Jak być kochanym

Janusz Głowacki
Jak być kochanym
  • Świat Książki
    Warszawa 2005
    125×168
    168 stron
    ISBN 83-7391-962-7

Janusz Głowacki to właściwie od debiutu postać dość wyjątkowa w naszym życiu literackim. Nigdy ze śmiertelną powagą nie próbował zbawiać Narodu, Ojczyzny, klasy społecznej. Praktycznie wszystko, co napisze, nawet najczarniejsza tragedia, ociera się o anegdotę. Lekturze jego utworów nieodmiennie towarzyszy śmiech lub przynajmniej chichot. Refleksja zazwyczaj przychodzi z lekkim opóźnieniem. Po wydaniu Z głowy podczas internetowego czatu z czytelnikami pisarz w ten oto sposób charakteryzuje swoje podejście do literatury: "Ja uważam, że życie jest strasznie nasycone absurdem. Uważam, że przez anegdotę łatwiej jest pokazać coś ważnego i poważnego. Anegdoty dają do myślenia. Nie należy ich lekceważyć".
Ale niewątpliwe mistrzostwo w tej formule osiągnął Głowacki dzięki felietonom, które dość nieregularnie zamieszczał w tygodniku "Kultura". To właśnie w tych felietonach okazał się niestrudzonym tropicielem absurdów i idiotyzmów właściwych dla przodującego wówczas ustroju.
Filozofia jego felietonów była tyleż prosta, co odkrywcza. Z grubsza chodziło o to, by - jak pisze we wstępie do wydanego właśnie wyboru - "rzeczy paskudne przechwalać do obłędu i tym sposobem ośmieszyć. Żeby tak tego spragnionego pieszczot kotka na śmierć zagłaskać".
Felietony Janusza Głowackiego zacząłem czytać we wczesnej młodości. A więc w czasach, w których - by posłużyć się określeniem autora - "moja chłonność nie przekraczała 0,25 litra dziennie". Kiedy niebezpiecznie zachwiały się, zdawałoby się niewzruszone, podstawy systemu, zacząłem się obawiać, że Głowa jako felietonista się najzwyczajniej w świecie skończy. Że jego przygoda z felietonem poniesie kompletne fiasko dokładnie wtedy, kiedy skończy się w Polsce ich temat główny, czyli zidiociały socjalizm. Prawie nigdy nie pomyliłem się bardziej.
Kiedy bowiem z wielkim hukiem zawalił się przodujący ustrój, w niczym nie zmieniło to felietonów Głowackiego. Okazało się, że opisywany przez niego absurd - podobnie jak seks, alkoholizm - nie jest ograniczony do jednego kraju, do jednego systemu ideologiczno-ekonomicznego. Absurd bowiem jest międzynarodowy. To prawda - podczas dziejowego zamętu w niebycie pogrążyli się ludzie, którzy współtworzyli straszność i śmieszność realnego socjalizmu. Ale świat nie znosi pustki. I na ich miejsce przywędrowały do nas śmieszności i strachy, które znaliśmy dotąd tylko z prasy i opowieści tych, którym dane było wyrwać się choć na chwilę na tzw. Zachód.
Okazało się, że wszechwładna kultura masowa jest równie zabawna i straszna jak zgrzebny ustrój, w którym przyszło nam dojrzewać. Że i tu kretynizm z wielkim samozaparciem goni kretynizm. Że świat, w którym równoprawnymi ikonami są księżna Diana i Matka Teresa, nie jest i nie może być tak do końca normalny.
I Głowacki był bodaj pierwszym polskim twórcą, który to zauważył, w czym niewątpliwie pomógł mu kilkuletni pobyt w ojczyźnie Ronalda Reagana i Myszki Miki.

- Antoni Pawlak, Gazeta Wyborcza 12/04/2005