Popiół i wiatr

Aleksander Jurewicz
Popiół i wiatr
  • słowo/obraz terytoria
    Gdańsk 2005
    141 x 212
    180 stron
    ISBN 83-7453-620-9

Są pisarze radośni i pisarze smutni, Aleksander Jurewicz należy do tych drugich, dla amatorów smutnej literatury jego najnowsza książka to prawdziwa gratka, podobnie jak dla amatorów literatury pięknej, składa się ona bowiem ze zdań i akapitów niezwykłej urody, Jurewicz to jeden z najlepszych dziś polskich stylistów starego typu, a zatem takich, dla których każde słowo ma niesłychaną moc pocieszającą przez sam fakt, że stoi na właściwym miejscu. Formalnie rzecz biorąc, Popiół i wiatr to kontynuacja Życia i liryki, zbiorek pisanych z miesiąca na miesiąc felietonów, tonacja jednak panuje tu odmienna, o ile tamto było zbiorem wspomnień i impresji, o tyle to jest obsesyjnym drążeniem paru tematów uznanych za ostateczne i formułowanych paradoksalnie: miłość jako forma samotności, wykorzenienie jako forma zadomowienia się, śmierć jako forma godzenia się z życiem. Pisarz zaznajamia nas z okolicznościami powstania swoich wcześniejszych utworów, prowadzi rozrachunek z przebiegiem swojej egzystencji, dialoguje z żywymi i umarłymi, jest wzruszająco szczery i jednocześnie uprawia artystyczną automitologizację. Otrzymujemy tu zestaw kluczowych wydarzeń z przeszłości (wyjazd z rodzinnej Białorusi, śmierć ojca, młodzieńczy bunt i uspokojenie wynikające z odkrycia „własnego głosu”), na które nakładają się w sposób nieomal powieściowy wątki współczesne: przerwany romans, prowincjonalny Andy Warhol, gromadzący w swoim mieszkaniu odpadki tego świata, stary wiejski majsterklepka, który straciwszy żonę postanowił do końca życia nie wychodzić z łóżka itd. Każda postać wprowadzana jest tu z wigorem, który poniekąd przeczy „pożegnalnemu” charakterowi całej książki. Są pisarze-podróżnicy i pisarze osiadli, Jurewicz chyba najchętniej nie opuszczałby swojej (jak ją nazywa) „stróżówki”, a nawet nie wydostawałby się poza krainę dzieciństwa, w której się czuje najlepiej – niestety, życie rzuca go to tu, to tam, czego rezultatem jest ta wysmakowana, melancholijna proza.

-
Adam Wiedemann

Fragment

Bowiem kilka domów dalej, po przeciwnej stronie ulicy, już dru¬gi rok Karol W. nie wstaje z łóżka, zaryglował się w swoim domu, wpuszcza do niego tylko córkę i zięcia, którzy wykonują przy nim najniezbędniejsze czynności, jak dożywianie, mycie czy golenie, na furtce wisi odstraszający napis: „Uwaga, groźne psy”, mimo że po obejściu nie biega najmniejszy choćby kundelek. Nawet listonoszka Iza nie jest wpuszczana z comiesięczną emeryturą. Elektrownia już dawno wyłączyła mu prąd. Kiedy akurat wypada mi przejść obok jego domu, z oknami zasłoniętymi starymi prześcieradłami albo poszwami od poduszek, obrośniętego dziką winoroślą, z omszałym, podziurawionym dachem i rozsypującym się kominem, czuję się nieswojo, jakbym przechodził obok zakażonego miejsca, choć - jako osobnik śmiertelnie zainfekowany literaturą - powinienem być raczej dumny i pokrzepiony na duszy, że oto w mojej rodzinnej wsi, w moim drugim życiowym „powiecie”, pojawiła się swojska odmiana Obłomowa. Tej literackiej stronie wyboru Karola W. kibicuję, ale powtarzam - tylko z powodu własnej książkowej skazy. Druga strona tego wyboru jest trudna do zrozumienia, chociaż... Ciężko wyobrazić sobie taki pomysł na życie, dzień po dniu, noc po nocy, już dwa lata, a nic nie wskazuje, że to prędko się skończy. Od jego córki wiem, że nic mu nie dolega, nie skarży się na żadne bóle, jest myślowo sprawny i nawet nie odmawia napicia się z zięciem gorzałki, choć i tę wybitnie męską czynność, wymagającą przy konsumpcji spełnienia choćby uświęconego tradycją rytuału, wykonuje na leżąco. Naprawdę - tak mi się zdaje, choć nie jest to stuprocentowa pewność - mało już jest spraw na tej ziemi, które by mnie zdumiewały. Dlatego przypadek Karola W. wydaje mi się wart zapisania i upamiętnienia. Nie tylko dlatego, że przez tyle lat, podczas przyjazdów do mamy, korzystałem z jego pomocy i usług, bo on potrafił zrobić i naprawić absolutnie wszystko - on ostrzył wszystkim siekiery, dorabiał do nich nowe trzonki, robił brzozowe miotły, kiedy ktoś zgubił klucz, Karol w mgnieniu oka otwie¬rał niedostępne drzwi, potrafił postawić mur i ołtarze na Boże Ciało, uszyć flagę na państwowe święto, przetkać komin, przybiec do cielącej się krowy albo podkuć konia. Teraz miejscowi w wielu wypadkach są bezradni, pozbawieni pomocy i pewnie czasami zaklną szpetnie na Karolową fanaberię. No bo jak tak można - po-łożyć się w łóżku i z niego nie wstawać, zniknąć z wiejskiego pejzażu, choć przecież wiadomo, że żyje. Jednak najglówniejszym jego zajęciem, arcymistrzowskim popisem i powodem okolicznej sławy, było szlachtowanie przed Bożym Narodzeniem, Wielkanocą albo weselami wieprzków, co robił - przy swoim pokaźnym, ponad metr dziewięćdziesiąt wzroście i słusznej tuszy - z wdziękiem i gracją primabaleriny. Dla mnie, od dziecka, wydawał się mężczyzną nie do pokonania, który wszystko potrafi i niczego się nie boi. Właśnie ten ostatni element - że Karol W. nikogo i niczego się nie boi - w moim podziwie dla niego miał decydujące znaczenie, był jednocześnie fascynacją i zazdrością, bo poczucie lęku jest moim stałym utrapieniem.
I nie tak dawno dowiedziałem się o jego jednej i na pewno jedynej słabości, w co nie mogę do końca uwierzyć, ze zdumienia chodzę jak znokautowany, jakby to, w co wierzyłem, okazało się stokrotnie wierutną bzdurą i makabrycznym oszustwem. Kiedy mi o tym powiedziano, poczułem, że ziemia pod moimi stopami aż zadygotała. Otóż okazało się, że ten nieustraszony Karol W., którego jako pewniaka można byłoby obsadzić w filmowej roli Wyrwidęba, odczuwał niemiłosierny, nie do pokonania strach - strach przed cmentarzem. Jakbym patrzył na niego, gdybym wiedział o tym dużo wcześniej, kiedy byliśmy w dobrej komitywie? Nie wiem. Czy mój podziw byłby mniejszy? Bo cmentarz, jeszcze tylko z niemieckimi grobami - tutejszych zmarłych chowano na cmentarzu w mieście - to było w dzieciństwie nasze magiczne miejsce, zaczarowany ziemski zakątek.
Kiedy trochę ochłonąłem po tej niedorzecznie prawdziwej wiadomości, zacząłem rekonstruować ostatnie lata Karola W, zanim on dobrowolnie i bez przymusu postanowił żyć tylko i wyłącznie na leżą-co. Przed dwoma laty zmarła na raka jego żona, którą zachowuję w dozgonnej i wdzięcznej pamięci, była bowiem bibliotekarką, więc duża część mojego dzieciństwa i wczesna młodość upłynęła w jej obecności, a w dodatku plusem przebywania w bibliotece była możliwość palenia papierosów, nie ukrywam, że często były to jej papierosy (tam na regałach odkryłem, jeszcze ucząc się w liceum, Grę w klasy, a ona, widząc moje oczarowanie powieścią Cortazara, podarowała mi biblioteczny egzemplarz, który mocno postrzępiony i ledwo trzymający się w całości mam do teraz). Karol nie był na pogrzebie żony, podobno stał przy furtce i patrzył na oddalający się, a potem niknący za zakrętem, żałobny kondukt. A kiedy rodzina powróciła z cmentarza po spełnieniu smutnego obrzędu, w stypie brał udział już na leżąco - i leży tak od tamtej pory.
Karol W. leży w łóżku i nie czeka tylko i wyłącznie na śmierć. Leży w panicznym strachu przed cmentarzem, chociaż przecież musi wiedzieć, że w końcu tam trafi. Leży i kombinuje, w jaki sposób ominąć ten przytułek dla nieboszczyków, co zrobić, żeby tam się nie dostać. Nie boi się śmierci, to dla niego nie stanowi problemu, tylko boi się, że kiedyś poniosą go w tamto miejsce na skraju wsi, które przez całe życie omijał z daleka, które było dla niego źródłem niepojętego strachu.