Skóra zapadła się w mały lejek. Pchnął. Bolało. Nie poruszyła się. Ja, gut. Podobała mu się.
Odjął szpicrutę. Była inna. Nie płakała. Jakby nie czuła zimna. Odoru. Swądu spalonego ludzkiego mięsa. Trwała znudzona. Przestępowała z nogi na nogę. Z twarzą groźną. Napiętą. Wykonywała polecenia. Kucała. Wspinała się na palce. Podnosiła ręce do góry. Obracała się. Stawała bokiem. Tyłem. Pochylała się. Wypinała. Prostowała. Patrzyła mu prosto w oczy. Dziwiło go to, ale i bawiło. Włosy przykleiły się jej do ust, niespiesznie odgarnęła je. Przyłożyła przy tym palec do warg, jakby nakazywała mu milczenie.
Był zadowolony. Skondensowana przyjemność, że przywieźli mu coś takiego.
Pragnął nią cisnąć. Patrzeć jak leci. Na piach. Popchnął z całej siły. Padła. Leżała. Z rozrzuconymi rękami. Uchylonymi nogami. Wbita w żwir. Ale jeszcze nie zdechła. Drgnęła. Poruszyła się. Powstała. Wyprężyła się. Obtarła z twarzy wydzielinę, którą strzyknęła w chwili upadku. *** Wszyscy bali się lata, ale nikt o tym nie mówił.
A ono właśnie nadchodziło. Powoli. Niespiesznie. Nieubłaganie. Najpierw spadł krótki chłodny deszcz, po którym trawa zadziwiająco szybko otrzepała się z rosy. A potem słońce rozpalało się coraz to mocniej i mocniej. Strugi jasnego światła rozrastały się, zdobywając kolejne zacienione miejsca ogrodu.
Gryzonie wyniosły się na pola. Ostra woń mysiego moczu nie dała się łatwo wywietrzyć ze stołówki. Pobielane stoły ustawiano na zewnątrz. Tam teraz jadano, leżakowano i czekano na wizyty rodziny. Taras wysadzony był kamiennymi płytami. Wyszczerbionymi. Skruszałymi. Spod nich dźwigały się pojedyncze źdźbła trawy.
Pani Czechna zrobiła pierwszy krok. Poruszała się ostrożnie, jakby cała w środku była pogruchotana. Głowa niebezpiecznie podskakiwała, nie pasowała do korpusu, wydawała się być siłą nasadzona na sflaczałą szyję. Chodząc, podpatrywała pensjonariuszy. Siedzieli na tarasie. Patrzyli przed siebie. Rozkoszowali się słońcem na podobieństwo jaszczurek zastygłych wśród kamieni. Wystawiali się na pomazanie ciepłem. Czaszki porośnięte suchymi pojedynczymi włosami. Twarze jakby zszyte z kilku kawałków skóry. Policzki w sińcach, ranach, ropnych zadrapaniach. Bibułkowe powieki. Wzdęte chorobą, brzuchy. Pobrużdżone dłonie. Sękate palce. Uda jak żaboty. Zwisające luźno. Chwiejące się z każdym poruszeniem ciała. Oswobodzone z trzewiczków i pantofli stopy. Koślawe paluchy. Wyrostki. Guzki. Wodniste naroślą.
Wydawało się, że na coś czekają. Godzinami wpatrywali się w bramę. W południe była już ledwo widoczna, rozpływała się w słonecznym skwarze, zamazywała wśród rdzawych prętów ogrodzenia. Zaśniedziała furta wydawała się być wiecznie zamknięta. Jakby była atrapą, przez którą nikomu nie uda się wyjść. Poza którą nic nie istnieje.
Pani Czechna zatrzymała się. Wymacała naczynie z ciepłym płynem. Palce oplotły szkło. Ściskała szklankę w taki sposób, jak ktoś z zawrotami głowy opiera się o ścianę. Zmrużyła kleiste oczy.
W skrzyniach sadzono jednoroczne kwiaty. Na świeże powietrze wynoszono uwięzione w glinianych donicach fikusy. Ich nabrzmiałe, mięsiste liście górowały nad trawnikiem. Stare pędy winorośli ustępowały młodym, zielonym, szybko pokrywającym wysoki płot okalający posesję. Odkurzano zeszłoroczne parasole. Wystawiano na taras leżaki, plastikowe krzesła, turystyczne stoliki.
A, więc już zaraz będzie kolejny czerwiec.
Odezwała się cicho, do siebie.
Przysiadła na moment. Wyjęła puderniczkę. Poprawiła pukiel włosów nad uchem. Długo oglądała się w małym, owalnym lusterku. Była dumna ze swojej gładkiej cery. Gdyby zdecydowała się nosić okulary, zauważyłaby gęstą siatkę cienkich nacięć na policzkach, podobnych skaleczeniom brzegiem kartki. Przypominała lalkę z antykwariatu o porcelanowej buzi.
Zapomniałam wam powiedzieć.
Odezwała się jej bliźniacza siostra, Pani Leokadia. Miała dziecięcy głosik.
Słuchajcie, wczoraj biedronka przysiadła mi na spódnicy. Cudowna mała biedroneczka... A w radiu mówili, że są łąki, gdzie jest trzydzieści osiem odmian dzikich storczyków i dwadzieścia gatunków pszczół. Czy to nie cudowne?
Westchnęła. Uśmiechnęła się, pokazując brązowe dziąsła.
Po dłuższej chwili odezwała się znowu:
Czujecie? To już lato, nieprawdaż? Pojechałoby się na działkę. To, co żyje, uwija się, krząta, rozkwita. Matulka natura stroi się dla nas. Jakby za dzień, dwa miała świętować jakiś ważny dzień. Cudowne wydarzenie. Popatrzcie, ale my tu mamy pięknie... Widzisz, Czechno...? Cieszysz się, prawda? Wczoraj minęły dwa lata, jak tu jesteśmy, popłakałyśmy sobie, a dziś potrafimy być znowu szczęśliwe. Cudownie... Wiosna przeminęła, a tu nadal tak pięknie.
Rozglądała się wokoło. Uradowana. Broda jej drżała. Podzielam pani pogląd całkowicie, Pani Leokadio. Jesteśmy szczęśliwcami.
Pokiwał głową Pan Henoch.
Miał prawie osiemdziesiąt lat. Opuchnięty, nabrzmiały, o jajowatej czaszce pokrytej resztkami włosów, spod których można było zobaczyć plamy wątrobowe.
Możemy zażywać rekreacji. Dotleniać się. Wczasować się do woli. Zachwycał się.
Zerknął na dozorcę stojącego przy komórce na narzędzia ogrodnicze. Jego sylwetka wydała mu się ciężka i nieruchoma jak obelisk. Potem spojrzał na Panią Czechnę. Demonstrowała szczupłe nogi w buraczkowym spodnium.