Telefrenia

Edward Redliński
Telefrenia
  • Świat Książki
    Warszawa 2006
    125 x 195
    272 strony
    ISBN 83-7391-524-9

Telefrenię można nazwać powieścią o uzależnieniu od filmu, telewizji, gazet, internetu, reklam i innych form medialnych, które pustoszą umysł i duszę współczesnego człowieka. Ten nośny problem autor połączył jednak z chorobą (co podpowiada sam tytuł powieści) i zindywidualizował – chory człowiek opowiada o chorym świecie. W aberrację osunął się narrator i główny bohater powieści. Jest nim 55-letni inżynier z Warszawy, który – trapiony chorobą – wszędzie widzi uzależnienie: synowi wmawia uzależnienie do telewizji i internetu, córce – od sportów ekstremalnych. Sam – jeszcze w latach 70. – był kinomaniakiem, potem po kilkanaście godzin na dobę oglądał telewizję, wreszcie wyrzucił telewizor, ale zaczął namiętnie czytać wszystkie ukazujące się w Polsce tabloidy i kolorowe magazyny. Łatwo mu to przyszło, ponieważ po upadku kombinatu budowlanego, w którym długie lata pracował, wziął posadę sprzedawcy w kiosku z gazetami. Obszerna warstwa retrospekcyjna odsłaniająca biografię inżyniera wmontowana została w akcję powieściową, która obejmuje kilka miesięcy roku 2005: od połowy lutego do połowy kwietnia. W tym czasie bohater beznadziejnie zakocha się w pracownicy apteki, o której sądzi, iż jest wcieleniem Cathrine Deneuve, pojawi się na mityngach, gdzie leczą się „anonimowi samobójcy”, „anonimowi meteopaci” i inni rzekomo uzależnieni, a nade wszystko wespół z synem Karolem weźmie udział – rzecz jasna, jako konsument – w wielkim medialnym spektaklu związanym z agonią, śmiercią i pogrzebem Jana Pawła II. Bohater Telefrenii, całkiem szczerze i bezinteresownie, chce się włączyć w ogólnonarodową żałobę. Bez powodzenia – powieść zamyka groteskowy finał.

-
Dariusz Nowacki

Fragment

Zmarł o 21.37. W otoczeniu rodaków. O 20-tej odprawiono przy nim mszę do Miłosierdzia Bożego („dziś obchodzimy to święto, ustanowione trzy lata temu właśnie przez Jana Pawła II, w Łagiewnikach"). Ojciec Święty jeszcze raz przyjął sakramenty dla umierających. Był świadom. Skierował spojrzenie w stronę okien na plac, usiłował podnieść rękę, aby ostatni raz pobłogosławić wiernych. Arcybiskup Dziwisz ujął tę dłoń. Papież, trzymany mocno za dłoń przez przyjaciela, zaczerpnął powietrza, powiedział „amen" i - jak to ogłosił przed 22-gą arcybiskup (tu włoskie imię i nazwisko) -„Nasz ukochany Ojciec Święty Jan Paweł II odszedł do domu ojca".
Synu, usiadłeś na brzegu mojego tapczana, opuściłeś głowę, ścisnąłeś ją dłońmi i powiedziałeś: Nareszcie! Nareszcie spotkałem człowieka, który na pewno wierzył. Bo ten ksiądz na Nowym Świecie, hm, ciągle go wspominam. Na pewno bardzo chciał wierzyć. I wierzył. Ale - czy stuprocentowo? Ileś promili mu brakowało. A Dalajlama - wierzył. Całkowicie, bezwarunkowo.
Po chwili: Nawet nie to, w co wierzył, jest takie przejmujące, ale to, że w ogóle można w coś wierzyć - tak całkowicie i do końca.
I znowu, po chwili: I co teraz, ojciec? Koniec zabawy, zaczęły się schody - co robimy z resztą życia, ojciec? Jakie koleiny wybrać? Czy damy radę wymyślić swoje? Czy lepsze?
I po chwili: U Dostojewskiego pewien oficer w rozpaczy mówi: Jeśli Boga nie ma, to jakiż ze mnie kapitan. Ja pytam: Jeśli Bóg jest, to po co być kapitanem? Po co mi kapitalizm i wzrost produktu krajowego brutto?
Z radia zapowiedź: Na placu Piłsudskiego zgromadził się wielotysięczny tłum. O 24.00 rozpocznie się msza w kościele św. Anny. Nabożeństwa trwają już w wielu kościołach stolicy (tu nazwy kościołów, m.in. kościół Zbawiciela).
Ja: Przejdźmy się do Zbawiciela, przewietrzmy głowy.
Ty: Zgoda.
Ledwo doszliśmy do Puławskiej, zatrzymał nas menel: Panowie, kac mnie rozrywa, a tu jeszcze, słyszę, Ojciec Święty umarł. Dajcie mi, dobrzy ludzie, na piwo.
Popatrzyłem: Belmondo. Warszawski Belmondziak.
On: Panowie, a może dajcie na pół litra? Kupię i posiedzimy razem nad jeziorkiem po drugiej stronie, co?
Zaśmiałeś się, synu - wyjąłeś portmonetkę, dałeś mu dwadzieścia złotych. Zaczekajmy, powiedziałeś, jak nie wróci, pójdziemy na mszę. Jak wróci - do parku. Zgoda?
Znowu eksperyment. Ech, synu.
Wrócił. Poszliśmy do parku, nad jeziorko zwane Morskim Okiem. Znalazł ławkę tuż nad wodą. Usiedliśmy. Odkręcił butelkę. Żeby było sprawiedliwie, to pociągajmy mniej więcej po pięćdziesiątce. Panowie, mam nadzieję, wyczuwają? Byłyby trzy kolejki. I do mnie: Pan zaczynaj, panie starszy.
Zacząłem. Potem syn. Potem on (chyba przekroczył pięćdziesiątkę). Przełknął, przepuścił i zaczął:
Panowie, powiedzcie, co ten człowiek w sobie miał, że ja, gdyby on powiedział, że trzeba za coś oddać życie, to ja bym oddał. Przykładowo: Wejdź, Stanisławie, do tej sadzawki i się utop - tobym wszedł i się utopił. Panowie, mówię serio. Syn powstańca jestem! Panowie pewno nowaki, bo ja tutejszy, górny mokotowiak! Widzieliście? Co kamienica, to tablica - tylu a tylu rozstrzelanych.
Jego ojciec przeżył, ale bez ręki, naznaczony na ciele i umyśle (choć trochę udawał, żeby wyjść z więzienia). Panowie, Warszawa to jedne wielkie Powązki, ziemia przesiąknięta krwią, co pół metra w ziemię, to jakieś powstanie. Syna wysłałem w świat, żeby się od tego Mokotowa oderwał, sam nie mogę, wyjechałem na parę lat do Szczecina i wróciłem, bez tego chorego miasta żyć nie dam rady. Tam, na górze, był bazar, furmanki przyjeżdżały z kartoflami, kapustą, jak chłop szprych nie zablokował, to wóz leciał z górki na łeb, na szyję, niemało tu ludzi i koni w tej gliniance utonęło, bo głęboka kiedyś była. Za powstania podobnież czołg niemiecki się stoczył z czołgistami, potem rozmnożyły się węgorze. Ojciec to się chwalił powstaniem, to przeklinał, że tylu młodych, że ta ręka. A teraz Palestyna, Irak, Czeczenia, Afganistan -czy to się nigdy nie skończy, to napadanie i zabijanie? Ojcze Święty! Uchroń moją Warszawę przed wojnami!
Trzecia kolejka.
Panowie, wezwał, a teraz uklęknijmy i zmówmy Anioł Pański za duszę naszego Króla!
Uklękliśmy. Cisza.
On: Sęk w tym, że ja nie umiem tej modlitwy. Myślałem, że pan, panie starszy?
Ja: Też nie bardzo pamiętam.
On: To zmówimy Ojcze nasz i Zdrowaś Mario.
Zmówiliśmy. Wstaliśmy. Razem weszliśmy na górę. Zawodowo malarz jestem, pokojowy. Jakby co, do usług! (podał wizytówkę) Dziękuję panom. Już mi lżej. Zdrowego snu życzę.
Podał dłoń, mocny uścisk. Poszedł w Madalińskiego.
Ja: Wracamy?
Ty: Tak. Pomodliliśmy się.
Spałem głęboko i długo (malarz zdrowego snu życzył, sprawdziło się).