Listy 1963-1996

Jan Błoński, Sławomir Mrożek
Listy 1963-1996
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2004
    145x205
    612 stron
    ISBN 83-08-03605-8

Świętą rację ma Tadeusz Nyczek, kiedy pisze w przedmowie, że „stawia tę książkę obok Dzienników i Testamentu Gombrowicza, korespondencji Miłosza z Andrzejewskim, Bobkowskiego i Stempowskiego z Giedroyciem, Dzienników Kijowskiego – jako jedno z najważniejszych we współczesnej polszczyźnie świadectw odwagi ducha. I, co też trzeba powiedzieć, urody tekstu”. Latami prowadzona korespondencja między Janem Błońskim, najwybitniejszym polskim krytykiem literackim a sposobiącym się do światowej sławy Sławomirem Mrożkiem, jest książką fascynującą.
Wiele tu wątków i tematów i każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie ciekawego. Mamy więc rozważania o udrękach życia Polsce pod rządami komunistycznymi i słodyczach (ale i mankamentach) życia na Zachodzie, plotki o ludziach, uwagi o sytuacji literatury w kraju i za granicą, próbki analiz twórczości samego Mrożka, mamy też dialogi o stanie kultury i polityki. Ale przede wszystkim jest to rzecz o Sławomirze Mrożku, o jego zmorach i jego utrapieniach. To książka o Mrożku budującym swój mit weredyka i mizantropa, a wreszcie mit delektującego się poczuciem wyobcowania metafizyka, sobiepana nadziewającego się na ostrze tylko swojego, prywatnego losu. Dla każdego zainteresowanego twórczością Sławomira Mrożka jest to książka niezbędna.

-
Marek Zaleski

Fragment

Zmierzamy więc ku kupie, a kupa ma to do siebie, że nie może być demokratyczna, praworządna, słowem taka, za jaką ja tęsknie i Ty także, jak to przyznajesz w ostatnim liście. Wielka kupa zawsze była mniej albo bardziej faszystowska (w bardzo szerokim pojęciu tego słowa, nawet symbolicznym, powiedziałbym), a praworządna i demokratyczna była społeczność tylko tam, gdzie nie było jej za dużo i gdzie dobrze jej się powodziło. Jeżeli mówię: wielka kupa, to mam na myśli nie tylko ilość mieszkańców, ale także współczynnik wynikający ze stosunku ilości mieszkańców do środków i sposobów życia i na przykład z dwóch kup, północnoamerykańskiej i radzieckiej, równych sobie mniej więcej ilościowo, kupa amerykańska jest na pewno bardziej demokratyczna i praworządna, chociaż i tam przecież, na skutek ilości, demokracja polityczna na przykład staje się dosyć formalna i dosyć problematyczna. Ale demokracja w USA zaczęła się przecież także tylko od grupki emigrantów.
(…)
Ale między kupami przeszłości a kupą dzisiejszą jest zasadnicza różnica. Pomijam, że kupa współczesna jest kupą globalną, że dawniej były to kupy lokalne, z których każda mogła się posunąć albo od której można było uciec. Chodzi mi o to, że – gdybym znalazł się w kupie egipskiej, starożytnej, jako tamtejszy ówczesny obywatel, i w czasie przechadzki nad Nilem zobaczył na przykład grupę niewolników budujących piramidę i umierających od tej pracy, nie zrobiłoby to na mnie najmniejszego wrażenia, nie zakłóciłoby mi spokoju. Uznałbym całą rzecz za całkiem naturalną, bo taką ona była. Dzisiaj idziemy do kupy, a idąc do niej, cofamy się. Ale cofając się, nie możemy odzyskać niewinności barbarzyńskiej, cofając się w barbarzyństwie nie możemy odzyskać barbarzyńskiej niewinności, przynajmniej my, bo może następni już ją odzyskają, czyli zapomną łatwo i starannie o wszystkim, czego się uczymy od 1966 lat, czego nas nauczyło chrześcijaństwo czy rewolucja francuska. Głupi zbieg okoliczności: nigdy tyle jeszcze nie było gadania i rozgwaru koło jednostki, koło indywidualności, koło jej praw i jej cudowności, jak teraz, kiedy nadchodzi kupa, o jakiej nawet się nie śniło kupcom starożytnym, o tyle przecież lepiej przystosowanym do tego, żeby być kupą, nie mrugającym powieką, kiedy należało rozdeptać człowieka, i nie podejrzewającym nawet, że mogą istnieć jakieś wyrzuty sumienia z powodu ludobójstwa. A przynajmniej: nigdy nie było jeszcze tyle hałasu o jednostkę w Europie. Gdzie indziej nie gada się już o tym tyle, czyli gdzie indziej są już bardziej postępowi niż w Europie. Europa staje się zacofana. Ja od dawna podejrzewam, że najbardziej postępowym państwem i krajem świata są w tej chwili Chiny. Oczywiście utarło się słyszeć „postępowy” jako komplement. Ja jednak zastrzegam sobie indywidualne prawo używania tego słowa co najmniej neutralnie, ani jako komplement, ani jako obelgę.
(...)
Ja kupę już istniejącą i ciągle wzbierającą, konkretną już i naukowo, oficjalnie już zapowiedzianą odczuwam dwojako niewygodnie. Ideologicznie (powiedzmy to w ten sposób) i egzystencjonalnie. Od razu powiem, że co będzie po mojej śmierci, nic mnie to nie obchodzi, ale ja kupę odczuwam już teraz, już codziennie, uwierz mi więc, że nie są to przyszłościowe zmartwienia wujcia maniaka, ale dzisiejsze niewygody człowieka być może szczególnie na to wrażliwego, ale żyjącego, teraźniejszego. Ideologicznie więc kupienie się mnie niepokoi, bo widzę w tym zagrożenie takiego sposobu życia społecznego, które by mi najbardziej odpowiadało. A egzystencjonalnie, to jasne. Możesz się znowu ze mnie smiać, ale ja już mam takie problemy z kupą, kiedy ma przykład mam pojechać do Rzymu. Kiedy jadę samochodem, obliczam dni, żeby nie trafić na sobotę albo niedzielę. Obliczam porę roku, bo wiadomo, że w pewnych porach roku odbywają się generalne próby „Dolina Jozafata”. Kiedy jadę pociągiem, obliczam którym, żeby nie trafić na bardziej zaludnione, czyli przeludnione. Muszę starannie rezerwować miejsce w hotelu, a kiedy już dostanę się do Rzymu, muszę odpoczywać kilka razy dziennie, bo nacisk ludzi i rzeczy w takiej masie i w takiej intensywności przewyższa moje zdolności percepcji, moją wytrzymałość. W dodatku kupa dysponuje przyrządami mechanicznymi, które niebywale potęgują jej energię. Sto tysięcy w starożytnym Rzymie czym dysponowało? Najwyżej własnymi ciałami i własnymi gardłami. Dzisiaj na każde sto tysięcy ile przypada samochód, aparatów radiowych, telewizorów, wiertarek, młotów mechanicznych, pił mechanicznych, gongów, gwizdków i wszystkiego innego. Każdy ma prawo jechać na motocyklu pod moim oknem, chociaż jest to właściwie zwyczajna agresja. Każdy ma prawo włączyć telewizor za ścianą, nikt jeszcze nie ma prawa usiąść mi na kolanach bez mojej zgody. Gdyby kto spróbował, mógłbym go zaskarżyć. Ale czy długo jeszcze?

(Sławomir Mrożek, list z  25.02.1966)