Bestiarium

Witold Gombrowicz
Bestiarium
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2004
    145x210
    180 stron
    ISBN 8308035787

„Natura. Nie chcę natury, dla mnie naturą są ludzie.”
Po takim wyznaniu autora Ferdydurke mogłoby się wydawać, że nie istnieje literackie bestiarium Gombrowicza. Tym bardziej że w żadnej ze swych wielu interpretacji własnych tekstów pisarz nidy nie wspomniał o zwierzętach. A jednak wczytując się w jego utwory, można zauważyć zdumiewające nagromadzenie nazw zwierząt - jest ich około stu czterdzeistu. Ta ilość i różnorodność nazw budzi podziw, ale też zastanawia.
Miłośnikom bestiariuszy i czytelnikom Gombrowicza, zarówno początkującym, jak i zaawansowanym, książeczka ta wskazuje istnienie w dziełach pisarza nie zauważanego dotąd bogatego, wieloznacznego obszaru „ja i zwierzęta”.

(ze wstępu Włodzimierza Boleckiego)

Fragment

Wuj mój, patrząc przed siebie roziskrzonym i mało przytomnym wzrokiem, stanął na środku pokoju, podniósł palec i gestem wskazał, abym szedł za nim. Zapalił światło w sąsiednim pokoiku i moim oczom ukazał się niezwykły widok: w kącie pod oknem stało rozbebeszone łóżko ze skudłaconą pościelą, zbitą i rozwichrzoną niby dziwny kwiat. Reszta pokoju była za to po sufit obstawiona półkami, na których leżały sterty ciemnych i przezroczystych butelek, ułożonych ciasno jedna przy drugiej niczym szlachetne wina leżakujące w czyjejś piwniczce w oczekiwaniu dobrych czasów. Liczba butelek, często omszałych i zakurzonych, lecz także lśniących i czystych, była zdumiewająca. Półki, zrobione do przechowywania kolekcji wina przez jakiegoś fachowca, zajmowały trzy ściany i sięgały tak wysoko, że najwyżej położone butelki ginęły gdzieś, już niewidoczne. Przystawiona do półek drabinka ułatwiała gospodarzowi dostęp do tych najdalszych rejonów pijaństwa. Lecz kiedy przyjrzałem się lepiej, zauważyłem, że butelki, choć każda z nich nieco innej formy i barwy – a były wśród nich te po wódce, po mleku, po oranżadzie, po piwie, po oleju i occie, po winie i koniaku, whiskey, grappie, likierach, po szampanie i burbonie, po porto i maladze, po portwajnie i ajerkoniaku, po becherowce, żubrówce, jarzębiaku, krupniku, po wodzie mineralnej, po pigwówce, po miodzie, calvadosie, po rakii i po samogonie, po pieprzówce i przepalance, po bimbrze i żołądkowej, po soku, po cydrze, po kwasie chlebowym i po śmietanie, po śliwowicy i rumie, po palince i po spirytusie, po limoncello i amaretto, armaniaku i bergeraku, po piołunówce, po absyncie i po coca-coli, po sake i po ryżowym winie, po araku, po ponczu, grogu oraz goldwasserze, po dżinie, po alaszu, anyżówce, malinówce, wiśniówce, po pastisie i ouzo, po dereniówce, po brandy, po malibu, po księżycówce, orzechówce, po ratafii, po tequili, winiaku, po siwusze, po sznapsie, po cherry, po sangrii i wermucie, po ciociosanie i martini, po campari i po kumysie, podpiwku, porterze, ale, po muskacie, rieslingu,
bordo, po burgundzie i tokaju, po reńskim, mozelskim, cabernecie, sauternes, po retsinie, po maderze, lagerze, budweiserze, okowicie, gorzałce, po Dom Perignon, po wodzie kolońskiej, wodzie brzozowej, ogórkowej, po syropie, po rycynie, po formalinie, jodynie i po atropinie, po kwasie bornym, po mrówkowej wodzie, po glicerynie i po etanolu, po herbawicie, po kefirze, po świętej wodzie z Lourdes, po olejku, po klemastynie i aldehydzie – wszystkie butelki były niestety puste. Wszystkie były puste, ale w każdej z nich tkwił korek bądź też każda była zakręcona, zatkana szmatką, papierem, albo zalakowana czerwonym lakiem oprócz kilku z najniższych półek – te spoczywały na swych miejscach otwarte.
Wuj wyjął jedną z zakurzonych zielonych butelek po winie, zatkaną zwiniętą kolorową szmatką i podniósł ją do światła. Ujrzałem, jak przez zmatowiałe, bajkowe szkło w kolorze morskiej trawy przelewa się żarówkowy płomyk. Wewnątrz nie było nic. Teraz ruchem palca nakazał mi milczenie, a potem powoli odkorkował butelkę i przysunął mi do ucha jej smukłą szyjkę. Usłyszałem najpierw szum, coś jakby słabe, lecz narastające westchnienie, dalekie stłumione brzęczenie jakiegoś roju pszczół. Szum narastał, a po chwili mogłem wyłowić z niego poszczególne dźwięki, szmery, szurania,
zgrzyty. Z tej otchłani, jak z morza, poczęły się po chwili wyłaniać pojedyncze dźwięki, jakieś z daleka dobiegające głosy, stukot stóp biegnących po schodach, otwieranie skrzypiących drzwi, trzaski, odgłos uderzeń młotka, krzyki dzieci biegających w podnieceniu w kółko, ostry, napominający głos kobiety. Potem brzęk naczyń, dzwonienie sztućców, jakieś szumy i szmery, mruczący, zły męski głos i znów stukanie młotka zbijającego coś. Słyszałem też coś jakby warkot motoru, szum dobiegający z niedalekiej ulicy, radio grające jakąś melodię sprzed pięćdziesięciu lat. „Pisma twaja połuczaja, słyszu ja gołos radnoj” i coś dalej po rosyjsku, czego nie mogłem już dosłyszeć przez trzaski i stukanie. To wszystko zamknęło się powoli w ciszy, jęk ustał, śpiew cząsteczek umilkł.
Wuj mój otworzył drugą butelkę, małą i pękatą. Zapaszek, jakby mdły, słodkawy, jakiś kwiat, zioło? Łąka? Kwiat, lecz zwiędły. Szum, który z niej się wydobywał, zaczął przeradzać się powoli w śpiew ptaków i coś jakby szumienie wiatru w gałęziach. Ptaki ćwierkające i gwiżdżące gdzieś od czasu do czasu pomiędzy gałęziami, powolne kroki po żwirowej ścieżce. I po chwili coś jeszcze, coś spomiędzy, spod tych głosów, jakby głuchy, stłumiony szloch. Potem zdawało mi się, że były tam odgłosy stacji kolejowej, tłumu, okrzyków męskich i kobiecych, płaczu dzieci, śmiechu, gwizdu parowozów, sapania lokomotyw, stukotu kół wagonów, słychać było zwierzęta, gdakanie kur i rżenie konia, gwar rozmawiających i krzyki kłócących się, przekleństwa i szuranie wielu stóp. Wreszcie potężne trzaski, krzyki żegnających się i cisza, a w niej powolne z początku, a potem coraz szybsze dudnienie kół pociągu.
Kolejna butelka zawierała dźwięki dzwonka tramwajowego i nuconą przez kogoś piosenkę, potem odgłosy z targu, gwar i wesołe przekomarzania. Inna zawierała w sobie modlitwę, jeszcze inna piski dzieci, odgłosy z pralni, z drukarni, ze sklepu, z kościoła, z zakładu szewskiego, czyjś głos opowiadający własne dzieciństwo w języku niby obcym, ale przecież doskonale zrozumiałym, jakieś przygody, szkołę, wakacje, pracę, wojnę, wydarzenia śmieszne i straszne, głos opowiadający o dzieciach, o rodzicach, przyjaciołach, wujkach i ciotkach, o świętach i zwyczajach, śpiewający od czasu do czasu piosenkę, ale nigdy nie całą, tylko zapamiętany fragment, albo recytujący kawałek jakiegoś wiersza ze szkoły, głosy mieszały się i nakładały, za chwilę powietrze krzyczało już wokół tysiącem głosów i dźwięków, lecz wszystko to w westchnieniu jednym, w czymś, co zamykało się po
chwili jak ciężka pokrywa na skrzynię.
Słyszysz? – krzyknął Wujcio – mam tu ich wszystkich, całe archiwum zamknięte w butelkach, rozumiesz? Całe życie to zbierałem, całe życie. Dwadzieścia lat łażenia z butelkami. Ha! Spojrzał groźnie.