Kładka nad czasem

Michał Głowiński
Kładka nad czasem
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2006
    123 x 196
    216 stron
    ISBN 83-08-03827-1

Kładka nad czasem to najnowszy tom próz Michała Głowińskiego, wybitnego historyka literatury, a od blisko dziesięciu lat również wziętego prozaika. Jego Czarne sezony (1998), wspomnienia z lat wojny, kiedy to jako żydowskie dziecko ukrywany był w okupowanej przez Niemców Warszawie, otrzymały nominację do Nagrody Nike.
Kładka nad czasem zawiera opowieści o rodzinnym „Miasteczku” czyli o Pruszkowie, podwarszawskiej miejscowości nad „maleńką, wąską i płytką Utratą”, miniaturowym kosmosie dzieciństwa i wczesnej powojennej młodości. To opowieści o najbliższych i o sąsiadach, o miejscach serdecznej geografii, o zdarzeniach. Autor niczym Asmodeusz odbywa swe sentymentalne przechadzki, podnosi pokrywy dachów zaglądając w studnię czasu i wywołując z pamięci obrazy z przeszłego życia polskich i żydowskich mieszkańców Miasteczka. Nad sielankową krainą dzieciństwa wisi jednak cień katastrofy: losy pomordowanych i tych, którzy uchodząc przed Zagładą opuścili miasteczko, często stanowią tu materię opowieści. Głowiński sięga po wątki osobiste. „Przewijające się wątki autobiograficzne i wszystkie wydarzenia zaczerpnięte z dziejów mojej rodziny w pełni odpowiadają prawdzie” – zaznacza. Ale — jak przyznaje — chętnie łączy też rzeczywiste i nierzeczywiste, fikcyjne z niefikcyjnym, często stylizuje swoją opowieść stosownie do tematu, bawi się literackimi aluzjami, dając tyleż dokument, co niemal upowieściowiony obraz życia Miasteczka, którego już nie ma. Pierwsza część opowieści o Miasteczku, Historia jednej topoli, ukazała się w roku 2003.

-
Marek Zaleski


Fragment

Był zimowy wieczór, mróz trzaskający, taki, jakiego już od dawna w Polsce nie było (sporo poniżej dwudziestu stopni), młodszym pokoleniom znany już tylko z legend i z opowieści ludzi starszych. Nie tylko chwytał on człowieka w swoje objęcia i do szpiku kości przenikał, ale też wydawał dźwięki, miał swoją muzykę, choć była to — być może — muzyka ciszy, a więc się go doświadczało także — na mocy paradoksu — za pomocą słuchu. Nie jestem świadom, w czym rzecz, nie zdaję sobie sprawy, co grało, bo przecież nie było to echo, ale coś się działo w dźwiękowym otoczeniu, tego jestem pewien, może powietrze bezlitośnie mroźne jest dobrym przewodnikiem muzyki sfer, owych harmonii, niedostępnych nawet dla największych kompozytorów, które milczą i rozbrzmiewają równocześnie. O umówionej porze nadjechała dorożka, nie pamiętam, czy zaprzężona w jednego konia czy w dwa, wspomnę jednak, że to chyba wtedy właśnie utrwalił się we mnie dźwięk końskich kopyt, uderzających o nawierzchnię ulicy, którą w tamtych czasach tworzyły w Miasteczku kocie łby, wydaje mi się wszakże, iż charakter i jakość dźwięku nie zmienia się radykalnie wówczas, gdy konie biegną nie po rzadkich już obecnie archaicznych kamiennych drogach, ale po asfalcie. Poezji tej konkretnej muzyki wytwarzanej przez końskie kopyta nic nie może dorównać, inne środki lokomocji nie mogą z nią konkurować, pociągi i samochody (by nie wspominać o samolotach) są zdolne wyłącznie do produkowania hałasów, nie wykluczam zresztą, że i one mają dane, by znaleźć entuzjastów. W każdym razie mnie spośród dźwięków związanych z podróżowaniem czy w ogólności poruszaniem się zafascynowały te właśnie odgłosy, nawet
teraz, gdy je słyszę — jakże rzadko — wśród miejskiego rozgwaru, sprawiają mi przyjemność i wywołują wspomnienie mojego tak już odległego czasu początkowego.
W dorożce budę postawiono, choć nie było wiatru, śnieg nie prószył, a więc nie musiała nas chronić przed nimi, przeciwnie, panował idealny spokój, krystalicznie przejrzyste powietrze pozostawało w stanie znieruchomienia, miała ona sprawiać, by nie ulatniało się w siną dal to ciepło, jakie w sobie nosimy. Siedziałem pomiędzy rodzicami, miałem zatem, jak każde dziecko w takiej sytuacji, poczucie pełnego bezpieczeństwa. Byłem opatulony, w kożuszku, z szyją obwiązaną szalikiem i w wełnianej czapce, z którą wiążą się także moje późniejsze wspomnienia, bo należała ona do tego rodzaju przedmiotów, które wbrew spodziewaniom towarzyszą ich posiadaczom przez długie lata, nasiąkając rozmaitymi treściami i znaczeniami. Była to pilotka, tak w każdym razie ją nazywano, otaczała uszy i sporą część policzków, zapinało się ją pod brodą. Niekiedy błahe, pozbawione wszelkiej wagi informacje pozostają w głowie na długie lata; pamiętam, że Matka wiele lat po wojnie powiedziała mi przy jakiejś okazji, że tę moją pilotkę kupiła na Nalewkach w sklepie z konfekcją dziecięcą, nazywającym się „U Franciszki”. Rozpisuję się szeroko o tym w istocie niewiele znaczącym nakryciu głowy z tej racji, że towarzyszyło mi przez kilka następnych lat, przetrwało wraz ze mną czas Zagłady, rozciągało się tak, jakby pragnęło mi służyć jak najdłużej. Kiedy na początku roku 1943 uciekaliśmy z getta, to je właśnie nosiłem, a na ten czas miało dodatkowa zaletę: osłaniało twarz nie tylko przed mrozem, ale także przed niepożądanymi spojrzeniami. W tej właśnie pilotce jechałem rok później, także w mróz osaczający człowieka ze wszystkich stron, do Turkowic, i tam dalej mi towarzyszyła. Zdaję sobie sprawę, że historia nabytej na Nalewkach dobrej na ciężkie zimy czapki staje się opowieścią o moim dzieciństwie i jego tak dramatycznie różniących się etapach. Kiedy wracaliśmy w ów mroźny wieczór, na kilka albo kilkanaście miesięcy przed wybuchem wojny, rodzice nie mogli ocenić, jak znakomitym zakupem okazała się ta dziecięca czapeczka, nie mogli też przypuszczać, że tak długi będzie wiodła żywot. W jakich okolicznościach go zakończyła, tego świadom nie jestem.
Mimo przejmującego zimna byłem w doskonałym humorze, bawiło mnie i cieszyło wszystko. I jazda, i dookolny świat. Zapewne wydał mi się on niezwykle piękny w tę noc jasną, ze śniegiem leżącym wszędzie wokół, z rozgwieżdżonym niebem i księżycem, który był, a może nie był w pełni, ale niewątpliwie przez cały czas pozostawał widoczny. A uradowałem się szczególnie, kiedy usłyszałem wypowiedziane przez Ojca słowa: „jazda, panie Gwiazda!”. Nie wiedziałem rzecz jasna, iż jest to utarte powiedzenie, przywoływane w rozmaitych sytuacjach i w zasadzie pozbawione wyraziście określonego znaczenia. Być może zafrapowało mnie samym swym brzmieniem, bo przypominało dziecięce rymowanki, a z pewnością jakieś już znałem. Ale też — być może — pomyślałem, że dorożkarz nazywa się Gwiazda, a więc Ojciec zwraca się do niego zachęcając do szybszej jazdy. Tak czy owak powiedzonko podchwyciłem, zacząłem je powtarzać z różnym nasileniem głosu, dochodząc do krzyku: „jazda, panie Gwiazda!”, „jazda, panie Gwiazda!”… Dotychczas siedziałem spokojnie, ale zacząłem się kręcić, odczułem potrzebę ruchu, wymachiwałem rękami. Być może raz jeszcze skierowałem spojrzenie ku górze, by ujrzeć niebo pięknie zasłane gwiazdami.
Wiedziałem, że niebo gwiaździste jest nade mną, w tej materii wątpliwości mieć nie mogłem, nie byłem jeszcze świadom, co jest — lub raczej być powinno — we mnie. Obserwowałem je, zapewne skłaniało mnie ono do pytań, jak to się dzieje, że te małe świecące gwiazdki nie spadają nam na głowę, jak one się trzymają i dlaczego dobrze je widać, choć są tak niewielkie, nie wykluczam, że chciałem, by pan Gwiazda zaprowadził nas tam, skąd pierwsze gwiazdy na niebie zaświecą. Jedno jest pewne, w tę zimną noc wszystko to mnie ciekawiło, wydało się dziwne i niepojęte. Wracaliśmy do domu pełnego cichości i ciepła, jechaliśmy na kraj Miasteczka. Nie potrafię powiedzieć, ile czasu ta nocna wycieczka pod znakiem pana Gwiazdy i pod rozgwieżdżonym niebem trwała, może pół godziny, może trochę dłużej, może trochę krócej. Nie czuję potrzeby odmierzania tego czasu wskazówkami zegara, dla mnie jest on ważny niezależnie od tego, o czym one informowały, bo był to jeden z tych momentów,
w których otwiera się świat.