Dom Róży. Krýsuvík

Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Dom Róży. Krýsuvík
  • Czarne
    Wołowiec 2006
    125x195
    62+112 stron
    ISBN 83-89755-42-4

Najnowszy tom prozy Huberta Klimko-Dobrzanieckiego składa się z dwu połączonych ze sobą tematycznie i jednocześnie w pełni autonomicznych opowieści Dom Róży i Krýsuvík. Fabuła tego pierwszego utworu zorganizowana została wokół doświadczeń autobiograficznego bohatera wyniesionych z pracy w islandzkim domu starców. Stąd też w Domu Róży krzyżują się dwa żywioły – reportażowy i refleksyjny. Islandzkie realia mogą zmylić i uśpić czytelnika. Tymczasem dom starców w Reykjaviku czy sama odległa, ulokowana na krańcach Europy wyspa to metafory. Pisarza interesują takie aspekty naszej kondycji, jak samotność, zagubienie, niepewność jutra, a nade wszystko to, jak dzisiejsza cywilizacja Zachodu radzi sobie z umieraniem i śmiercią. Jednym z ważniejszych pytań, jest tu kwestia przyzwolenia na cichą eutanazję. Krýsuvík natomiast to piękna ballada wystylizowana na dawną skandynawską opowieść o miłości i pokrętnym losie, mająca za bohaterów dwoje prostych, oddanych sobie ludzi. Ulubionym chwytem pisarza jest kontrapunkt. Zwłaszcza w Domu Różyznajdziemy sporo ostrych, gwałtownych przejść: od porażających epizodów z życia niedołężnych starców i ich bezdusznych opiekunów do ujęć lirycznych, pełnych afirmacji życia i łagodności. Ważny jest także wymiar nostalgiczny. Dyskretnie, niejako na marginesie głównej opowieści Klimko-Dobrzaniecki przywołuje obrazy z wczesnej młodości spędzonej na Dolnym Śląsku, odsłania meandry swojej biografii, mówi o poszukiwaniu swego miejsca na ziemi. To wbrew pozorom bardzo osobista i bardzo polska książka.  

- Dariusz Nowacki

Fragment

Róża. Kochana Róża. Poznaliśmy się w dość dziwnych okolicznościach, hmmm, tak, to było dziwne, bo nikt mnie nie powiadomił w pierwszych dniach pracy na Dachu, że mieszka tu niewidoma, właściwie nie wiedziałem o jej obecności, bo na początku nie interesowałem się drugą stroną korytarza, nie doszedłem do ostatniego mieszkania, nie zerknąłem na wizytówkę. Róża nigdy nie wychodziła na posiłki, pani z kuchni zawsze niosła tacę z jedzeniem na koniec korytarza i po chwili wracała z pustą. Nigdy nie pytałem, gdzie idzie, do kogo, nie wchodziłem w szczegóły, a po paru dniach okazało się, że zostałem wybrany, bo Różą zajmowała się kobieta, na której miejsce przyjęto mnie do pracy. Szefowa powiadomiła mnie pewnego ranka, że Róża została mi przydzielona, powiedziała, że mam być dobry i miły, bo to ktoś bardzo wrażliwy i całkowicie świadomy, że muszę uważać, co i jak mówię, jest niewidoma, ale jakby wszystko widziała, powiedziała, że sam się przekonam.
Zapukałem. Spokojny, ciepły głos dobiegł ze środka, otworzyłem drzwi. Chyba śniłem. Przez całe miesiące pracy na innych piętrach, oddziałach, zapach moczu prawie mnie nie odstępował, na Dachu już tak nie pachniało, ale to też nie był zapach róż, a tu zniewalająca mgiełka zapachu, właśnie różanego zapachu, dziwne, dziwne, pociągnąłem nosem. — Przyjemne, prawda? — odezwała się zachęcająco staruszka siedząca w głębokim fotelu obitym zielonym aksamitem. Miała zamknięte powieki. Śliczna była w tym fotelu, jak dostojna królowa, miała w swojej twarzy coś z monarszego majestatu, mądrości, a zarazem świeżego powiewu mojej pierwszej miłości, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że w fotelu siedzi Ula, przecież to była taka ogromna różnica wieku, ale jednak, jednak serce drgnęło, jak kiedyś bardzo dawno temu na prywatce w Dzierżoniowie. — To olejek różany — powiedziała cicho. — Pięknie pachnie i działa odprężająco. Usiądź proszę. Powiedz mi coś o sobie. Usiadłem naprzeciwko, nie mogłem jakoś zacząć, to nie był strach czy nieśmiałość, to raczej zdziwienie, że siedzę przed Ulą, a ona mnie nie widzi, teraz biły się we mnie myśli, czy Ula to reinkarnacją Róży,czy też jest na odwrót. W niektórych wierzeniach reinkarnacja działa w obie strony, a może tylko niedokładnie przeczytałem podręcznik do religioznawstwawręczony mi w czwartej klasie ogólniaka. To miał być eksperymentalny przedmiot i takim pozostał, bo eksperyment trwa dale), nie kończy się. Zadziwiające też było, że osoba niewidoma ma tak gustownie urządzony pokój, że kolory nie gryzą się, że wszystko jest stonowane. A może ona widzi, tylko udaje. Przecież wielu oszustów spotkałem na swojej drodze życia w Polsce
nawet tu, w domu starców. Niektórzy drwią z oszustów. Pamiętam małą Rumunkę, miała może pięć lat,siedziała przed kościołem na Świdnickiej we Wrocławiu i żebrała, ktoś zrobił jej kawał i napisał tabliczkę po polsku, jestem w ciąży, proszę o wsparcie. Nie zarobiła tego dnia, może zebrała co najwyżej wieczorem baty od ojca, który nie dozbierał wystarczającej ilości złotówek na wymianę w całodobowym kantorze. Albo taki Elli, ten to już z domu starców. Jak się go o coś prosiło, to nie słyszał, a jeśli zapytało się o pożyczkę tysiąca koron, to natychmiast odpowiadał, że nie ma. Nad fotelem wisiał olejny portret. Przedstawiał dziewczynkę siedzącą na krześle w granatowej sukience uwieńczonej białym kołnierzykiem. Dziewczynka miała spięte włosy, zielone oczy, bladawa trochę była, smutna, na kolanach trzymała lalkę ubraną w narodowy strój. — To moja siostra, moja młodsza siostra — powiedziała Róża. Zaskoczyła mnie. Może ona rzeczywiście widzi. — Ka-ritas miała na imię, zginęła, jak miała pięć lat, ten portret to wszystko, co po niej zostało. I pamięć oczywiście, pamięć, moja kochana siostra, Karitas... Czujesz się nieswojo w obecności kogoś takiego jak ja. Nic nie mówisz i pewnie myślisz, że oszukuję, że może w najlepszym wypadku niedowidzę. Dziewczyna, która pracowała tu przed tobą, też mnie na początku podejrzewała. Ja nie widzę od urodzenia, ale jestem już stara i potrafię sobie rzeczy dobrze wyobrażać, to tak jakbym je widziała. Wiem, że jesteś z zagranicy, powiedz coś, niech usłyszę twój głos. — Mam na imię Hubert. — Jak? — Hubert. — Hypert? Dziwne imię. Przyzwyczaiłem się do tego zniekształcania, bezdźwięcznego wymawiania mojego imienia. Tak tu wszyscy je wymawiają. — A jak brzmi w twoim języku słowo Rosa, moje imię, kwiat. — Róża. — Oo, jeszcze raz proszę. Męczyła się, nie mogła wymówić, ale widać, że spodobał się ten słowiański świst, drżenie języka, powietrze, które może wprowa-dziło ją w wibrację. — Nie potrafię tego wymówić, to zbyt trudne, ale podoba mi się, możesz tak do mnie mówić Hypert. Jeszcze raz powiedz. — Róża. — Tak, tak, możesz tak na mnie mówić.