Paris London Dachau

Agnieszka Drotkiewicz
Paris London Dachau
  • Lampa i Iskra Boża
    Warszawa 2004
    148 x 207
    128 stron
    ISBN 83-89603-04-7

Paris London Dachau to intrygujące, czasem irytujące, a czasem wzruszające debiutanckie dzieło dziewczęce, mocno zakręcone i groźnie błyskotliwe. Bohaterka i zarazem narratorka powieści Basia Niepołomska jest młoda, niezwykle utalentowana, oryginalna i beznadziejnie zakochana, beznadziejnie – bo bez wzajemności. Porzucona przez ukochanego, to kontempluje utratę, to rzuca się w wir przyjęć i wernisaży, to znów zanurza się w pretensjonalnych rojeniach o życiu we dwoje. Powieść Drotkiewicz zbudowana jest według zasady wolnych skojarzeń z humanistycznych lektur i szumu mediów. Wykłady i spotkania elitarnych studenckich kół naukowych, modne knajpy, kosmetyki, metki ciuchów i nazwiska projektantów, programy telewizyjne, piosenki Björk i PJ Harvey, intelektualne grepsy – cały ten zgiełk wypełniający postkonceptualno-postmodernistyczny świat Basi pisarka określiła mianem „lans macabre”. W strumieniu świadomości genialnej studentki odnajdujemy opowieść o pustce życia najmodniejszych wielkomiejskich salonów młodzieżowych oraz odwieczny dylemat kobiety-twórczyni, która wahając się, czy być Virginią Woolf czy raczej Anais Nin, składa swój talent na ołtarzu romantyczno-seksualnego uzależnienia. Najważniejsze figury świata przedstawionego mamy już na okładce: wyrwane serca, spirala z tuszu do rzęs, wazelinowa szminka bebe i tytuł: Paris London Dachau przypominający, że niezależnie od miejsca, w którym jesteśmy, nie zawsze sami wybieramy, w jaki sposób przeżywać będziemy porzucenie.

- Pola Olska


Fragment

Zaszczucie racjonalnością
Życie codzienne jest nie do zniesienia. Zabija mnie. Dlatego nauczyłam się chodzić dwadzieścia centymetrów nad ziemią. Pluć na common sense, wymyślać gry i zabawy, zgadywanki. Nie nosić zegarka, poświęcać się tylko rzeczom niepotrzebnym, szukać małych kawałków gorzkiej czekolady pod cudzym językiem, upijać się twoim towarzystwem. Upijaliśmy się zresztą razem, upijaliśmy się sobą nawzajem, symbioza, stary towarzyszu, razem polowaliśmy na lwy na placu Grunwaldzkim, tropiliśmy jaszczurki na Wybrzeżu Kościuszkowskim, wymyślaliśmy surrealistyczne eskapady: na omlet z poziomkami, po kolorowy papier, na wystawę białoruskich bombek choinkowych, na monodram podstarzałej aktorki z trwałą, dorastaliśmy nad różowym kisielem Qchni Artystycznej, przeskakiwaliśmy konwencje i estetyki, szarpaliśmy się za włosy, czasem odwracałeś się bez słowa, czasem kupowałeś na przeprosiny czarne Frugo, czasem gryzłam paznokcie na przystanku tramwajowym, żeby nie płakać.
I co z tym niepisanym sojuszem, zawartym gdzieś nad winem i malinami w Między Nami, zawartym w jakieś letnie popołudnie w moim łóżku przy akompaniamencie programu o alozaurach? Co z Entente Cordaile, ze snami o potędze, z T. S. Elliotem w towarzystwie drugiej żony, z niskobudżetowym filmem z lat siedemdziesiątych?

Szczęście
Sama zastanawiam się, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę: spacery po zimowym mieście z przedwojennego filmu albo z reklamy Prady. Japoński wieczór u Beaty, kiedy na kanapie jej rodziców, w salonie bez drzwi, po raz pierwszy się przed tobą rozebrałam, kiedy poszliśmy spać, dopiero jak wszyscy wstali i robili kawę, gapiąc się na nas i nie wiem, czemu nie zdjęli z nas kołdry. Te wieczorne rozstania na placu Trzech Krzyży, kiedy, gdy tylko wsiadałeś do autobusu, zaciskałam oczy i szłam po omacku do domu, żeby mieć pod powiekami tylko ciebie, tylko ciebie. Trajektoria A potem obudziłeś się któregoś dnia z niepokojem przyczajonym pod skórą, z żelaznym uciskiem odpowiedzialności, ze zmarszczonym czołem, z tym wszystkim, czego mogłam się tylko domyślać przez długą noc po twoim ostatnim telefonie, chodząc od jednej ściany do drugiej, z tym wszystkim, czego mogłam się tylko bać, z tym wszystkim, co chciałam, aby raczej spotkało mnie, o co modliłam się cała noc, cały dzień, całe dnie, mówiłam do siebie: Basiu, teraz „ Aniele Stróżu” , teraz „Ojcze Nasz”, powtarzałam chodząc po Krakowskim Przedmieściu, gdzie może mogłabym zobaczyć ciebie chociaż z daleka, powtarzałam, jakbym potrząsała młynek modlitewny, i nie bałam się niczego, wtedy nie bałam się niczego, zaprzedałabym się każdemu, żeby tylko ciebie uratować, curse God above, forsaken Heaven to bring you my love. Ale nie chodziło o miłość, chodziło o życie, moja krew gotowała się z rozpaczy, z przerażenia, że nie zdążę ci na pomoc. Więc błagałam nasze wspólne przyjaciółki, żeby dzwoniły do ciebie, kazały ci mówić o czymkolwiek, obgadywać się wzajemnie, kazały ci ruszać ustami, kazały ci dawać dowód życia. Nikt chyba nie był tak przerażony jak ja, był pierwszy lipca, ktoś wylał na mnie gotującą się owsiankę, oblepiona i poparzona zaciskałam palce na piórze i pisałam do ciebie pierwszy list miłosny. Ale to nie był list miłosny, tylko Confiteor, cyrograf, certyfikat, dożywotnia gwarancja. Jeśli kiedyś ode mnie odejdziesz, odejdę z tobą I rozpadłam się na niepoliczalną ilość kawałków, do dzisiaj nie znalazłam większości, do dzisiaj jestem wybrakowanymi puzzlami z Unicefu, strukturą otwartą, nawet druga pani Kane nie miałaby cierpliwości układać mnie w długie popołudnia. Złamał mi się kręgosłup, straciłam poczucie równowagi, nie trzymałam się na nogach, rozjeżdżają mi się jak łapki szczeniakowi, dusze się własnym zapachem, własnym oddechem.

Ostatnia runda
Ostatnio nie czuję się dobrze, jesteś moja chemioterapią i naświetlaniami, śmiercią na raty, bo to jest śmierć, nawet jeśli będę jeszcze zabijać czas przez najbliższe 60 lat, to zabijasz mnie dzień po dniu, nie zmyjesz tego z siebie wszystkim perfumami świata, na wieczór na rano. Tymczasem...
Tymczasem istnieją pory roku, wiosenne wyprzedaże, sezon ogórkowy i sezon na rabarbar, amplituda temperatur, wilgotność powietrza, zapach frytek, przeglądy filmowe, rekrutacja na studia, wizyty kontrolne.
Tymczasem Sympatyczna Patryk czeka na mnie pod Empikiem z reklamówką pełną zagranicznych gazet. Szyję ma okręconą biało-czerwonym szalikiem.
Uwielbiam ten szalik! Muszę przyznać, ze głównie dlatego, że jest on z Gapa, wyznaje Patryk.
Ja chce iść do Karalucha na barszcz ukraiński.
Błagam, nie rozśmieszaj mnie! Jeśli mam być szczera wolałabym jakieś bardziej miejskie miejsce... Idziemy do Mercera! Mówi Sympatyczna Patryk, wymawiając c jak C. Na najwyższym C.
Patryk zrzuca swoją wielką denimową torbę na bar i inwestyguje niewyspanego chłopca Thome York-like: No chyba.chyba! Czy ty wiesz, co to znaczy mieć alergię pokarmowa? Wątpię!
Po namyśle:
Zamawiam w takim razie bruschettę z kompozycja czterech serów, suszonymi pomidorami i bazylią i podwójną latte mocha z lodami i bita śmietana, Patryk odwraca się do mnie i promienieje. Cudownie, Basia!