Rachmunes

Viola Wein
Rachmunes
  • Wydawnictwo Sic!
    Warszawa 2005
    135 x 205
    146 stron
    ISBN 83-7453-726-4

To zbiór powstałych w Izraelu historii o Żydach i Arabach. Autorka pisze o losach strzaskanych i paradoksalnych, można by rzec – o życiu. Ale życie bohaterów Violi Wein nie układa się w sensowną fabułę o literackich korzeniach, nie ma porządnej puenty przynoszącej choćby pozór rozwiązania. Można się w nie wpatrywać, nie dostrzegając jakiejkolwiek konsekwencji poza tą, że rodzimy się, cierpimy, potem rodzą się nasze dzieci, by cierpieć podobnie. Są tu historie o ludziach egotycznych i samolubnych, jak Ojciec z Rachmunes, i o takich, którzy, jak Margalit z Ammophila arenaria, całe swe życie oddali pamięci zmarłych. A jeśli syn Margalit w okrutny sposób zginął z rąk palestyńskich terrorystów, to znów losy młodziutkiego Palestyńczyka Fathi z Ofiary wiodą chłopca prosto do oddziału wojowników-samobójców. A historia izraelskiego geja-transwestyty z Sanitariusza? W niej też nia ma żadnego „sensu”. Tytułowy „sanitariusz” i jego koledzy nigdzie nie pasują, tak samo nie może liczyć na społeczną akceptację ich (spełnione na koniec) pragnienie posiadania dziecka. Całkiem już wyzute z ocalającego sensu zdaje się zakończone samobójstwem życie Yossiego, któremu dziwna choroba skóry wyjadła pół twarzy. Izrael jest tu miejscem ekstremalnych doświadczeń życiowych. Nie tylko z powodu wojny domowej. Znalazło tam zwieńczenie wiele najróżniejszych ludzkich losów. Każdy z bohaterów ma w swoje pięć minut na wypowiedzenie osobistej prawdy, ale te prawdy są nieuzgadnialne, nie ma dla nich jednego wzoru; można je tylko wypowiedzieć, przedstawić innym w oczekiwaniu na zrozumienie bądź tytułową Rachmunes (hebr.: litość).

-
Jerzy Jarzębski

Viola Wein (ur.1946) nauczycielka fortepianu, tłumaczka, prozaik. Wyjechała z Polski do Izraela w 1968 roku. Pracowała jako nauczycielka fortepianu w konserwatorium, jako urzędniczka i tłumaczka w Instytucie Pamięci Yad Vashem. Jako pisarka zadebiutowała w 1996 roku tomem prozy Mezalians (wydanym też po hebrajsku), w którym opisała dzieje rodziny żydowskiej zmuszonej w 1968 do emigracji z Polski.

Fragment

Idę na piechotę do teatru studenckiego, który znajduje się niedaleko mojego domu. Przedstawienie zaczyna się o ósmej. Jestem punktualny. Zawsze taki byłem, dobrze wytresowany przez rodziców: „punktualność to cecha królów” Dokładnie o ósmej rano trzeba się było stawić w przedszkolu. Pani Jaffa, przedszkolanka, nie lubiła spóźnialskich. To burzyło z góry ustalony porządek dnia; najpierw chłopcy do swoich kątów z piłkami, młotkami i klockami, a dziewczynki do domków z lalkami. Potem godzina przeglądania książek, opowiadania bajek dla wszystkich, następnie - czas wolny na podwórku. Dobrze kopałem piłkę i często wbijałem gola do śmiesznej, malutkiej bramki z czerwono-niebieskiego plastiku. Ale wolałem zostawać z dziewczynkami w kąciku dla lalek. Siedziałem tam sobie cicho z boku i czułem się osobiście łaskotany, obejmowany i głaskany po głowie drobnymi rączkami, tak jak gdybym sam był lalką Ruti Smartuti1, która czesana w te i wewte, i bez przerwy przebierana w różne szmatki, była otaczana ze wszystkich stron nieustanną opieką. Przedszkolanka Jaffa opowiadała ze śmiechem mojej matce, że często tak słodko zasypiałem w kąciku dla lalek, aż szkoda mnie było budzić na obiad.

*

Przedstawienie leci już po raz dwóchsetny Potem pójdziemy do baru, żeby to oblać. Należy nam się. Ciężko pracujemy. Ofer dołącza do mnie po drodze i narzeka.
-Ta kurwa znowu wymyśliła jakąś nową historyjkę.
-Co, nie wyprowadza się?
-Dopiero za miesiąc.
Szkoda, że jeszcze będę musiał cierpieć u rodziców. Cieszyłem się, że już niedługo zamieszkam z Oferem, bliżej centrum Tel Awiwu. Jego wspólniczka do mieszkania już dawno temu miała się wynieść. Ale w tej chwili o wiele bardziej żałuję, że wyszedłem z domu z gotowym makijażem. Jest gorąco, lepki morski wiatr, zmieszany z wydzielinami samochodów, wwierca się przez nos do mózgu. Zaczynam się pocić i wszystko mi się niedługo rozmaże. Ale i tak wyglądam lepiej niż dzielnica Florentin, którą idziemy. W rozgrzanym powietrzu kontury obskurnych domów drżą jak dłonie staruchy. I tak jak ona odpychają zmarszczkami tynków, różnokolorowymi plamami i dziwnymi wypukłościami żelaznych balkoników, wybudowanych według zachcianek lokatorów. Widzę, że Ofer chce mi coś powiedzieć, ale już go nie słyszę. Potworna detonacja rzuca nami o chodnik. Cisza w białej chmurze pyłu. Sprawdzam, czy te ciepłe wypukłości koło mnie to Ofer. Dzięki Bogu tak! Szum w uszach i czuję, że teraz chętnie bym sobie nawet przysnął. Ale nagle kurz, którym jesteśmy otoczeni, wypluwa w stronę nieba wielki jęzor ognia. Gorąc syczy, wyje, zawodzi piskami, krzykami, płaczem, jękami rannych i syrenami ambulansów. Czuję na plecach mokry ciężar. Zrzucam go z siebie, żeby wstać, i widzę, że to ręka urwana w łokciu. Na przegubie ma zegarek casio z czarnym cyferblatem. Dłoń męska. Jestem sanitariuszem w rezerwie i muszę ruszyć z miejsca, pomóc rannym, ale Ofer dalej leży skulony w pozycji embrionalnej i nie mogę go tak zostawić. Szukam właściciela ręki i widzę, że niechcący odrzuciłem ją od siebie na Ofera, który przyczepił się do niej i kurczowo trzyma pod brodą. Koło nas zawył hamujący z piskiem ambulans. Podnoszę Ofera razem z urwanym czyimś przedramieniem. Wygląda jak wielkie czarne niemowlę, które wyje w niebogłosy, bo chcą mu zabrać jego ukochanego misia. Pracownik Czerwonej Gwiazdy Dawida krzyczy z wnętrza karetki:
-Odsuń się, kobieto, zostaw go nam, zajmiemy się nim, jak trzeba, w ambulansie nie ma miejsca!
-Jestem sanitariuszem wojskowym i mogę pomóc w drodze do szpitala! - odkrzykuję.
-Spierdalaj stąd, cioto, pedrylu, ze swoim aidsem. Mówiłem, że damy sobie radę!
W wiadomościach podali, że terrorysta-samobójca, przebrany za żołnierza izraelskiego, stanął na przystanku w kolejce do autobusu. Siedmiu zabitych i około stu rannych. Tym razem efekt był większy, bo akurat nadjechał podwójny autobus. Tak zwany akordeon.
Ofer został w szpitalu jeszcze jedną dobę. Skarżył się na szum w uszach. Lekarz izby przyjęć stwierdził wstrząs nerwowy i przepisał mu środki uspokajające. Mnie poradził, żebyśmy się zapisali do kółka grupowej terapii, które jest subsydiowane przez państwo do końca życia. W programie, oprócz spotkań, są wycieczki krajoznawcze, kontakt z psychologiem, pracownikiem socjalnym, joga, śpiewy grupowe i tańce, jadalnia w domu żołnierza i w ogóle - stała opieka Ministerstwa Bezpieczeństwa i miesięczna pomoc finansowa.
Jest ich dużo, tych kółek. Rozsiane po całym Izraelu. Bo nigdy nic nie wiadomo po takim szoku. Czasami obrazy wracają po  dwudziestu latach, kiedy człowiek jest zupełnie na nie nieprzygotowany.