Pierwsza noc u szatana

Erwin Schenkelbach
Pierwsza noc u szatana
  • Austeria
    Kraków 2005
    104 strony
    ISBN 83-89129-24-8

Autor, wybitny fotografik z Jerozolimy, pochodzi z Drohobycza, jego ojciec był przyjacielem Brunona Schulza. Erwin Schenkelbach napisał książkę, w której pierwsze opowiadanie jest bardzo dziwną, fantasmagoryczną wizją zagłady Żydów w rodzinnym mieście; drugie – opisem podróży do Warszawy i błąkania się po mieście żydowskiego chłopca, który uniknął cudem śmierci i który przechodzi przez różne ręce; trzecia opowieść to historia powrotu po kilkudziesięciu latach do miasta dzieciństwa człowieka dojrzałego, który próbuje odnaleźć klimat i krajobrazy swych wczesnych lat. Język tych onirycznych opowieści, szczególnie w pierwszym opowiadaniu, jest pod wpływem prozy schulzowskiej, pełnej metafor, symbolicznych obrazów, a jednocześnie zawieszonej między autobiografią a fikcją literacką. Największe wrażenie robi środkowe opowiadanie: historia żydowskiego chłopca, który w ucieczce przed zagładą wyprawiony zostaje w podróż do Warszawy. Obraz miasta rysowany z punktu widzenia zagubionego dziecka, a potem opis wieczornej eskapady do sklepiku po wódkę dla nowego opiekuna i spotkanie dwóch pracujących w getcie żydowskich karawaniarzy to niezwykłe świadectwa wojenne. Fotograficzne oko autora wychwytuje najdrobniejsze szczegóły wyglądu miejsc i ludzi, wszystko maluje się z ostrą wyrazistością rzeczy widzianych po raz pierwszy w życiu. Obcość i grozę, a przy tym banalność okupacyjnego świata opisać można najlepiej, patrząc oczyma narażonego wciąż na śmierć żydowskiego dziecka. Chłopiec niczego bowiem nie próbuje oceniać i przyrównywać do wcześniejszych doświadczeń; po prostu widzi, sprowadzając na jedną płaszczyznę zwyczajność i koszmar.

- Jerzy Jarzębski

Fragment

Lot, kilkugodzinna jazda samochodem, formalności i uprzednia, nieprzespana noc. Kładę walizkę na stole i tak jak stoję, w ubraniu i butach, rzucam się na łóżko zapadając w bezdeń niebytu. Po przebudzeniu nie wiem, gdzie jestem. Idę prawie po omacku do łazienki, odkręcam kurek i wkładam głowę pod strumień zimnej wody. Wycieram się i otwieram na oścież okno. Do pokoju wdziera się fala ciepłego powietrza, a wraz z nią obłędna melodia zapachów kwitnących drzew i kwiatów. Dzień już odchodzi. Jeszcze tylko ostatnie promienie słońca zapalają okna pobliskich domów płomieniami krwawej purpury. Rozglądam się uważniej wokół. Przed hotelem ogromny, sięgający chyba wysokości dwóch pięter pomnik z brązu przedstawiający jakiegoś człowieka z książką w ręku. Dalej siatka ulic ze zbudowanymi jeszcze przed wojną domami. Na jezdniach tylko nieliczne pojazdy. Postanawiam przejść się trochę po mieście. Przecinam skwerek przed hotelem i idę w kierunku pobliskiej szerokiej ulicy. Po drugiej jej stronie wije się pod górę mała, wąska uliczka. Otchłań jej ciemnej perspektywy wciąga mnie z jakąś magnetyczna siłą w głąb. Po jej obu stronach dwupiętrowe domy, a przed nimi zadbane ogródki o, tylko co, równo przekopanych grządkach. Świeżo odwrócona ziemia jest tłusta i czarna. Wokół kwitną jabłonie, wiśnie i czeremchy. Idąc pod górę tej uliczki odurzony majową eksplozją zapachów i barw, doznaję w pewnym momencie niepokojącego uczucia, że tę uliczkę skądś znam, że kiedyś już tutaj byłem.
Po kilku krokach, nagle znajduję się przed domem, gdzie pewnego ranka, ukryty instynktownie przez matkę we wnęce pod schodami zarzuconej starymi papierami i gazetami, jestem świadkiem, jak umundurowani ludzie zabierają moich rodziców w ich ostatnią podróż donikąd.
Powoli, łuska po łusce, opadają warstwy czasu. Dotykam jak w transie popękanej ścianę domu i gładzę poręcze schodów wiodących do naszego wówczas mieszkania.
Świat wokół mnie zaczyna wirować... wskazówki zegara cofają się z błyskawiczną szybkością... zastygam w bezruchu na pograniczu jawy i snu... idę teraz uliczkami mojego dzieciństwa... w jego skrzynce przezrocza wspomnień... na ekranie mojej pamięci pojawiają się coraz to inne obrazy czasu tamtych umarłych dni... wysoki, wysportowany człowiek z czarną, równo przyciętą, wspaniałą asyryjską brodą, a obok niego mały chłopczyk o jasnych włosach... to mój ojciec i ja... za chwilę mkniemy na nartach wzdłuż stromego stoku jednego z karpackich szczytów... w dolinie kłębi się fioletowa mgła... to podczas moich niezliczonych eksperymentów chemicznych wybuchł tygiel pełen różnych odczynników... materiały do tych niebezpiecznych eksperymentów kryje zamykana drewnianą żaluzją szafka, w której mój ojciec przechowuje potrzebne do pracy w ciemni fotograficznej niezliczone ilości słoików, butelek i retort z różnokolorowymi substancjami i płynami... rodziców nie ma w domu... otwieram szafkę... jeden ze stoi fosforyzuje tajemniczą poświatą... zafascynowany tym niezwykłym widokiem wpatruję się w wynurzający się z ciemności snop zielonkawego światła... biegnę wśród kłosów pszenicy z dziewczynką, która ma na imię Ania... Ania wyprzedza mnie... jej gruby, spleciony z jasnych włosów warkocz kołysze się przede mną jak wahadło... powiew powietrza przynosi zapach świeżego, tylko co zebranego miodu... dzwonek do drzwi... to do mojego ojca przyszedł jego przyjaciel nasz bliski sąsiad o przedziwnej, skośnie sklepionej twarzy przypominającej szykującego się do odlotu ptaka... ojciec przygotował mu jak zwykle tekturowe pudełko pełne zużytych klisz ze szkła... na sczerniałych warstwach emulsji naświetlonych negatywów człowiek-ptak będzie wydrapywać stalowym rylcem ilustracje do swoich fantasmagoryjnych opowiadań... wspomnienia dalej przesuwają wskazówki zegara... właśnie nasz sąsiad podaje mojej matce książkę... na jego zapadniętych policzkach błąka się nieśmiały uśmiech... matka odwraca okładkę... na pierwszej stronie napis: Bruno Schulz, Sanatorium pod Klepsydrą i wypisana ciemnozielonym atramentem dedykacja... matka uśmiecha się, dziękuje i wyciąga rękę, którą on z głębokim ukłonem całuje...
Gdy wracam do hotelu, jest już późna noc. Nazajutrz idę na pobliski targ. Na straganach sterty świeżych owoców, jarzyn, serów, prostokątnych, zabarwionych marchewkowym sokiem brył masła, blaszanych baniek. Do przyniesionej z sobą szklanki każę sobie odlać z takiej bańki trochę śmietany, a potem kilkoma jasnobrązowymi banknotami o dziwnej nazwie „kupony" płacę za bochenek czarnego chleba, z którego w swoim hotelowym pokoju odcinam grubą pajdę.
Chleb i śmietana mają smak mojego dzieciństwa.
Zbliża się już południe. Idę szerokim bulwarem rojącym się od elegancko ubranych młodych ludzi. Tutaj, na tak zwanym „corsie", spotyka się codziennie elita miasteczka. Uchylane wytworne kapelusze, dumne, prowokujące, rzucane spod przymrożonych powiek spojrzenia, uśmiechy i porozumiewawcze gesty. Pomiędzy nimi przemyka się mały chłopiec pragnący odgadnąć wszystkie tajemnice dorosłych.
Ale nagle corso pustoszeje. Pozostaje tylko parada ustawionych wzdłuż jego chodników białych marmurowych waz pełnych niegdyś kwiatów oraz tych samych, ale teraz wyższych drzew. Przenikające poprzez witraże ich liści słoneczne promienie muskają trotuary smugami koloru złota.
Dochodzę do domu mojego dzieciństwa. Poznaję go z daleka, nie zmienił się zupełnie. Poprzez ciemną sień wchodzę na tylne podwórze. Przemierzam je wszerz i wzdłuż. Odgarniam młode liście posadzonych w równych rzędach jarzyn, odsuwam stare porozrzucane tu i tam przedmioty, zaglądam do każdego zakątka, obiecuję sobie, że będę przychodził tutaj codziennie.
Ale torpeda czasu zmienia już swój kierunek.
Znowu przelatujemy ponad czarną kreską granicznej rzeki.
Mojego omszałego zielonego kamienia nie odnajdę już nigdy.