Dzikie Anioły i inne opowiadania

Henryk Bardijewski
Dzikie Anioły i inne opowiadania
  • PIW
    Warszawa 2006
    123 x 195
    232 strony
    ISBN 83-06-03010-9

Henryk Bardijewski – prozaik i dramaturg starszego pokolenia – pisze, podobnie jak większość polskich prozaików, o problemach współczesności. Ale robi to po swojemu. Jak? Unika dosłowności, realistycznych opisów, mnożenia szczegółów, chętnie za to posługuje się parabolą, groteską czy ironią, złagodzoną ciepłym humorem. Najnowszy tom opowiadań tego autora, Dzikie Anioły i inne opowiadania, zawiera blisko czterdzieści niewielkich objętościowo opowiadań, które określić można jako przypowieści prozą. Bardijewski stawia na dwie tonacje: humorystyczną i serio. W części opowiadań dominują satyryczne ujęcia rzeczywistości. Tak jest choćby w „Cudzoziemcu”, historii Polaka, który udaje obcokrajowca, aby zdobyć szacunek rodaków, w tekście „Mały i duży”, opowiadającym o perypetiach partii politycznej, która ma jedynie trzech członków, czy w „Gazecie”, w której trzej bohaterowie zakładają gazetę, publikują w niej wyssane z palca informacje i ku swojemu zdziwieniu odnoszą oszałamiający sukces. Innym tekstom w tomie bliżej natomiast do filozoficznych przypowieści. Autor porusza w nich tradycyjne humanistyczne tematy, pisząc o problemach ze zbudowaniem przez człowieka trwałej tożsamości („Curriculum vitae”), przemijaniem („Czas zaprzeszły”) czy starością i śmiercią („Salon opieki”). Bardijewski opisuje świat z dystansu, nie ma w jego prozie złości na rzeczywistość, pasji demaskowania zła, z którym stykamy się na co dzień - żadnych gwałtownych emocji. Jest za to spokojna medytacja nad przypadkami ludzi – czasem śmiesznymi, czasem tragicznymi – która pobudza czytelnika do refleksji.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Diabeł nas podkusił, żeby wydawać gazetę. Nie jakąś ważną - ot taką, co się rozdaje bezpłatnie, wiesza przy furtkach, wtyka do ręki. Na początku to była zabawa, a teraz trudno przerwać, bo zaczęta przynosić dochód. Gazeta niepoważna, dochód poważny.
- No kto by pomyślał... - rzekł Kamil, nasz naczelny. - Świat zrobił się nieobliczalny. A nie był taki, wcale nie był.
Był czy nie był, my też nie jesteśmy bez winy. Paweł co prawda ostrzegał, żeby z prasą nie zaczynać, ale uznaliśmy, że jak zwykle przesadza. Tyle gazet wychodzi, uspokajał, utoniemy w masie i będzie spokój. Nie utonęliśmy. Wręcz przeciwnie. A wszystko przez Kamila. To on narzucił koncepcję i profil pisma. Żadnych felietonów - oświadczył - brzydzę się felietonem. Same wiadomości. Za to wszystkie zmyślone. Zero prawdy.
Jak się okazało, takie zero nie istnieje, Nie da się wszystkiego skłamać. Na dnie każdego kłamstwa spoczywa odrobina Prawdy. A kiedy ta odrobina jest nieco większa, a nawet zupełnie duża, to robi się z tego mieszanka wybuchowa. O tym nikt z nas nie pomyślał.
I teraz siedzieliśmy, trzej redaktorzy, na ławce w chłodnym parku, a świat wokół nas szalał i szalała razem z nim nasza gazeta. Ale nie wszystko szalało. Wiewiórki skakały po drzewach jakby nigdy nic; śmigały rude kity wśród gałęzi, a dołem pod dębami, gdzie leżały żołędzie, spacerowały dwubarwne sroki.
- A przyroda trzyma fason - rzekł Kamil, żeby nas pocieszyć.
- To są resztki niezależności - odparł Paweł. - Pozory samodzielności. Ona już niewiele ma do powiedzenia.
- Niewiele? - zaoponował Kamil. - Jak będzie chciała, może nas wszystkich zniszczyć. Wystarczy, że popełni samobójstwo. (…) Zderzy się z jakimś innym niebieskim frustratem. I koniec. Koniec człowieka, koniec nauki, koniec wszystkich religii. Może warto poruszyć ten temat na naszych łamach?
Też mi nowość. Katastrofizm jest stary jak świat, najstarsze księgi pełne są świętych złych przeczuć, a przepowiednię proroków i jasnowidzów co jedne, to gorsze. Trudno napisać coś nowego, zwłaszcza w gazecie, która ma trafiać do wszystkich. No, ale news o samobójstwie ziemi brzmi nieźle. Trzeba by tylko powołać się na jakieś źródło.
Źródło to, rzecz jasna, my sami, lecz w tym przypadku nie można powołać się na własnego korespondenta, bo niby skąd miałby tę korespondencję nadesłać? Spoza ziemi? Mało nas jeszcze, ludzi, poza ziemią, a jak się ktoś wyrwie, to szybko wraca. Ale zarzekać się nie należy. Nie takie rzeczy już zmyślaliśmy. Żeby jednak zanadto nie bujać w obłokach, zacząłem pisać artykuł o superczułym teleskopie, który w tajemnicy przed światem - i wszechświatem - zbudowano w peruwiańskich Andach. Przez ten teleskop zobaczyłem rzeczy, jakich oko ludzkie nie widziało i z pewnością nigdy nie zobaczy.
Kamil był zachwycony i obiecał dać mój materiał na pierwsza stronę. (…)
Po wiadomościach o superteleskopie zyskaliśmy wielu nowych reklamodawców; nagle wszyscy chcieli się u nas reklamować. Chcąc nie chcąc, musieliśmy uruchomić specjalne biuro, a właściwie sieć biur, a potem zatrudnić księgowego, a raczej dyrektora handlowego, doktora Marę, który błyskawicznie zbudował świetnie pracujący dział finansowy. Nasza gazeta przestała być bezpłatna, kosztowała, i to niemało, a mimo to ludzie ją kupowali, nakład wciąż rósł, aż osiągnął poziom zagrażający kilku znanym dziennikom, w tym jednemu, który uchodził za tytuł wiodący. Nie byliśmy tym zachwyceni, a Kamil, nasz naczelny, był wręcz zmartwiony.
- Przestańmy zmyślać - rzekł. - To powinno zminimalizować nasz sukces, który nikomu z nas nie jest potrzebny.
Niestety, wiadomości prawdziwe nie różniły się niczym od zmyślonych. Nie odróżnialiśmy ich ani my, bądź co bądź fachowcy, ani czytelnicy. A tych wciąż przybywało. Zaczęliśmy odczuwać coś w rodzaju odpowiedzialności, i nie było to nic przyjemnego.
- Czy ludzie nie mają nic lepszego do roboty od czytania gazet? - biadał Paweł.
Tak wyglądały etapy naszego sukcesu, ale to wszystko przeszłość, a teraźniejszość to park, ławka i my trzej strapieni na tej ławce. Mieliśmy serdecznie dosyć naszej gazety, wszystkich gazet; jeżeli coś braliśmy do ręki, to tylko grube książki.
- A gdyby pogadać z dyrektorem Marą? - powiedziałem. -Może on coś wymyśli?
(…)
- Panie Mara - rzekł Kamil, patrząc mu w oczy - nie jesteśmy zadowoleni z naszej gazety. Nie lubimy jej. Mamy wątpliwości, czy nie ogłupia. Czy mógłby pan doprowadzić nas do plajty?
Mara podrapał się w głowę. Nie był ani trochę zdziwiony pytaniem.
- Trudno będzie. Ale można spróbować. Czy nie lepiej ten tytuł po prostu sprzedać? Koncerny zagraniczne tylko na to czekają. (…)
- Jeszcze trochę i nic w tym kraju nie będzie nasze. Nas interesuje plajta.
- Bankructwo? - upewnił się Mara. -To nie takie proste, Będą nas podejrzewać o jakiś duży przekręt. Chcąc nie chcąc, grubo na tym zarobimy.
Najwyraźniej usiłował nas zniechęcić. Być może nie potrafił plajtować. My co prawda też nie, ale to on byt fachowcem i powinien znać się na rzeczy. (…)
- To może by wydawać pismo naukowe? - rzekł nasz dyrektor. - Wtedy byłaby jakaś szansa, że upadniemy. Ale pewności też nie ma.
- To już lepiej całkowicie zmienić profil pisma i zająć się czystą polityką - rzekł Paweł. - Z orientacją, rzecz jasna, prawicową.
- Nie ma nic nudniejszego niż polityka - zauważyłem.
- No właśnie! Padniemy od razu.
- Albo porobimy kariery polityczne - rzekł Mara. - Chcecie panowie zostać ministrami? Lepiej nie ryzykować.
Spojrzałem na niego z niechęcią. Wezwaliśmy dyrektora do parku, żeby coś doradził, a on tylko mnożył wątpliwości. Czy po to zatrudnia się fachowców?
- Chyba pana zwolnimy - powiedziałem.
- Można - odparł. - Ale też nie ręczę za skutek. Czytelnicy przywiązali się do gazety, Tytuł jest ważny, nie ludzie.
- W takim razie zmieńmy tytuł! - zawołał Kamil. - Tytuł trzeba zmienić koniecznie!
Wstąpiła w nas otucha, nawet Mara ożywił się i poweselał. Zmienimy tytuł i padniemy, nie może być inaczej.
Przez następne trzy tygodnie pracowaliśmy nad nowym tytułem. Kiedy wreszcie wyszedł - okazał się lepszy od poprzedniego.
- To chyba jakieś fatum - rzekł Kamil. - Ludzie przestali rozumieć, co czytają.
- A czy my rozumiemy, co piszemy? - spytałem. - Nikt nic nie rozumie i stąd sukcesy. Co innego klęski - tylko one są racjonalne. Niestety, racjonalizm wyszedł z mody. Wyszedł też, co gorsza, z głów.
Moi koledzy popatrzyli na mnie spode łba. Nasuwał się jeden wniosek; z naszej trójki tylko ja jestem racjonalny.
- Jeżeli tak - rzekł wolno Kamil - to zmieńmy naczelnego.
W ten sposób zostałem naczelnym. Niestety, pismo nadal rozkwita, l tak będzie, obawiam się - dopóki nie zmienimy czytelników.