Nekropolis

Marek Nowakowski
Nekropolis
  • Świat Książki
    Warsaw 2005
    125 x 95
    232 strony
    ISBN 83-247-0142-7

Tę książkę można czytać na dwa sposoby. Pierwszy, zgodny z intencją autora, polega na zanurzeniu się w nostalgiczną opowieść o życiu literackim i towarzyskim w Polsce powojennej, w latach 1956-1989.
Dzięki niebywałej pamięci autora poznajemy dziesiątki ludzi – pisarzy, malarzy, grafików, redaktorów – którzy tworzyli literaturę lub jej tworzeniu towarzyszyli. Koncept Nowakowskiego polegał na tym, by tłum napływających postaci uporządkować zgodnie z miejscami spotkań. Wędrujemy więc razem z autorem po dawnej Warszawie, zaglądając do restauracji, hoteli i pomieszczeń redakcyjnych, i spotykając tamtych ludzi. Każda z postaci zostaje osadzona w konkretnym miejscu i na chwilę dopuszczona do głosu. W krótkich scenkach powracają rozmowy, nazwy alkoholi, klimaty, lokale. Jednak każde z tych wspomnień opatrzone jest nostalgicznym – i nekrologicznym – podsumowaniem: „Nie ma dawnego Bristolu”; „przestała istnieć kawiarnia Caracas i uszedł bezpowrotnie aromat palonej kawy”; „Nie ma już tamtych ludzi. Ani jednego”.
Powstała więc jedna z najsmutniejszych książek Nowakowskiego. Zgodnie z zamiarem autora ów smutek miał wynikać z prostej konstatacji: kiedyś życie literackie tętniło życiem – dziś, po śmierci tamtych ludzi i po zniknięciu tamtych lokali, Warszawa zamieniła się w nekropol.
Można jednak przeczytać tę książkę dokładnie odwrotnie. Wówczas odsłoni się przed nami opowieść cmentarna nie o teraźniejszości, lecz właśnie o przeszłości. Z narracji wyłania się bowiem upiorna rzeczywistość półtrupiego polskiego życia literackiego: w latach 60. i 70. pisarze spotykają się w kawiarniach i restauracjach, toczą jałowe spory, piją wódkę, przechodzą do innego lokalu, toczą jałowe spory, piją wódkę… Nie są ani żywi, ani martwi. Ich półtrupi status wynika stąd, że dowodu swojej żywotności szukają w pozorach literatury: w kawiarnianych spotkaniach, w materialnym sukcesie oferowanym przez państwo w zamian za literacki serwilizm, w opowiadaniu wydrukowanym na łamach pisma literackiego czytanego przez kawiarnianych kolegów. Zamknięty krąg półtrupów, uczestniczących w chocholim tańcu życia literackiego, jakie swoim pisarzom fundowało tamto państwo i jakie oni sami sobie wymyślili. Umknąć owej cmentarnej regule udawało się tylko tym, którzy potwierdzenia swojej żywotności szukali w dziełach.

- Przemysław Czapliński

Fragment

Plac przed Teatrem Wielkim. Jeszcze nie było atrapy ratusza. Ani gmachów bankowych, między którymi przycupnął kościółek, gdzie ksiądz Niewęgłowski zbiera i nawraca twórców. Nie było też z drugiej strony Teatru Wielkiego oszklonego bunkra, dzieła Johna Forstera, światowej sławy architekta. Zmieniło się otoczenie. Lecz ilekroć przechodzę, pamięć od razu zmienia dekorację. Zupełnie jak w teatrze. No i powstaje inna scenografia.
Wówczas - od Senatorskiej w kierunku Ogrodu Saskiego - były tutaj tylko dwie restauracje. Teraz cały ciąg. Pekin, Chiński Pałac, El Popo, Rabarbar, Barbados. Wtedy tylko dwie. Jedna blisko ulicy Niecałej. Nieduża, wnętrze wyłożone boazerią; lokal Warszawskich Zakładów Gastronomicznych, pod koniec panowania Gierka była to tzw. ajencja - dwie otyłe kobiety, klasyczne bufetowe tamtych lat za ladą. Wódka i dosyć duży wybór potraw: śledzie, strogonow, flaki, fasolka po bretońsku. Ta fasolka! Nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, skąd się wzięła nazwa potrawy. Fasola, najlepiej Jaś, z kawałkami kiełbasy i boczku w gęstej zawiesinie, przyprawiona przecierem pomidorowym. Ten kit rzekomo pochodził z francuskiej kuchni. Francuzi bardzo się dziwili. Ale szczególnie zimą pod czystą dobrze to szło. Tutaj często bywałem z Leszkiem Duninem.
Była to malownicza osobowość. Szlachcic ze starego rodu, kawalerzysta z 1939 roku, żołnierz AK i WiN, po wojnie siedział co najmniej pięć lat. Był architektem, budowniczym kościołów i ulubieńcem księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego. Chętnie przytaczał wrażenia prymasa z wizyt pasterskich: cała Polska od morza do gór to wielkie, więzienne blokowisko. Wszędzie, nawet w najbardziej malowniczych miejscach stoją szare pudła z betonu, większe lub mniejsze. Brakuje tylko kolczastego drutu i strażniczych wieżyczek. Tak mówił ksiądz prymas. Leszek Dunin natomiast czas PRL-u nazywał epoką Beotów. Według jego oceny, była to najbardziej ograniczona, wręcz tępa nacja w starożytnej Grecji. Odpowiednik barbarzyńców, Wandalów, Longobardów, Wizygotów. Opowieści pana Leszka o nielegalnych budowach kościołów to były scenariusze filmów sensacyjnych: nocne pikiety parafian, naloty milicji i bezpieki, rozbiórka prowizorycznych kaplic i ponowne ich wznoszenie przez nieustępliwych wiernych. Pan Dunin był wysokim, postawnym mężczyzną o głowie rzymskiego patrycjusza, wydatnym, orlim nosie i intensywnie niebieskich oczach. Wyglądem i zachowaniem odbiegał od szarego tłumu przechodniów na ulicach Warszawy. Fantazyjnie naciągnięty baskijski beret, nieodłączna fajka w zębach. Chodził powoli, ciężko, suwając stopami po ziemi - to pozostałość po karcerach w Rawiczu; trzymano go w nich wiele razy po kolana w lodowatej wodzie, przy otwartym zimą oknie. Nabawił się wiecznie odnawiającej się choroby nóg. Charakter miał twardy i twierdził z wisielczym humorem, że ta dolegliwość nie pozwala mu zapomnieć o utraconej niepodległości.
Pan Leszek nie wylewał za kołnierz i nieraz spotykaliśmy się w tej niedużej ciemnej knajpie, obłożonej brązową boazerią. Niekiedy przychodził w asyście majstrów, którzy często z pobudek bezinteresownych brali udział w budowie kościołów. Był duszą towarzystwa, wspaniale recytował naszych wieszczów, wyśpiewywał pułkowe, sprośne żurawiejki, zapalony varsavianista, znawca starodruków. Została w mojej pamięci jego opowieść o szarży kawaleryjskiej we wrześniu 1939 roku, kiedy wziął do niewoli niemieckiego obersta, skarbnika dywizji. Dialog z jeńcem, absolwentem uniwersytetu w Heidelbergu, z burszowską szramą na policzku. Prześcigali się nawzajem w recytacji Goethego. Może trochę fantazjował?  (…)
Bywało, że nasza droga wiodła stąd do innych szynków. Kilka razy odwiedziłem pana Dunina w jego mieszkaniu w Konstancinie. Mały, zniszczony domek z drewnianym gankiem wśród zdziczałego ogrodu. Zajmował w nim parter. Pełno starych książek, bibelotów, mebli, portretów - pamiątek z dawnego życia. Przy stole zasiadaliśmy z żoną pana Leszka, córką znanego przed wojną właściciela kawiarni na placu Trzech Krzyży, Galińskiego, i trójką ich dzieci. W naszych biesiadach uczestniczył Adam Mauersberger, dyrektor Muzeum Literatury imienia Adama Mickiewicza na Starym Mieście, oryginał, przyjaciel artystów z dwudziestolecia, historyk, asystent Marcelego Handelsmana na uniwersytecie. Przedstawiony przez Gombrowicza pod własnym nazwiskiem jako postać sceniczna w niedokończonej sztuce, i - jak powiadali ostatni żyjący z tamtego kręgu - niektóre absurdalne powiedzenia z Ferdydurke są autorstwa Adama, nazywanego przez bliskich Małziem.
Pan Leszek i Adam Mauersberger, dwaj niezmordowani gawędziarze, dzierżyli prym przy stole. Adam wskrzeszał dawne piękności Warszawy; Dianę Eiger - matkę poety Stefana Napierskiego, żonę Wojciecha Stpiczyriskiego, publicysty bliskiego Marszałkowi, Carlottę Bologna i córkę rabina Schorra. Pan Leszek wywodził o swoich antenatach, podczaszych, regimentarzach koronnych, kasztelanach. Nie był ślepym apologetą przeszłości, przedstawiał ją w całym skomplikowaniu. Kiedyś była z nami przy stole znana lekarka z Pawiaka, uczestniczka konspiracji AK w więzieniu. Znała pana Leszka z okupacji. W pewnej chwili, patrząc na niego, powiedziała z rozrzewnieniem: - Jacy wy wtedy byliście piękni! Zabrzmiało to jak requiem dla wojennego, tragicznego pokolenia Polaków.
Patrzę w ciemne okna dawnej restauracji. Po 1990 roku padła i powstał lokal Prado z gipsowym lwem u wejścia; teraz wnętrze zupełnie martwe, gołe - karteczka na drzwiach informuje, że lokal nieczynny do odwołania. Patrzę i widzę tamtą knajpkę obłożoną brązową boazerią, przy drewnianych stołach siedzą dawni bywalcy. Pan Leszek Dunin najważniejszy z nich.