Luka

Marzena Broda
Luka
  • Rebis
    Poznań 2005
    128x197
    128 stron
    ISBN 83-7301-759-3

Ta książka coś mi przypomina: gęsta zmetaforyzowana narracja mężczyzny, który w niemal onirycznym uniesieniu wyrzuca z siebie wspomnienia, lęki, pożądanie, opowieści o kobiecie, która przychodząc otworzyła przed nim raj i puszkę Pandory zarazem. Bernard – amerykański znawca literatury rosyjskiej dostrzega pewnego dnia Lukę i postanawia zaprosić ją na kolację. Jej zgoda to początek opowieści o dziwnym związku mężczyzny z zamężną kobietą, który nie może znaleźć spełnienia we wspólnym życiu, będąc zarazem wszystkim, na co Bernard czekał „od momentu narodzin”. Szorstka ekspresyjna poetyka bólu, przechodząca niekiedy w płynną historię miłosnych uniesień, przerywana wspomnieniami z dzieciństwa i młodości bohatera, buduje wciągającą fabułę, której tajemnicze zakończenie pozostawi niedosyt u zwolenników happy endów, ale zwalnia Lukę z posądzeń o sentymentalizm.
Już wiem: gdzieś w tle pobrzmiewa Roland Barthes i jego Fragmenty dyskursu miłosnego. Zresztą nie po raz w polskiej literaturze minionych lat. Wielu krytyków wskazywało na francuskie korzenie Terminalu Marka Bieńczyka – podobnie gęstej narracji, będącej tyleż romansem, co filozoficznym traktatem o relacjach między powierzchnią i głębią literackich opowieści. Marzena Broda nie stawia przed sobą takich celów. Luka to przede wszystkim hołd złożony tym emocjom, które zmieniają ludzkie życia; książka dotyka tajemnicy samotności, będącej pożywką bohatera, i miłości, która paradoksalnie bywa jej lustrzanym odbiciem. Kreując świat rozpięty między bólem i uniesieniem, autorka penetruje rejony naszych szaleństw, o których zazwyczaj staramy się nie pamiętać. Czyniąc swego bohatera mężczyzną, Marzena Broda przełamuje stereotypy, które emocjonalność przypisują kobietom, „płci silnej” oddając panowanie nad ratio. I bodaj ten wątek wydaje się najciekawszy. On także odróżnia Lukę od Terminalu. Jakkolwiek Marek Bieńczyk nie próbowałby oddać uczuć, miotających bohaterem i narratorem w jednej osobie, jego męski wzrok skupia się na filozoficznym wymiarze tekstu, Marzena Broda pisze romans, który odbiera mężczyźnie moc panowania nad ukochaną, sobą samym, a wreszcie opowieścią, w której ramy stara się ująć życie z Luką. Bernard – niezwykle inteligentny i wrażliwy facet nie może, nie chce i nie musi udawać, że jest w stanie przezwyciężyć ból czy tęsknotę. My też nie musimy, panowie.

-
Igor Stokfiszewski

Fragment

29.
Nie pamiętam, od kiedy przestałem dbać o posiłki. Nie uprawiałem też sportów. Nie powiększałem objętości bicepsów, zadowalając się tym, co dała natura. Nie miałem zwyczaju stać dłużej niż potrzebowałem przed lustrem ani odwiedzać regularnie lekarza. Chciałem wyglądać elegancko i niepozornie, kiedy przechodziłem przez ulicę, mijałem skrzyżowania albo szedłem w przypadkowym kierunku, zadając sobie pytanie, który kierunek jest właściwy, jeśli nie ma się wyboru.
Te rozmyślania doprowadziły do wniosku, że człowiek jest tym, czym sobie wyobraża, że jest, a ja bez Luki stałem się bladym, naskalnym rysunkiem, podlegającym płowieniu, jak wszystko, o co w życiu nie dbamy. Czułem się bezużyteczną cząstką materii poddaną prawom wszechświata, który wodził mnie za nos po krętych ścieżkach, i chyba przez to byłem bardziej nieudolny w poszukiwaniu sposobu prowadzącego do wyzwolenia się z ciała, które, gdy straciłem Lukę, było niewolą. Panowała tam pustka i raniły zmysły.
Dlatego z patologicznym uporem szukałem dalej miejsca, gdzie mógłbym odpocząć, chyba po to, by nigdy go nie opuścić. Nie fantazjowałem na ten temat, przekonany, że ono samo się objawi, a wtedy nie przeciwstawię się temu, tylko przystanę i będę czekać na to, co nastąpi: może jak na pukanie do drzwi.

30.
Nie zależało mi, by deszcz przestał padać. Przemoczony medytowałem, bo musiałem, i próbowałem objąć się tak, jak Luka mnie obejmowała. To nie było to samo. Skupiłem uwagę na liczeniu liści na ułamanej gałązce i kroplach na źdźbłach trawy, myśląc o tej, za której sprawą kiedyś wszedłem w inną rzeczywistość, do jakiej chciałem powrócić. Świadomy, że magia ani cud jej nie zwrócą, nie miałem prawa wątpić w bezduszność losu. Złość i rozgoryczenie rosły we mnie ponad miarę. Widziałem fragmenty życia, każde jego oblicze i chociaż uważałem, że niczego nie należy się bać, odczuwałem strach, jakby strach był wartością nadającą sens rzeczom. Nie rozumiałem go, ale zdawałem sobie sprawę z własnego położenia. Z tego, że mogłem słuchać tylko deszczu, który potęgował przygnębienie. Czułem się jak wzbierająca rzeka gotowa zatopić brzeg. Luka była moim niebem, zapachem i lśnieniem światła w dłoni, poruszeniem fal na ziemi. Ostateczną miłością. Chciałem całować ją i odsłaniać zasłonę za zasłoną, by zobaczyć, jaka jest naprawdę, ale świat, w którym byliśmy do tej pory we dwoje, pustoszał. Jeszcze go dostrzegałem poprzez deszcz i las, w którym krzewy, trawa i zarośla rozpływały się, falowały, skazując mnie na coraz większe cierpienie utraty. W każdej chwili ten świat mógł zniknąć. Stać się ciemną plamką w przestrzeni albo chorągiewką, która kiedyś wskazywała kierunek, wieńcząc poszukiwania domu, gdzie śmierć jest tylko nieoświetloną stroną życia, dzięki czemu możemy istnieć w nieskończoności.

31.
Ostrożnie pochwyciłem kroplę deszczu, Jak żuka, który podpełzł za blisko. Nic nie poczułem, a miałem nadzieję, że deszcz zmyje linie papilarne lub je wypali, rozpryskując się w dłoni. Coraz rzadziej się nim zachwycałem, bo inne rzeczy zajmowały moją głowę. Słyszałem bębnienie w gałęziach, pogłębiające odległość między światem wewnętrznym a zewnętrznym, gdzie teraz w żadnym nie było ładu. Spostrzegałem siebie jako osobę słabą, bezradną, która nie wojuje z siłami natury. Próbowałem przezwyciężyć strugi wody lejące się z nieba i nie czułem, że ulewa mogłaby być moim sprzymierzeńcem w poszukiwaniu Luki, gdy wspominałem nasze pocałunki w aucie. Nagie ciała i szyby zaparowane od oddechów. Moje ręce przesuwające się po kostkach jej nóg, plecach, kiedy idealnie wpasowywałem się między jej uda, nie pamiętając, że w życiu zawsze poruszałem się niezgrabnie. Wyjątek stanowiły chwile, kiedy kochałem się z kobietami. Czy ciało może kłamać? 32.
Nie, moje nie kłamało. Znałem je w detalach i szanowałem, ale nie byłem dobrym użytkownikiem. Ciało wisiało nad moim losem jak gradowa chmura. Narażałem je na ciosy, zniszczenie i nie było mi przykro, mimo że fizyczność dostarczała przyjemności duszy tak często, jak potrafiła. Ciało bywało też barometrem duchowych uniesień. Żyłem z nim, a jednak obok, przyglądając się mu z identycznym zainteresowaniem, z jakim obserwowałem kaczki pływające w stawie. Nawet nie próbowałem być dla niego miły, kiedy kaszlałem, choć właściwie wszystko, co mogło być zagrożeniem, miałem już za sobą. Posiadałem nad własną cielesnością przywilej władzy. Nie korzystałem z niej, czekając, by ciało obumarło tak szybko, jak się narodziło. Trwałem w nim, no bo przecież trzeba gdzieś być, poruszać się w świecie również z pomocą opuszków palców. 33.
Dlaczego będąc z Luką, nigdy nie odważyłem się zjechać ze skarpy, by runąć w ostateczny ból? W wieczność. Gdybym taką podjął decyzję, bylibyśmy razem, a tak żyłem życiem, którego nie chciałem.
Nagle stało się coś całkiem nieoczekiwanego, może niebo mnie usłuchało. Niebo, ten wielki cmentarz, w którym jesteśmy, dopóki nas pamiętają. Poczułem, że Luka leży obok, a ja muszę zwalczyć strach, by dotknąć jej twarzy, usiłując dojść w myślach, jakim cudem znalazła się przy mnie wystarczająco obecna, abym mógł patrzeć na jej profil lśniący od deszczu. Obrysowałem go wskazującym palcem, ale tak, by nie dotknąć jej skóry.
Mój strach zamienił się w żal, w żal niewyobrażalny.