Fototapeta

Michał Witkowski
Fototapeta
  • W.A.B.
    Warszawa 2006
    125 x 195
    312 stron
    ISBN 83-7414-159-X

Powrót do przeszłości? Na pewno tak – po bestsellerowym Lubiewie, Michał Witkowski wraca do tematów, które pojawiły się w jego debiutanckim tomie opowiadań Copyright. W pierwszej części nowego zbioru, zatytułowanego Fototapeta, znajdują się opowiadania, w których pisarz przedstawia czasy swojego dzieciństwa przypadającego na schyłek świata socjalistycznego (akcja tekstów rozgrywa się w PRL-u, ale także w NRD i ZSRR), już naznaczonego rozpadem, chaosem, groteskowo-smutnego. W drugiej – historie ukazujące nową Polskę z jej rozbuchanym konsumpcjonizmem, ale też biedą, którą pozwalają znieść jedynie naiwne i tandetne wyobrażenia lepszego życia. W Fototapecie odgrzewane tematy nabierają jednak nowych smaczków, głównie dzięki temu, że od czasu debiutu Witkowski okrzepł pisarsko, wypracował łatwo rozpoznawalny styl, posiadł umiejętność snucia opowieści przykuwających uwagę czytelnika. Autor Lubiewa mimo iż właściwie wciąż pisze o sobie, siebie ustawia w centrum opowieści, nie traci przy tym z oczu świata. Pisząc o prywatnych mitach, opisuje jednocześnie przestrzeń konstruowanych na co dzień fikcji – tytułowych „fototapet” – dzięki którym ponura rzeczywistość nabiera barw. Nic to, że jaskrawych, kiczowatych. Ważne, że świat przesłonięty fototapetą staje się znośniejszy. I o tym właśnie traktuje nowa książka Witkowskiego.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Charków. Miasto bloków (w kafelkach). Socrealistyczne, ocharkane. Gigantyczny plac Dzierżyńskiego z lat dwudziestych. Mieszkamy w hotelu Charków, żadnej fantazji, nawet w nazwach. Upał, jak przystało na 22 lipca. Data i architektura wprowadzają nastrój bardzo polityczny. Wszyscy nagle znajdujemy się na jakiejś masowce w sali konferencyjnej i znowu wystąpienia, referaty. Ja też przemawiam, bo dochodzi do mnie, że się nie wymigam, że jestem bohaterem jakiejś Antyferdydurke, że jestem dzieckiem, które wszyscy biorą za dorosłego, anty-Józiem. Mój ojciec z Wandą Wasilewską i Salową podpili sobie podczas uroczystego bankietu i siedzą twardo na widowni, nie dają się wyciągnąć do przemawiania, no może i dobrze. Salowa opowiada wszem wobec, jaka to jest bogata, pokazuje, ile ma dolarów poupychanych w biustonoszu, odkrywa cały ten swój obnośny kantor, wódka była mocna, lodowata. W rzędzie za nami siedzi kilka Rosjanek. Odwracamy się do nich, cicho tam! Nie gadać! Ale my gadamy, wstajemy tylko, gdy rozbrzmi hymn polski na naszą cześć. Hymn, którego nie cierpię, - koń - szabelka i butelka, i szła dzieweczka do laseczka. Prawdziwy głos Polaków brzmiałby trochę inaczej, tak jak inaczej Wanda Wasilewską przemawia publicznie, a inaczej znowu klnie pod stołem, handlara jedna przebrana za nauczycielkę. Więc tylko ruszam ustami, udaję, że śpiewam, a tak naprawdę to gumę żuję, bo może właśnie o gumie do żucia układam w myślach nowy hymn i robię was wszystkich w balona, kochani miejscowi działacze. I co mi zrobicie? Złapcie mnie najpierw, a to nie wiecie, że ja jestem zając? I z każdej opresji się wykaraskam, ukryję się w maszynowni wesołego miasteczka, wyjdę z niej przemielony jak mięso i znowu się poskładam? Tak, Wysoka Izbo. Michaił Stanisławowicz, oskarżony o podżeganie i kolportowanie proklamacji, organizowanie tajnych „piątek”, skazany na „przejście przez kije”, a następnie na zesłanie, gdzie pisał pamiętniki... Tam poznał miłość swojego życia. Cha, cha, cha! Katierinę Andriejewnę Kozanow, wdowę po gwardziście! Nie mogę! Która odtąd do końca życia opiekowała się mistrzem i jego notatkami. Uchacha! I urodziła mu pięciu synów, cztery córki, wiele z tych dzieci pomarło wkrótce na szkorbut. Na koniec życia Michaiła Stanisławowicza przypada jego okres mistyczny (a jakże!), wskutek czego znacznie spadło zainteresowanie jego dziełami wśród tak zwanych zwykłych czytelników, ale zyskał u krytyki akademickiej. Pochować kazał się w stroju kąpielowym.
Ale niedaleko pada jabłko od jabłoni, bo to wszystko nic przy skandalu, jaki wywoła zaraz mój genialny tatuś. Na scenie występuje teraz jakiś zespół pieśni i tańca, więc odwróciliśmy się i rozmawiamy z tymi Rosjankami o sytuacji w Polsce, że komuna pada, że opozycja, Wałęsa i o wszystkich tych wąsatych sprawach. One się nastroszyły i mówią: że nam nie potrzeba zmian, bo mamy doskonały ustrój, tolka u nas takaja adna bolezń... „Ana nazywajetsia kamunizm!” - kończy mój tato na głos. Całą salą wstrząsają gromkie brawa, ale nie na cześć mojego taty, o nie! One wstają i przedzierają się do wyjścia, zasłaniając twarze torebkami, jakby już je ktoś chciał fotografować, flądry jedne. Uciekają zabarykadować się w swoich domach i czekać wezwania na policję. 1 jeszcze tylko pytają naszej Karlicy:
- A on kto pa prafiesji?
- Naucznyj rabotnik - odpowiada ze wstrętem ta Karlica, ta Krystyna.
No to wszystko jasne. Panie się uspokajają i zapraszamy wszystkich teraz na Wystawę Dostiżenij Narodnowo Chaziajstwa. Proszę bardzo, po lewej traktor, po prawej snopowiązałka, nudne czarno-białe zdjęcia pól za zakurzonym szkłem, zdjęcia maszyn, podpisy: maszina.
Co tu fotografujecie, amerykańskie emerytki? Dla jakich to widoków ryzykujecie, łamiąc zakaz fotografowania? Wysiadają z opływowego jak na tamte czasy autobusu z przyciemnianymi szybami. Wesołe, bogate i „zainteresowane światem”, w ten turystyczny, mdławy sposób, jakby świat był kolekcją znaczków, a nie kłębowiskiem spermy, metafizyki, śmierci i forsy. Potrafią tylko przesuwać się przed krajobrazami, wszędzie przynoszą ze sobą swój świat. Jakby ten widok był gadżetem dołożonym gratis do pisma! Mają takie same okulary, jakie ja dostałem od pana z TV, wystarczy je nałożyć i już wszystko staje się tylko filmem, a my siedzimy rozwaleni wygodnie w fotelu autobusu, pijemy piwo, palimy marlboro, dziwki miejscowe przed nami tańczą, a Murzyni wachlują wielkimi liśćmi. Siła waszych ubezpieczeń, wasze trzecie filary, wasza starość ze złotym zębem i młodym chłopcem, któremu przyklejacie do tyłka dolary, na ślinę, gdy tańczy dla was w drogich barach. Co więc robicie w tym najsmutniejszym z miast, gdzie tylko nędza, smutek, brud i dużo nudy? Czy potraficie odczytywać tutejsze znaki -napisy grażdanką na schodach bloków, w ich zaświnionych windach? Powiem wam: jesteście stare rury. Jesteście zgniłki. Macie zgniłe zęby i nic wam nie pomogą implanty. Możecie się wachlować swoim przewodnikiem typu Pascal, a i tak będziecie czerwone i spocone, stare rury Nie, nie macie tańczyć na rurze, źle zrozumiałyście, ach, ten mój angielski...
Ponieważ jednak coś muszę napisać w tej mojej książce o Charkowie, nakładam te różowe okulary i wychodzę z hotelu, zupełnie sam, tylko z pewną sumą zielonych (już różowych) w kieszeni. Zaraz na portierni okazuje się, że z okularami coś jest nie do końca tak, bo patrzę na obsługę i wiem przecież, że to stare wiedźmy, że nie daj Boże taką czymś obrazić, to nasra do garnka, chuchnie, dmuchnie i nieszczęście gotowe. A tu nagle widzę młode dziewczyny ubrane w szare kostiumy, z włosami lekko falującymi, no - stewardesy Lufthansy! Uśmiechają się do mnie i machają wypielęgnowanymi dłońmi, jak do kamery. Wychodząc z hotelu, czuję się jak Małgorzata z Bułhakowa, jakbym posiadł jakąś tajemniczą siłę i zaraz miał zrobić tu niezły sajgon, jakbym co najmniej wylatywał oknem na miotle. Bo oto - witaj, świecie z Wilka i zająca! Arbuzy, ruchome schody i chodniki, kolorowe wycieczki i klomby, lody i metro! Szybko notuję więc cały ten film i zaraz wracam do hotelu po ojca, bo chcemy iść na targ, aby sprzedać tych kilka rzeczy, które zabraliśmy. Muszę zdjąć okulary, ponieważ w ich świecie bazary w ogóle nie istnieją. Jakoż i świat przybiera od razu właściwe rozmiary i kolory, a kolorem Charkowa jest beżowy - od kafelkowych blokowisk i piaskowca. Kolor Pałacu Kultury.