Ranyboskie, Julek!

Jan Karp
Ranyboskie, Julek!
  • Nasza Księgarnia
    Warszawa 2003
    165 x 165
    120 stron
    ISBN 83-10-10904-0

Bohaterem i zarazem narratorem tych niezwykle śmiesznych opowiadań jest Julek Karp, bystry i bardzo sympatyczny siedmioletni chłopczyk, typowy przedstawiciel tych dzieci, z którymi rodzice i nauczyciele mają nieustające kłopoty. Wciąż przychodzi mu coś do głowy: a to, na skutek uszczypliwych uwag szkolnych kolegów, zapragnie zmienić urzędowo swoje imię, a to zgubi się na wysypisku śmieci w trakcie poszukiwania zdechłych żab, ślimaków i robaków, i planowania okrutnej zemsty na swej koleżance. Słowem: gdzie jest Julek, tam są kłopoty. Nic więc dziwnego, że jego mama co kilka stron wydaje z siebie głośny okrzyk: Ranyboskie, Julek!. Komiczny efekt opowieści zawdzięczamy czujnemu oku i uchu Julka, ale też jego poważnemu stosunkowi do rzeczywistości. Julek doskonale zauważa wszystkie przywary, śmiesznostki i niekonsekwencje postępowania otaczających go dorosłych: rodziców, babci i ciotki Heleny oraz szkolnych nauczycieli.
Perypetie Julka przypadną do gustu tym wszystkim, którzy lubią książeczki o Mikołajku Sempé i Gościnnego lub te o Mateuszku Elviry Lindo.

Jan Karp (ur. 1969) pseudonim młodego debiutanta w dziedzinie literatury dla dzieci i młodzieży. Ukończył psychologię, nigdy jednak nie uprawiał wyuczonego zawodu, pracował natomiast jako pracownik socjalny, reporter telewizyjny, a także (wprawdzie krótko) przy taśmie produkcyjnej w fabryce samochodów. Od czterech lat mieszka z rodziną w Berlinie. Następny tom serii, Julek czyli Karp, wydawnictwo zapowiada już na sierpień.

Fragment

W niedzielę na obiad na pierwsze był rosół, a na drugie schabowe z kiszeniakami. Wolałbym buraczki, ale się skończyły.
Była też ciocia Hela, czyli ta moja ciocia, która nie ma własnych dzieci, ale że dzieci strasznie kocha, musiała zostać nauczycielką.
– Taka jestem zmordowana – skarżyła się ciocia, nakładając sobie drugi kotlet. – Wyobraźcie sobie, dołożyli mi zajęcia wyrównawcze. Wolałabym już pole orać, niż użerać się z tymi osiołkami!
Okropnie się zdziwiłem. Byłem pewien, że ciocia pracuje w szkole, a o tym, że jest rolniczką, nic nie wiedziałem. No i gdzie trzyma te osiołki – na balkonie?
– Zajęcia wyrównawcze – roześmiała się mama – to takie dodatkowe lekcje dla dzieci, które sobie nie radzą z nauką.
– Albo dla łobuzów za karę – dodał tata.
– Takie tam nowoczesne ceregiele! – zżymała się babcia Jadzia. – Za moich czasów jak jeden z drugim dostał rózgą po łapach albo poklęczał trochę na grochu, od razu ochoty do nauki nabierał!
– Ale nie bój się, Julek – uspakajała mnie ciotka – tobie to nie grozi.

W poniedziałek na ostatniej lekcji niektóre dzieci dostały od naszej pani karteczki. Dostał Jarek, dwóch Marków, Gośka, no i ja.
– Pokażcie te karteczki rodzicom – powiedziała pani – i jutro przynieście je podpisane.
– To pewnie nagroda za dobre sprawowanie – domyślił się Marek, ten z ławki za mną. – Moja mama dostaje przed Świętami z pracy takie bony, za które można coś kupić bez pieniędzy.
– Kupić bez pieniędzy?! – nabijał się Darek.
Darek sam nic nie dostał i dlatego okropnie nam zazdrościł.
Nic dziwnego, to straszny chwalipięta i teraz nawet nasza pani się na nim poznała. Żadne nagrody mu się nie należą!
– To pewnie takie bony na zabawki! – cieszył się Jarek.
– Proszę pani! Proszę pani! – chlipał rozżalony Darek. – A karteczka dla mnie?
Ale pani powiedziała, ze nic dla niego nie ma.
Dobrze mu tak!

W domu pokazałem karteczkę mamie.
Od razu też powiedziałem, że w nagrodę nie chcę żadnych ciuchów ani książek, tylko zabawki. Bo wcale nie było łatwo dostać taką karteczkę i bardzo mało dzieci dostało. No więc chyba coś mi się za to należy!
Mama czytała karteczkę jakoś strasznie długo.
Sam chyba bym to szybciej zrobił.
– Julek musi mieć zajęcia wyrównawcze – powiedziała w końcu mama.
– Męczą biedne, Bogu ducha winne dzieciaczki – powiedziała babcia i pogłaskała mnie po głowie. – Na waszym miejscu nie zgadzałaby się!
– Ale, ale... – zdziwił się tata – ...no przecież... ale jak to?... e, szkoda słów!
No i w końcu nic nie powiedział.
Poprosiłem mamę, żeby na nic się nie zgadzała. Powiedziałem, że już wolę pomagać cioci Heli karmić osiołki, ostatecznie mogę trochę poklęczeć na grochu. Ale tylko chwilę. A na żadne dodatkowe lekcje nie pójdę!
– Posłuchaj, Julek – powiedziała wtedy mama – te lekcje są po to, żebyś był coraz lepszy, a nie za karę.
– No, jak mus, to mus! – wykrztusił z siebie tata.
– Ale dlaczego nasza pani – spytałem – myśli, że jestem łobuzem?
– Dziecko, bój się boga! – wybuchnął tata. – Kto ci takich głupot naopowiadał?!

No i we wtorki i czwartki zostaję na dodatkowa lekcję. Rodzice obiecali mi, że jak się podciągnę, to dostanę nagrodę.
Taką prawdziwa!
Darek wybłagał u swojej babci, że też go będzie odbierała godzinę później. Woli zostawać z nami.
Fajny kumpel z tego Darka!

W pierwszy wtorek ćwiczyliśmy czytanie.
– Będziemy czytać z podziałem na role – powiedziała pani. – Tak ja w teatrze.
Mieliśmy ćwiczyć czytankę o rodzinie, która poszła do cyrku. Gośka była mamą, Marek, ten z mojego przedszkola – tatą, Jarek – synkiem, a ja – babcią. Marek z ławki za mną miał być strasznie śmiesznym klaunem. Darek – narratorem, czyli facetem, który ciągle wszystkim przerywa. Właściwie wolałbym być tatą albo synkiem, ale chłopaki nie chcieli słyszeć o zamianie.
– Zaczynamy, moi kochani! – powiedziała pani.
– Pewnego słonecznego, niedzielnego popołudnia... – rozpoczął Darek.
– A ja będę małpą! – wypalił nagle Marek, ten z ławki za mną.
– Przecież nie ma takiej roli – zdziwiła się pani. – Teraz już spokój, zaczynamy!
– Pewnego słonecznego, niedzielnego... – zdążył przeczytać Darek.
– Nie muszę nic mówić – przerwał mu Marek. – Będę tylko skakał i ryczał jak małpa!
I nie czekając na zgodę pani, wskoczył na krzesło i okropnie śmiesznie zaczął udawać małpę.
– Natychmiast siadaj! – krzyknęła pani. – Jesteś klaunem!
– Pewnego słonecznego, niedzielnego popołudnia... – powiedział Darek, tym razem już całkiem z pamięci.
– Zaciąłeś się?! – szturchnął go Marek. – Wszyscy już wiedzą, że jest niedziela po obiedzie.
– Marek do kąta! – nie wytrzymała pani.
– Pewnego słonecznego, niedzielnego popołudnia mama, tata, babcia i mały Jaś wybrali się do cyrku.
– Popatrz, Jasiu, tam stoi strasznie śmieszny klaun! – przeczytała Gośka.
Teraz miał się odezwać Jarek, ale nie wiedział, że o niego chodzi.
– Teraz ty, Jarku – przypomniała pani.
– Tak, proszę pani? – ocknął się Jarek.
– Teraz twoja kolej – powiedziała pani.
– Jestem strasznie śmiesznym klaunem i znam wiele sztuczek – przeczytał Jarek.
– Chcesz w żeby?! – wrzasnął z kąta Marek. – To moja rola!
– Trochę wcześniej, Jarku – powiedziała pani. – Marek, spokój!
– Pewnego słonecznego, niedzielnego popołudnia... – przeczytał Jarek.
– Za wcześnie – przerwała mu pani. – Masz powiedzieć teraz: jaki śmieszny!
– Jaki śmieszny! – powtórzył Jarek.
– I dalej – powiedziała pani.
– I dalej – powtórzył Jarek.
– No nie, musimy zacząć od początku – zniecierpliwiła się pani. – Darku, zaczynaj!
– A mogę wszystko przeczytać sam? – zapytał Darek. – Tak byłoby szybciej!
Wstrętny chwalipięta! Na szczęście pani mu nie pozwoliła.
Za drugim razem szło nam już całkiem nieźle. Tylko końcówka nam nie wyszła.
– Ranyboskie! – zdziwiła się babcia. – Popatrz, Jasiu, na tego lwa.
– Julek, masz czytać, a nie zmyślać! – przerwała mi pani.
No i nie zdążyłem już nic przeczytać, bo Marek zaczął udawać bardzo głodnego, rozjuszonego lwa. Ryczał tal głośno, że o mało nie usłyszelibyśmy dzwonka!
W czwartek będą rachunki.
Szkoda!