O co nas pytają wielcy filozofowie?

Leszek Kołakowski
O co nas pytają wielcy filozofowie?
  • Znak
    Kraków 2005
    125×195
    116 stron
    ISBN 83-240-0527-7

O co nas pytają wielcy filozofowie? to dziesięć miniaturowych wykładów Leszka Kołakowskiego o wielkich filozofach Zachodu, filozofach najpierwszych, starożytnych i średniowiecznych.
Z pozoru rzecz cała wygląda skromnie i naiwnie, z pozoru autor „tych wykładzików" mówi o prostych celach, jakie sobie postawił: „Chciałbym mówić o wielkich filozofach w taki sposób, by u każdego wyłowić jedną myśl, która dla niego samego jest ważna, należy do filarów domu, jaki zbudował, a zarazem dla nas, teraz jest zrozumiała, jakąś strunę w naszym umyśle potrąca, zamiast tylko wiadomość historyczną podawać".
I zdaje nam się najpierw, że tak właśnie jest, że mamy oto do czynienia z jasnym i wyrazistym wyłożeniem tej podstawowej myśli każdego z filozofów, o których w książce mowa. Ale tu już zaraz jest pierwszy diabli figiel Kołakowskiego: bo tak niepostrzeżenie, przy okazji odtwarzania tej jednej tylko myśli odsłania się i reszta, wszystkie zręby refleksji któregoś z mędrców - naturalnie w ich elementarnym tylko zarysie.
Z tej racji właśnie, wbrew zapewnieniom autora, książka jego to wcale dobre, wcale porządne dopowiedzenia do uniwersyteckich wykładów z historii filozofii, które wiele rzeczy szkolarzom mogą w głowach poukładać, wiele rzeczy uporządkować.
Ale musi ich Kołakowski i porządnie zaniepokoić - tam właśnie, gdzie jakby znienacka, już na zakończenie każdego wywodu, każdej rekonstrukcji, wyłania się i ten pogrzebacz, i ten diabeł mniejszy. Bo oto nagle okazuje się, że Kołakowski chytrze łowi wielkich filozofów w ich własne sieci, w sieci paradoksów, sprzeczności i aporii, jakie niosą w sobie podstawowe dla nich idee. Gdy pyta ich (bo to, na przekór tytułowi książki, on pyta, nie oni), jak choćby Augustyna, czy można pogodzić straszną Bożą maszynerię predestynacji z wolną człowieczą wolą, jak choćby Anzelma Kantuareńskiego, z jego „wierzę, aby zrozumieć", czy objawem nierozumności jest „wierzyć w Boga, jeśli się wie, że nie ma na Jego obecność wiarygodnych dowodów, które ostałyby się analizie naukowej"
Proste ścieżki filozofii, którymi najpierw idziemy za Kołakowskim, u końca jego opowiastek o wielkich filozofach i ich wielkich ideach okazują się więc nagle szlakami ku manowcom rozumu, drogami w ciemność i absolutne zawikłanie. I stajemy się oto, niczym te wielkie filozoficzne figury, które tak wiele nas nauczyły i tak wiele ciągle nas uczą. a na podobieństwo więźniów platońskiej jaskini, bezradnymi niewolnikami naszego Logosu, naszej dwuwartościowej i konsekwentnej logiki. Słowem, niewolnikami nieubłaganych antynomii, jakie są właściwe naszym tradycjom myśli, stajemy się sługami aporii oraz wędrowcami błędnego koła, które -jak przypomina Kołakowski za Sekstusem Empirykiem - mieści w sobie chociażby najprostszy z naszych sylogizmów: „Wszyscy ludzie są śmiertelni. Sokrates jest człowiekiem, więc Sokrates jest śmiertelny". „Bo żeby wiedzieć- powtarza Kołakowski za wielkim sceptyckim mistrzem - że wszyscy ludzie są śmiertelni, musimy już wiedzieć, że Sokrates jest śmiertelny". Oto jest pogrzebacz Kołakowskiego -w całej jego demonicznej krasie. A za jego sprawa - smutne to czy krzepiące? - europejska tradycja filozoficzna zaczyna po trosze przypominać tę „unteroficerską wdowę" z Gogola, „która sama siebie wysiekła". Być może oznacza to bezradność we wszystkich filozoficznych „przeklętych problemach", a być może - w co chyba raczej wypada wierzyć za Kołakowskim -jedynie bezdogmatyczność naszej tradycji duchowej.

-
Zbigniew Mikołejko

Ukazały się dwie serie wykładów: I (od Sokratesa do Mistrza Eckharta) i II (od Tomasza z Akwinu do Davida Hume’a).

Fragment

Kartezjusz 1596-1650

Czy możemy coś wiedzieć na pewno? Na pewno, czyli tak, że żaden cień wątpliwości nie może się w naszą wiedzę zakraść? Kartezjusz nie był pierwszym w dziejach, co się nad tą sprawą zastanawiał, ale sposób jego odpowiedzi uczynił zeń wielkiego mistrza filozofii europejskiej, sprawcę mutacji kulturalnej; […]

Trzeba wykryć absolutny początek wiedzy, odporny na krytykę.
A że mylimy się nieraz, należy zbadać przyczyny błędów. W sławnym a zatrważającym wywodzie zauważa Kartezjusz, że skoro w marzeniach sennych to, co widzimy i słyszymy, zdaje się nam rzeczywiste, to do pomyślenia jest, że to, co na jawie postrzegamy, jest także rodzajem snu, obrazem bez rzeczywistości. Być może jakiś demon złowrogi łudzi nas i podsuwa zmysłom naszym, dla celów sobie wiadomych, fantazmaty, które my za rzeczywistość bierzemy, a które są podobne do sennych urojeń. Czy jest sposób, by się wyrwać z oszustw tego możliwego zwodziciela? Jest. Zwodziciel co do jednego oszukać mnie nie może, mianowicie, co do samego tego faktu, że ja tego czy owego doświadczam, coś postrzegam, coś myślę. Jestem przeto. I najpotężniejszy demon nie może mnie w tej sprawie zwodzić.
Ta oto formuła „myślę, więc jestem” stała się jednym z fundamentalnych znaków nowożytnej filozofii. […]
I cóż dalej począć z tym odkryciem? Bardzo wiele, zdaniem Kartezjusza, można z niego wywieść. […]
Zastanawiając się nad naturą samego siebie, a więc świadomości swojej, duszy swojej, znajduję w niej ideę istoty najdoskonalszej, czyli Boga. Nie mogłem był sam z siebie tej idei wytworzyć, bo sam przecież doskonały nie jestem […]. (Inaczej niż Tomasz z Akwinu, sądził Kartezjusz, że nie możemy o Bogu posiąść wiedzy z wiedzy o naturze, nie ma drogi od doświadczenia zmysłowego do Boga, Boga odnajdujemy w idei, którą nasz umysł w sobie nosi.)
Wnoszę stąd, że owa idea nie jest moim urojeniem, ale została w umyśle moim zaszczepiona przez sam ów byt najdoskonalszy, przez Boga. Bóg więc istnieje. […]
Stąd, że Bóg istnieje, wynikają wnioski, które tworzą fundament naszego zaufania do wiedzy, do naturalnego poznania. Złowrogi demon nie może mnie oszukiwać przynajmniej co do faktu moich świadomych przeżyć, co do faktu mojej egzystencji. Ale Bóg w ogólności nie może być oszustem, skoro jest bytem absolutnie doskonałym, nie godzi się bowiem doskonałość z oszukiwaniem. Możemy przeto, wiedząc już o Jego istnieniu, zdać się bezpiecznie na żywiołowe nasze przekonanie, że świat, w którym żyjemy, nie jest złudą senną, ale jest prawdziwie, i że to wszystko, co pojmujemy w sposób jasny i wyraźny, nasze przekonania, w których oczywistość postrzegamy, są rzeczywiście prawdziwe. Przywracamy więc godność naszemu poznaniu, naszej wiedzy, pokonujemy zwątpienie, wiemy, czego się trzymać mamy, a w co wolno wątpić.
[…]
Tak to odnalazł Kartezjusz absolutny, nieodparty punkt wyjścia dla wiedzy ludzkiej, całkiem niezależny, jak sądził, od tradycji dawnej filozofii. […]
Nie wszystkich, oczywiście, jego argumenty zadowalały. Zarówno myśliciele katoliccy, jak racjonaliści różnych odmian wytykali mu błędy w rozumowaniach. Nie można, mówili, odwoływać się do poczucia oczywistości, by udowodnić istnienie Boga, a potem Boga brać za gwaranta tegoż kryterium oczywistości, bo w błędne koło się wikłamy. […] A jeśli Bóg jest dobry, to nie ma w tym gwarancji, że nie może nas w błąd wprowadzać, bo może tak czynić dla naszego dobra, podobnie jak dorośli nie wszystko zdradzają dzieciom, właśnie mając ich pożytek na uwadze. I czy wiemy na pewno, co oznacza słowo „jestem” czy „istnieję”?
Kartezjusz odrzucał te krytyki. Był niewzruszenie przekonany, że odnalazł niezawodny drogowskaz, więcej, niezawodną podstawę, na której cały gmach wiedzy od nowa można zbudować, na rozumie naszym polegając.
[…]
Były próby przyswojenia Kartezjusza tradycji chrześcijańskiej, ale wolno twierdzić, że się nie powiodły. Filozofia katolicka na ogół wykazywała, że Kartezjusz winien jest podstawowego zbłąkania, w jakie popadło myślenie nowożytne.
Kartezjusz w rzeczy samej podpowiadał, że to, z czym mamy bezpośrednio do czynienia w naszej wiedzy, są to nasze własne treści umysłowe, nasze doznania. I chociaż następnie dowiódł, jak mniemał, że tym doznaniom odpowiadają prawdziwie rzeczy, to jednak musiał się uciec w tym celu do prawdomówności boskiej, a postawił problem tak zwanego mostu, przejścia od wrażeń do świata. Wyprodukował więc, chcąc czy nie chcąc, podejrzenie, że świat jest naszym - moim - wyobrażeniem, czyli otworzył drogę filozofii idealistycznej, szczególnie przez katolickich filozofów tępionej.
Co więcej, uważał Kartezjusz, że świat jest nieodparcie rządzony prawami mechaniki, wydawał się tedy zaprzeczać boskiej interwencji w jego losy, […] Nie powiedział nigdy, że cudów nie ma, ale kto w Kartezjański świat wierzył, nie mógł naprawdę wierzyć w cuda. […]
Tak więc, obwiniano go zarówno o idealizm, jak o materializm bezbożny, […]
Oto niektóre z przejmujących zagadek, jakie nam każde niemal zdanie Kartezjuszowe podsuwa.
Przypuśćmy, że złośliwy demon rzeczywiście nas zwodzi i że wszystko, co w świecie znamy, jest urojeniem, a świata wcale nie ma albo jest całkiem inny. Czy czyni to jakąkolwiek różnicę przy założeniu, że nasze postrzeganie jest, jakie zawsze było? Co więcej, gdyby założyć […] że świat został stworzony przed minutą, razem z naszym zasobem pamięciowym i wszystkimi mniemanymi śladami przeszłości, czy czyni to jakąś różnicę w naszym myśleniu i życiu? Dlaczego przypuszczenie takie miałoby wydawać się nam niepokojące?
Drugie pytanie: czy wolno powiedzieć, że moje istnienie jest tym samym co moja świadomość tego istnienia?
Trzecie pytanie: jeśli rzeczywiście prawdy matematyki są w sposób dowolny dekretowane przez Boga, jaki jest sens powiedzenia, że są one prawdziwe?