Tryptyk wileński

Zbigniew Żakiewicz
Tryptyk wileński
  • Słowo/obraz terytoria
    Gdańsk 2005
    162x215
    456 stron
    ISBN 83-7453-726-4

W literaturze polskiej XX wieku bardzo szeroko rozlewał się nurt prozy kresowej, ukazującej kulturę, historię i losy mieszkańców ziem, które przed II wojną światową znajdowały się w granicach Polski. Współtworzyli go między innymi tak świetni pisarze jak Czesław Miłosz, Stanisław Vincenz czy Jerzy Stempowski. Twórcą prozy kresowej jest także Zbigniew Żakiewicz, urodzony na Wileńszczyźnie, pisarz konsekwentnie wydzierający niepamięci obrazy z życia dawnych kresów północno-wschodnich Polski, terenów, na których żywioł polski mieszał się z białoruskim i litewskim. Tryptyk wileński jest zarazem starą, jak i nową książką Żakiewicza. Starą – ponieważ składają się nań trzy powieści, które już wcześniej były publikowane oddzielnie: Ród Abaczów (1968), Wilcze łąki (1982) i Wilio, w głębokościach morza (1992). Nową – bo zestawione razem nabrały nieco odmiennej wymowy. Zaakcentowany został wątek inicjacyjny, historia dziecka, potem nastolatka i młodego mężczyzny, który wchodzi w życie, stopniowo poznając barwny, ale pełen mrocznych tajemnic i emocjonalnego żaru, spalającego bohaterów, świat kresowy. Żakiewicz pokazuje „zmierzch świata” polskich Kresów, moment, w którym osuwa się on w historyczny niebyt (akcja tekstów z Tryptyku wileńskiego rozgrywa się w latach 30. i 40. XX wieku). Proza Żakiewicza jest przesyconym poezją wspomnieniem czasów i miejsc dzieciństwa, doskonałą propozycją dla wszystkich, którzy poszukują w literaturze śladów zaginionych światów.

-
Robert Ostaszewski

Zbigniew Żakiewicz (ur. 1933) prozaik, eseista, autor książek dla dzieci. Od 1966 roku mieszka w Gdańsku, pracownik naukowy tamtejszej Wyższej Szkoły Pedagogicznej, a następnie Uniwersytetu Gdańskiego.

Fragment

Owa absurdalna logika, trapiąca od kilku pokoleń ród Abaczów, zwaliła się na moją matkę u progu samodzielnego życia, znacząc i moje początki piętnem gorzkiego wybraństwa. Bo czyż można było inną logiką wyjaśnić przyczynę małżeństwa mych rodziców, gdy ojciec młodością swą sięgał wówczas czasów narzeczeństwa starego Abacza, zaś matka tak mało doświadczyła życia, że dziś, gdy po dwakroć przekroczyłem wiek jej zamążpójścia, dziś dopiero jestem w stanie pojąć okrucieństwo przeznaczenia.
Okrucieństwo owo okaże się tym okrutniejsze, jeśli będziemy pamiętali o bezprzykładnej bezinteresowności związku moich rodziców, albowiem nie kojarzyły się tu ani wielkie majątki, ani starożytne rody. Wróżebnej wymowy faktów nie może osłabić nawet to nagłe zakochanie się mojego ojca, który przybywszy na wesele ciotki Eweliny i ujrzawszy matkę w krasie osiemnastu wiosen oraz w tym zdrowiu, jakie daje wieś i niewybredne, lecz zdrowe jedzenie, poczuł w swym sercu wzbierające uczucie. To, że jego odwieczne marzenia mogły się nagle ziścić, tym dobitniej świadczy, że w życie ojca wplątały się jakieś zewnętrzne i potężne siły.
Jasne więc jest, że ów fatalizm, owo przeznaczenie ścigające Abaczów, dosiągłszy moich rodziców, musiało niezwłocznie odbić się i na życiu ich dziecka. Albo tez, wyrażając się wprost i bez ogródek, mój los, los ostatniego potomka Abaczów, z powodu powyższych okoliczności, od zarania mógł ująć mnie w swoje kolczaste rękawice, aby trzymać już mocno i pewnie. A nawet śmiem sądzić, że w całej tej małżeńskiej historii wszystko było zaplanowane dokładnie i przemyślane, że Abaczowe przeznaczenie dobrało bohaterów dramatu jak dwa przylegające ściśle fragmenty jednej całości i że ja również miałem stanowić godne uwieńczenie całości dzieła. Dlatego do pochopnych należałby sąd, że mój ojciec, nie pochodząc z Abaczów, był tylko biernym świadkiem wydarzeń. Połączenie w jednej osobie i w jednym sercu jurnej, prostodusznej i niezniszczalnej żubrowiczości  (która, co prawda, w swoim indywidualnym wydaniu zasnuta byłą cieniem zmierzchu) z abaczowością, nienasyconą i jakże tragiczną, dało stop zaiste jedyny w swym rodzaju! A przecież od strony ojca byłem jeszcze obciążony epoką, którą przeżywali dziadowie mych rówieśników, uzyskując tym większą podstawę ku temu, aby czuć się jako przybysz z innego świata. A moje przedwczesne dojrzewanie (ów charakter, co przestał być charakterem, a stał się głęboką świadomością siebie), dzięki starości ojca, stało się czymś naturalnym, jeśli nie oczekiwanym. W ojcu też zyskałem nieświadomego sprzymierzeńca Niżan, gdy wzbudzał we mnie sympatię do na wpół feudalnych, wyraźnie jeszcze szlacheckich punktów honoru – mieściło się w nich zarówno zainteresowanie herbarzem Niesieckiego, jak i upodobanie w rzeczach i ideach sięgających stulecia.
Tak więc na skutek niecodziennego małżeństwa rodziców zostałem bardzo wcześnie, wcześniej aniżeli to spotkało któregokolwiek z Abaczów, zawezwany do swego dramatu. I zanim wkroczyłem w świadome życie, zanim zdołałem pojąć niezwykłość warunków, w jakich dane mi było rosnąć, już zostałem stokrotnie obdarowany czułością, już byłem bezradny wobec świata jak człowiek, który nie może dnia przeżyć bez zastrzyku morfiny, już znajdowałem się we władaniu nienasyconego serca.
Z tych właśnie powodów, pojawiwszy się w domu mych rodziców, jeszcze dobrze nie zagrzawszy w nim miejsca, już poczynałem rozpychać się łokciami, rosnąć z dnia na dzień (a rosłem tym szybciej, im obficiej byłem obdarowywany czułością macierzyńskiego serca), a rozwinąwszy się nadzwyczaj pięknie, jak kukułcze pisklę w szpaczym gnieździe, rozłożyłem skrzydła do pierwszych lotów.
Szybko pojąłem, że pomiędzy moją matką a ojcem, który przyniósł nam nazwisko i swą prostoduszną poczciwość, dzieje się coś, co nie powinno się dziać, jeśli mam być rzeczywistym wnukiem Abacza. Zrozumiałem, że na skutek tego dziania się posiadanie moje jest niepełne, że głody moje stają się bardziej zgłodniałe, a cierpienia bardziej cierpiące. Było to pojmowanie tak trudne i skomplikowane, że tym bardziej się męczyłem i tym bardziej stawałem się niezrozumiały sam dla siebie. I wówczas przychodziły wspomnienia, co nie były ze snu, chociaż porównać je można tylko z halucynacją, z na wpół sennym marzeniem, które odebrawszy zdolność ruchów, tym potężniejszą czyni świadomość.
Oto widzę matkę, jak idzie z ojcem – piękna, szczupła, złotowłosa, idzie w nowym płaszczu i pantofelkach zapinanych na guzik. Ojciec również jest odświętny, z walizką w ręce. Dlaczegoś jestem pewien, że rodzice podążają do łaźni, gdzie będą zażywać kąpieli, wstąpiwszy w gorące mgły niby dwa słońca, wiem też, jak trudna i daleka jest ta droga do łaźni – przez zamglony jesienny las, w którym stoją pojedyncze sosny niby palmy północne, już umarłe, a jeszcze zielone, żywiczne i płomiennokore, a potem – przez wrzosowisko pełgające wśród pni stłumionym ogniem, co kryje żar gorętszy. Ale nie krzyczę i nie biegnę za rodzicami, bo pojmuję, spętany pajęczyną, że tak musi być.
Później, gdy już nieco podrosłem, moja podejrzliwość stała się bardziej okreslona, a moje sny stały się jeszcze bardziej męczące i trwożne. Nakarmiwszy swą wyobraźnię obrazkami z księgi doktora Kneippa, niestrudzonego propagatora kąpieli wodnych, księgi obficie ilustrowanej figurkami ludzi, z których można było wyjmować papierowe wnętrzności, dalej brnąłem w marzenia senne, coraz głębiej zapadałem się w przepaść, której nie miałem już nigdy opuścić.