Rasa drapieżców

Stanisław Lem
Rasa drapieżców
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2006
    140 x 190
    300 stron
    ISBN 83-08-03890-5

Rasa drapieżców to ostatnia książka Lema. Ten zbiór felietonów z „Tygodnika Powszechnego” to Lema naprawdę „teksty ostatnie”, doprowadzone do momentu, kiedy autor popadł w ciężką chorobę, zakończoną odejściem. Tytuł i układ tomu pochodzą od Tomasza Fiałkowskiego, który przez lata współpracował z pisarzem, nagrywając i opracowując jego wypowiedzi. Lem do ostatka interesował się żywo literaturą, polityką, wieściami ze świata nauki i gospodarki. Jego diagnozy rzeczywistości były ostre, często bezkompromisowe, ale – jak się łatwo przekonać – celne. Ich tematyka wynika z lektur prasy, książek, z tego, co doszło do Lema przez kanały telewizji, więc jest tam sporo wydarzeń doraźnie poruszających opinię. Ale na te doraźne problemy autor patrzy z punktu widzenia długiego trwania: troszczy się o długofalowe bezpieczeństwo energetyczne Polski i świata, martwi katastrofami wynikającymi z ekologicznych zaniedbań, terroryzmem i jego perspektywami, a przede głupotą i krótkowzrocznością polityków współczesnych – zarówno tych, którzy kierują światowymi mocarstwami, jak i tych, którzy rządzą lub aspirują do rządów w Polsce.
Zdaniem Lema, ludzkość wciąż zmierza w kierunku globalnych katastrof, ponieważ skrycie wielbi przelew krwi, a przy tym nie wyciąga konsekwencji z wydarzeń przeszłości. Do tego dochodzi niewrażliwość na los szeroko rozumianej kultury, która spychana jest zawsze na koniec katalogu spraw do załatwienia. Mimo wszystko bilans tego podsumowania spraw ludzkich widzianych z przedśmiertnej perspektywy nie wygląda całkiem źle: w ostatnich latach życia Lem czytał i interesował się młodą polską literaturą, którą oceniał krytycznie, ale z sympatią, a ostatni dyktowany przezeń felieton dotyczy pełnej serdeczności rozmowy internetowej z czytelnikami z Rosji – świadectwa, iż poza polityką mogą istnieć między ludźmi kontakty oparte na wspólnych fascynacjach i wierze w trwałe wartości.

-
Jerzy Jarzębski

Fragment

Władza mózgu

Mamy sezon ogórkowy, a ja chciałbym wrócić do sprawy, która mnie od dawna irytuje: do proroków naszej nieśmiertelności. Ostrożniejsi powiadają, że życie ludzkie można z łatwością przedłużyć o dziesięć, dwadzieścia albo trzydzieści lat, ale spotkałem się już na łamach pisma popularnonaukowego z twierdzeniem — naukowca! — że śmierć jest właściwie zbędna. Ponieważ udało się przedłużyć życie nicieni — to takie robaczki — niektórzy powiadają, że i z nami się uda, że nicień to wprawdzie nie człowiek, ale bliski krewny...
Podobne oświadczenia wydają mi się nonsensowne. Z podręcznika neurofizjologii wiemy, że mózg zawiaduje wszystkimi właściwie funkcjami ciała, ze składem chemicznym paznokci i tempem, w jakim rosną włącznie. Każdy kto jak ja przekroczył osiemdziesiątkę, dobrze wie, że w pewnym wieku zaczyna się deterioracja, polegająca na tym, że koordynacja i synchronizacja naszych ruchów pogarsza się; zaczyna się od wylewania herbaty na obrus…
Dopóki jesteśmy względnie młodzi i sprawni, nie mamy pojęcia, jak wiele procesów, których wyłącznym panem jest mózg, toczy się automatycznie. Tymczasem o ile możliwa jest wymiana serca, nerki czy stawu — produkuje się teraz bardzo dobre protezy stawów biodrowych czy kolanowych — o tyle mózgu nie da się niczym zastąpić, bo stanowi on o naszej indywidualności, zawiera bagaż pamięci, który potwierdza naszą tożsamość. Nie zamienimy go na tak zwaną tabula rasa, bo nowy mózg to byłby nowy człowiek.
W mózgu starych ludzi dzieje się coś, co nazwać można zmęczeniem materiału. U mnie przejawia się to w zapominaniu nazwisk i nazw, na przykład systemów filozoficznych; miałem głowę okropnie tym naładowaną! Zanika też ogólna sprawność wymowy. I nie mam na myśli objawów będących skutkiem procesów patologicznych, nie mówię o żadnych, nie daj Boże, alzheimerach. Granicą trudno dla ludzi przekraczalną jest dziewięćdziesiąty rok życia, później możliwy jest okres wegetacji wspomaganej przez otoczenie, raczej jednak biernej; jak ktoś ma dziewięćdziesiąt parę lat, to niewiele już wymyśli. A postacie, które budzą niezrozumiały zachwyt rozmaitych geriatrofili — tu ktoś na Kaukazie dociągnął do stu osiemnastu lat, tam japońska staruszka nawet do stu dwudziestu — mnie osobiście przerażają. Widzę cherlawą istotę, która prowadzi życie kapusty na grządce — nic nie wymyśli, niczego nie napisze, z wszystkim ma najwyższe trudności. Cóż to za satysfakcja?
I nie ma na to rady, bo jesteśmy gatunkiem śmiertelnym. Zawsze mnie zresztą dziwiło, że wprawdzie sami jesteśmy śmiertelni, ale pozostawiamy po sobie pisma. Bardzo podobał mi się napis na budynku lwowskiej Politechniki: Hic mortui vivunt. Kiedy biorę coś poważniejszego do czytania, chcę wiedzieć, czy autor żyje, czy nie. Jeśli nie żyje, inaczej jakoś przyjmuję jego enuncjacje.
Czynności automatyczne, sprawność synchronizacyjno-korekcyjna mózgu to jedno. Mamy jeszcze świadomość. Z ostatnich danych wynika, że — co dawno podejrzewałem — świadomość jest bardzo silnie rozproszona w naszym mózgu i nie można wskazać ośrodka, w którym by siedziała. Wyobrażenie, wedle którego w samym środku naszej głowy miałoby się znajdować małe coś, co się nazywa „ja", jest bzdurne. Chodzi o zespół rozmaitych ośrodków, optycznych, akustycznych, kinestetycznych, motorycznych i tak dalej. Wszystko to razem kondensuje się i składa w całość.
Pewne przebiegi mózgowe można oczywiście usprawniać, ale w przypadku zaburzeń czynnościowych wywołanych wiekiem możliwości poprawy są minimalne. Dziwną własnością mojego mózgu jest to, że wieczorem, kiedy jestem śpiący, zaczynam słyszeć jakąś melodię, jakby orkiestra grała — choć wiem, że orkiestry żadnej nie ma. Czasami jest to ciekawe, czasami denerwujące — motyw muzyczny, który wciąż się powtarza. Kiedy zasypiam — melodia znika, kiedy się budzę — już jej nie ma. To wszystko objawy zepsucia czy zmęczenia neuromateriału.
Dla nas, ludzi, wiek rzędu osiemdziesięciu-dziewięćdziesięciu lat stanowi górną granicę i dlatego z taką lubością czytam o życiu gwiazd, w którym dziesięć czy piętnaście milionów lat nie ma najmniejszego znaczenia, albo o galaktykach, które mogą istnieć czterysta milionów lat, albo o ewolucji trwającej miliardy... Wiem, że samemu mi do tego nieskończenie daleko, ale świadomość, że umysł ludzki potrafi w ogóle dotknąć tajemnicy długowieczności systemów wszechświata, jest dla mnie fascynująca, na pewno bardziej niż to, czym większość ludzi żyje.
(…)
Wiek sprawia, że niechętnie już godzę się na wywiady, ale miałem niedawno wizytę Japonki, bardzo sympatycznej i mówiącej dobrze po polsku, która przetłumaczyła Wysoki Zamek. Miała pewne kłopoty — co to na przykład jest bigos? — ale pomógł Internet. A wczoraj przyszła Francuzka, wedle której zajmuję się głównie mistycyzmem i ogólną teorią kontemplacji. Usiłowałem łagodnie wytłumaczyć, że się myli, ale zauważyłem, że moje wysiłki są daremne. Miałem zresztą trudności, bo i po francusku nie mówię już tak, jak przed laty.
Od gościa z Tokio próbowałem się dowiedzieć, co Japończyk może wynieść z mojego Wysokiego Zamku. Co z niego zrozumie? Jak kręgi na wodzie po wrzuceniu kamienia rozchodzą się coraz dalej, tak też dzieje się z moimi książkami: z jednej strony Brazylia i Portugalia, z drugiej Korea, Japonia, Tajwan, Chiny... Mnie to już właściwie obojętne, bo jestem bardzo stary, ale myślę sobie, że gdyby mój ojciec, który zmarł tu, w Krakowie, mając siedemdziesiąt cztery lata, dowiedział się o tym, toby się może trochę uspokoił, bo bardzo był zmartwiony, że rzuciłem medycynę…