Jak zostałem recenzentem. Varia 3

Sławomir Mrożek
Jak zostałem recenzentem. Varia 3
  • Noir sur Blanc
    Warszawa 2005
    120×171
    192 strony
    ISBN 83-7392-069-X

W 1955 Mrożek miał lat 25, za sobą pracę dziennikarską w krakowskim „Dzienniku Polskim” i dwa opublikowane zbiory prozy: Opowiadania z Trzmielowej Góry i Półpancerze praktyczne; pierwsze znikły w mrokach niepamięci, drugie uważa się za właściwy debiut Mrożka. Współpracował z „Przekrojem” jako rysownik satyryczny. Jeszcze pisał bądź pisać skończył pierwszą — jedną z dwóch — powieść, Maleńkie lato. Powstawały opowiadania do Słonia. Jeszcze nie było mowy o dramaturgii, Policja miała się pojawić dopiero za trzy lata. Niewykluczone, że nie pojawiłaby się nigdy, podobnie jak inne sztuki Mrożka, gdyby któregoś jesiennego dnia rzeczonego 1955 roku młody dziennikarz i nieźle się zapowiadający pisarz nie został po przyjacielsku wezwany do gabinetu pewnej pani, zresztą niemal jego rówieśniczki, Teresy Stanisławskiej, której powierzono kierowanie poniekąd konkurencyjną wobec „Dziennika Polskiego” gazetą, mianowicie „Echem Krakowa”. Niedługo potem, w numerze z 9 października, ukazała się pierwsza teatralna recenzja podpisana nazwiskiem Sławomira Mrożka. Recenzowanym spektaklem była prapremiera Odwiedzin Kruczkowskiego w Teatrze im. Słowackiego.
O recenzyjnym epizodzie w bogatym życiu twórczym Mrożka biografie milczą, nawet sam autor nigdzie się nie zająknął, czy miał coś wspólnego z teatrem przed rozpoczęciem kariery dramaturga. Już więcej wiadomo o wcześniejszym dziennikarskim doświadczeniu przyszłego pisarza, artykułach i reportażach pisanych do „Dziennika Polskiego”, gdzie Mrożek zarabiał jako zwyczajny pracownik stalinowskiego aparatu propagandy. Felietony teatralne pisywał wprawdzie niedługo, niecałe dwa lata, ale właśnie od tych tekstów zaczęła się legendarna już epoka powojennego recenzenctwa na łamach „Echa Krakowa”.
(…)
Mrożek recenzent jedno wiedział na pewno: że jego wi¬downia teatralna jest wyczulona i ogłupiała jednocześnie. Że nie należy jej wciskać kitu — dla jej własnego dobra — ale i nie należy zbyt gwałcić jej tradycyjnych preferencji, na przykład upodobań do pięknego kiczu, narodowych tromtadracji i szlachetnych sentymentów. Więc raczej tłumaczył, niż prowokował, wolał ironizować niż pomiatać. Jego krytyczny światopogląd jawi się w tym kontekście, zgoda, jako czystej wody eklektyzm, przy czym, należy pamiętać, jest to eklektyzm recenzenta prasy codziennej, który musi pisać raz o Hamlecie w Teatrze Starym, a raz o Srebrnorogim jeleniu w Grotesce, jako że każdy ma prawo żyć, produkować i oglądać, co chce, choćby rodzaj tego życia i produkcji niekoniecznie prywatnie recenzenta przekonywał.
Osobną sprawą, wartą głębszej uwagi, są porozrzucane po tekstach uwagi Mrożka odnoszące się do dramaturgii, najróżniejszej zresztą; tu Mrożek, oczywiście, czuł się najlepiej, bo najpewniej. Dotyczy to zwłaszcza prób nowego odczytania klasyki, już to Fredry, już to Słowackiego, już to Czechowa. O tym ostatnim napisał bodaj najwspanialsze zdania ze wszystkich swoich uwag literackich, a niektóre ze sformułowań zasługują na trwałe miejsce w „czechowologii”. Owo upodobanie do Czechowa nie dziwi zwłaszcza na tle własnych, późniejszych doświadczeń Mrożka na polu dramaturgii. Swoisty tradycjonalizm konstrukcji, przywiązanie do konkretu, szczegółów, skłonność do pewnej zwyczajności, konwencjonalności przestrzeni teatralnej — przy jednoczesnym rozchwianiu sensów rzeczywistości otaczającej bohaterów sztuk — czyż nie odnajdziemy tu śladów autora Czajki?
Zresztą... najbardziej fascynujące, oczywiście, są wszelkie te miejsca w krytyce Mrożka, w których odnajdujemy najwięcej Mrożka samego. Więc porozsiewane okruchy wprost autobiograficzne. Myśli o pokoleniu, jego sytuacji i samopoczuciu (niektóre zostaną rozwinięte w Małych listach). Pozornie zdumiewające wyznania, jak choćby owo dotyczące namiętności Mrożka do wszelakiego rodzaju stroju, kostiumu, w ogóle ubrania. („Co do roli pani de Lery, to doprawdy, pewna moja prywatna ułomność uniemożliwia mi prawidłową percepcję. Mianowicie jestem bardzo wrażliwy na strój, który mi się podoba albo nie”). Te wyznania, więcej znaczące, niż można by przypuszczać, powinni sobie wziąć do serca nie tylko scenografowie sztuk Mrożka. Także reżyserom i aktorom przypominam Krawca, przypominam Tango.
Ostatni tekst Mrożka, recenzja z Leokadii Anouilha, ukazał się w „Echu” z datą 4 kwietnia 1957. Rok później powstała Policja. Nie chciał jej wtedy zagrać Stary Teatr, bodaj jeszcze kilka innych teatrów. Ale już się zaczęło.

- Tadeusz Nyczek

Fragment

Szewc Dratewka

Najlepsze, najpiękniejsze przedstawienie, jakie widziałem w życiu, utwór dramatyczny nieporównanej zręczności i głębi, reżyseria niedościgniona, aktorzy niepowtarzalni, słowem: wydarzenie teatralne najwyższej miary — to był Szewc Dratewka.
Miałem wtedy dwanaście lat i to był pierwszy teatr, jaki w ogóle widziałem.
Potem też widywałem dobre teatry, ale już nie takie. A nawet, mimo że autorzy byli renomowani, reżyserowie co który, to sławniejszy, aktorzy coraz to podobno lepsi — wszystko razem było coraz gorsze.
Jaki z tego wniosek? Oczywiście ten, że się starzeję i tracę wrażliwość. Nie pisałbym o tym, bo co to kogo obchodzi. Jednak — ów wniosek banalny i nikogo poza mną nieobchodzący nasuwa mi podejrzenie, że wszystko, co się mówi o teatrze, nie ma sensu, jeżeli ten, kto mówi, nie mówi także o sobie. Jeżeli nie bierzemy pod uwagę czegoś więcej niż sam tylko teatr.
Nasze oceny, nasze wyroki, w jakim stopniu zależą od „wartości danego zjawiska teatralnego jako takiego i samego w sobie”, a w jakim od nas samych? Od tego. kim jesteśmy, gdzie i kiedy?
Ja nie wiem, czy inscenizacja Wesela w krakowskim Teatrze Słowackiego, tuż po wojnie i okupacji, była lepsza od wszystkich, jakich dokonano potem. Ale nawet gdyby komputery wykazały niezbicie, że nie była lepsza, to co z tego? Żadna późniejsza nie zapisała się tak w mojej pamięci, żadna inna nie była tak ważna. I nie tylko dla mnie.
Przypuszczam, że inscenizacja Hamleta w Teatrze Starym w Krakowie w roku 1956 nie była najlepsza ze wszystkich możliwych. „Obiektywnie” skłonny jestem uznać, że była gorsza od inscenizacji Hamleta w Stratford-on-Avon w roku 1966. Ale co z tego? Wtedy, w Krakowie, w Polsce, pół miasta miało od tego Hamleta wypieki i tyleż grał Hamlet, co moment i miejsce.
A dalej, idąc szlakiem raz powziętego podejrzenia:
Mówimy, że teatr jest raczej do niczego. A jeżeli teraz mamy teatr pierwszej jakości, technicznie na poziomie lepszym niż kiedykolwiek i tylko nam się z jakichś powodów nie podoba? Z powodów, z których sami nie zdajemy sobie sprawy? Może nuda, czczość, niedobroć jest w nas, a nie w teatrze?
I odwrotnie. Może jakiś teatr niegdysiejszy, tu czy tam, taki, który przeszedł do historii jako doskonały lub wielki, wcale nie był ani taki wielki, ani taki doskonały, może nawet był całkiem marny i średni, a tylko szczególnej konfiguracji, szczególnemu kontaktowi ze współczesnymi zawdzięcza, że zapisali go w annałach ze czcią i uwielbieniem?
Podejrzenie straszne. Lepiej o nim zapomnieć. Dajcie mi krytyka, takiego, co potrafi tylko obiektywnie, w imieniu abso¬lutu, naukowo... Niech odprawi nade mną egzorcyzmy i uwol¬ni mnie od demona relatywizmu. Niech przepędzi subiektywizm, tego księcia ciemności. Nie chcę zginąć na stosie.
Święty Instytucie Badań Literackich, módl się za nami. Święta Analizo, wstaw się za nami, święta Estetyko, broń nas, święte Kryterium, ocal nas.
Wierzę w teatru scjentyzowanie, w krytyków obcowanie...
„Dialog” 7/1976