Dobre miejsce do umierania

Wojciech Jagielski
Dobre miejsce do umierania
  • W.A.B.
    Warszawa 2005
    139 × 202
    400 stron
    ISBN 83-7414-114-X

Reporter Gazety Wyborczej - Wojciech Jagielski zdobył już sobie uznanie reportażami z podróży do najbardziej zapalnych punktów naszego globu. Dobre miejsce do umierania - utwierdza tylko tę reputację. W czasie, kiedy zdecydowana większość reporterów z całego świata spotykała się na froncie wojny w byłej Jugosławii, Jagielski niemal samotnie, niemal na własną rękę odbywał ryzykowną wędrówkę po innym piekle rozszalałego nacjonalizmu - po obszarach Kaukazu i Zakaukazia, a więc tam, gdzie sto małych narodów, ciśniętych między dwa morza i między trzy rywalizujące ze sobą zachłanne potęgi: Rosji, Turcji i Iranu, toczy ze sobą nieubłagane i okrutne wojny. Te wojny podzieliły ludzi, rozpaliły nienawiść, rzuciły ich przeciw sobie. "Kiedyś chodziliśmy do siebie na wesela i pogrzeby. Teraz tylko do siebie strzelamy" - mówi jeden z bohaterów reportaży Jagielskiego.
Strony tej książki pełne są niezwykłych opisów, przejmujących obrazów, zdumiewających danych (jak np., że na jednego zabitego człowieka wypadało 13 500 wystrzelonych pocisków! albo że za jednego oficera-jeńca strona przeciwna dawała 200 litrów benzyny lub pięć kobiet-zakładniczek!).
Jagielski pokazuje wszystkie kontrasty, absurdy i dramaty historii współczesnej - pisze o tym, jak Czeczenia, aby uratować niepodległość Inguszów, ogłosiła niepodległość, nie mając własnego państwa, o tym, jak pacjenci domu obłąkanych w Czermenie, właśnie dzięki wojnie zaczęli żyć życiem normalnych ludzi.
Jeden z ludzi spotkanych przez autora mówi mu, że właśnie tam na Zakaukaziu, dojdzie do ostatecznej wojny między cywilizacją europejską i azjatycką, między chrześcijaństwem a islamem.
Będzie to, zdaniem tego człowieka, wojna ostatnia.

-
Ryszard Kapuściński

Fragment

Na klatce schodowej w kamienicy Rubika nie było drzwi. Ktoś je ukradł. A może któryś z sąsiadów zdjął je w nocy i porąbał na opał. Trzymając się poręczy, Rubik wdrapywał się na trzecie piętro i po omacku trafiał kluczem do zamka w drzwiach. Na półce, zaraz za progiem, po lewej stronie leżała świeca.
Światło włączali codziennie na dwie godziny. Raz wcześnie rano, innym razem w południe, jeszcze kiedy indziej w środku nocy. Wszystko miało być zorganizowane, ludzie uprzedzani. Godziny włączania prądu w różnych dzielnicach miały się zmieniać według rządowego grafiku tak, żeby było sprawiedliwie.
W dzielnicy Rubika prąd zaczęli włączać późno w nocy, i tak już zostało. Dyżurowali na zmianę, Rubik, Gajane i jej matka, po dwie-trzy godziny. Jak tylko włączali prąd, cała rodzina zrywała się na nogi. Kąpali się, Gajane robiła pranie, mama zmywała sterty brudnych naczyń, gotowała zupę. Na koniec napuszczali
wody do wanny i wiader.
Gorzej mieli ci, w których domach prąd pojawiał się w środku dnia. Nauczycielka Sylwii rozpuszczała uczniów do domu już po trzeciej lekcji i biegła do domu, bo w jej dzielnicy godziny włączeń wypadały między dwunastą a drugą. W szkole nie grzali i z powodu mrozów lekcje były skracane do dwudziestu minut. W końcu szkoły zamknięto na dobre.
Przestał dyżurować przy świetle, odkąd Gajane i Sylwia wyjechały do krewnych do Rosji. Po nadejściu zimy wielu Ormian wysłało swoje rodziny za granicę. A teraz, gdy teściowa pojechała na wieś do Górnego Karabachu po kartofle, cebulę i mięso, Rubik w domu tylko sypiał i jadł.
Staruszkę ciągnęło w rodzinne strony, chociaż jej wioskę spalili Azerowie. Z każdej podróży wracała z coraz większą pogardą dla erewańskich Ormian.
- Ech, wy, miastowe mięczaki - szydziła. - Wysłać by was na naukę do naszych zuchów! Do czego to podobne! - krzyczała oburzona. - Jedni głodują, a inni limuzynami się rozbijają, szampana piją! Tam wojna, głód, a tu złodziejstwo, spekulacja, łajdactwo!
Teraz babcia pojechała, bo w Erewanie nie można już było niczego dostać. Nawet przed piekarniami trzeba stać na mrozie godzinami. A prawdziwy koszmar zaczął się, kiedy rząd postanowił wymienić pieniądze. Przez kilka dni Rubik nie mógł niczego kupić. Nowych pieniędzy - dramów - jeszcze im nie wypłacili, a starych rubli w sklepach nie przyjmowano.
Rubik grzał zupę w stołowym na piecyku-burżujce. Babcia nagotowała jej cały gar.
Na półce pod ścianą piętrzył się stos książek. Niektóre stały na półkach, inne, poukładane jedna na drugiej, leżały na podłodze. Stare gazety i zeszyty spalili już zeszłej zimy. Teraz Rubik palił książki.
Te ułożone w równe słupki pod ścianą miały pójść do ognia jako pierwsze. Studenckie podręczniki Rubika i Gajane, zeszyty, jakieś stare romansidła w wyświechtanych, papierowych okładkach, dziecinne książeczki Sylwii.
Rubik wyrywał z nich kartka po kartce i starannie wciskał między gałęzie w palenisku. Gdyby drewno było suche, wystarczyłoby kilka kartek. Ale niedawno ścięte gałęzie nie chciały się palić. Trzeba było dawać dużo papieru na podpałkę.
Książki w biblioteczce też nie stały w przypadkowym szyku. Rubik długo myślał, zanim je ułożył w takiej a nie innej kolejności. Były to już same powieści, zbiory wierszy, encyklopedie, podręczniki do historii literatury, sztuki, albumy, biografie. Stały w szeregu, od lewej do prawej.
Był to szereg nierówny. Jedne książki wystawały górą, inne wypychały się grzbietami do przodu, książki cienkie ginęły między opasłymi tomami encyklopedii. Płócienne grzbiety mieszały się z papierowymi.
W miarę jak malał stos książek na podłodze, ubywało też ich na półce. Te z biblioteki wędrowały na podłogę, szły na sam dół stosu i czekały na swoją kolejkę do ognia.
Rubik długo oglądał każdą z nich i głęboko myślał, zanim wyznaczył im miejsce w szeregu. Na samym końcu, tuż przy ścianie, stały dwie niepozorne książeczki. Jedna w twardej oprawie, druga wydana na tanim żółtym papierze i z tandetną, cienką okładką. Wiersze Rubika.
Za pierwszy wybór, ten w twardej okładce, dostał nagrodę Związku Pisarzy. Drugi tomik poezji miłosnych był zdaniem Rubika o niebo lepszy od debiutanckiego. Pisał je między wiecami na placu operowym i gorączkowymi dyskusjami w czarnym od papierosowego dymu gabinecie redaktora naczelnego. Rubik był szefem działu kulturalnego, a w Armenii zaczynała się Wiosna Ludów, ormiański czas Wodnika.
Drugi tomik wierszy, z którym Rubik wiązał takie nadzieje, został wydany na brzydkim, żółtym papierze, w nakładzie kilkuset egzemplarzy. Podobno sprzedano tylko kilkadziesiąt książek. Wkrótce potem wydawnictwo zbankrutowało. „Masz pecha, chłopie, że żyjesz w tych przeklętych czasach - powiedział prezes Rubikowi. - Twoje wiersze są naprawdę dobre, ale u nas ludzie nieprędko zaczną czytać poezję”.
Potem upadło pismo, do którego Rubik pisał eseje i krytyki literackie. Nikt nie potrzebował poetów.
Najbardziej dokuczało Rubikowi zimno. Od trzech miesięcy żył jak w lodówce. Zimno na dworze, zimno w biurze, zimno w domu, zimno w łóżku. Był to permanentny stan przenikliwego zimna, ciągłe skostnienie, lodowata sztywność, która krępowała ruchy, zniewalała umysł, zniechęcała do inicjatywy i działania. Rozgrzać się, spocić, oto o czym marzył Rubik przez cały dzień.
Po kolacji na piecyku-burżujce Rubik grzał wodę. Wyciągał spod kanapy miednicę i lał do niej wrzątek. Potem nachylony nad świecą moczył w ukropie nogi, jeszcze raz przeglądając książki, które wyznaczył na następny dzień do spalenia.
Kiedy woda zaczynała stygnąć, szybko wciągał na poparzone stopy wełniane skarpety i wślizgiwał się pod pierzynę. Wilgotna pościel oblepiała ciało, ale w nogi było mu ciepło. Co za rozkosz.
Rubik zdmuchiwał świeczkę.