Wołoka

Mariusz Wilk
Wołoka
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2005
    123 × 197
    252 strony
    ISBN 83-08-03774-7

Rosyjska Daleka Północ to fascynujące miejsce – surowe, nieprzystępne i tajemnicze. Od wieków zamieszkałe przez tych, którzy zostali zepchnięci na margines rosyjskiego społeczeństwa. Osiedlali się tam „raskolnicy”, wolni chłopi, więźniowie radzieckich łagrów. Zmieszani z ludnością autochtoniczną stworzyli jedyną w swoim rodzaju mieszankę etniczną.
Nowa książka Mariusza Wilka to przewodnik po tej groźnej, lecz pięknej krainie. Niezwykle żywa relacja, podbudowana odkrytymi przez autora źródłami historycznymi, które odkrywał i studiował w bibliotekach monastyrów. Autor Wołoki bez wahania porzucił Europę i wszelkie dobra konsumpcyjnej cywilizacji, zamieszkał na Sołowkach (Wyspy Sołowieckie), podróżuje i opisuje ten dziwny, niejednoznaczny i świat, jego prehistorię i najnowsze dzieje. Tytułowa Wołoka oznacza drogę, którą ciągnie się łodzie, gdy progi wodne nie pozwalają kontynuować podróży rzeką. Taka przeprawa nie jest łatwa – nogi ciągle grzęzną w błocie, a ciężar łodzi staje się nieznośny, ale nagrodą jest piękno północnej przyrody i ludzie, których spotykamy na swej drodze. A przede wszystkim sama podróż.
Wołoka jest opisem potrójnej podróży. Tylko pozornie tematem książki jest egzotyka rosyjskiej Dalekiej Północy, zwyczaje jej mieszkańców i budowa Kanału Białomorskiego. Poprzez opisanie białomorskiego Pomorza Mariusz Wilk opowiada o całej Rosji. Takiej, która nie tylko geograficznie, ale i mentalnie jest odległa od wielkomiejskiej Moskwy czy Petersburga. Wilk nieustannie podważa utarte stereotypy dotyczące Rosji i Rosjan. Wołoka to także podróż autora przez język. Próbuje pozbawić język polski nowoczesnych naleciałości, nadmiernej – jego zdaniem – ilości anglicyzmów i dzięki językowi rosyjskiemu przywrócić mu siłę i znacznie. Dzięki tej złożonej narracji czytelnik może poznać prawdziwe oblicze dzisiejszej Rosji.

-
Kacper Wańczyk

Fragment

Skrajni od lewej: Wasilicz z Kiriłłowną. O Wasiliczu już pisałem, więc tylko dodam, że ma twarz jak spod topora, krzaczaste brwi i życzliwe oczy. Nadieżda Kiriłłowna, moja przybrana mama, na zdjęciach zawsze wychodzi pulchna i rzeczywiście można się w nią zapaść - i z radości, i od łez. Kiriłłowna jest tłusta jak słonina z Chochlandii (tak się tutaj mówi o Ukrainie, skąd Kiriłłowna pochodzi) i zawsze serce ci namaści. Zwłaszcza w biedzie.
Obok nich siedzi Doncow z Michajłowną. Na zdjęciu wyglądają jak białe grzyby, czyli prawdziwki. Oboje po siedemdziesiątce, czerstwi, chociaż pobrużdżeni, on często na rybałkę chodzi — latem na dorsza daleko w morze, zimą na okonia spod lodu. Ona pyszne rybniki piecze i głosem wciąż jeszcze dźwięcznym śpiewa o Północy, o czajkach.
Spotkali się na Żyżginie, niewielkiej wyspie Morza Białego, on się tam urodził w rodzinie kułaka zesłanego z Ukrainy, ona w latach pięćdziesiątych za „długim rublem” tam pojechała. Stary Doncow nie znosi monachów (mówi o nich: darmozjady!), nie wierzy politykom (często się kłócą z Wasiliczem) i mnie objechał, gdyśmy się poznali. Rozeźlił go mój toast: „za życie”.
- Jak można pić za taką suczą mękę? - krzyczał.
Dalej Swieta, córa wybitnego profesora chińszczyzny z Leningradu, który przepadł bez wieści w łagrach pod koniec lat trzydziestych. Swietłana na Wyspy przyjechała wiele lat temu w nadziei, że może tu na jakiś ślad papy trafi, i choć niczego nie znalazła, została, bo takiej krasy w życiu nie widziała, ani na Uralu, gdzie żyła z mamą na zesłaniu, ani w Adżarii, dokąd ją wywiózł pierwszy mąż - wojskowy, który zawsze po pijaku puszczał w ruch kułaki, ani pod Kaługą, tam żyła z drugim mężem, inżynierem, nie przepuszczającym żadnej kiecce. Słowem, życie jej nie pieściło.
Na Wyspach Swieta dożywa lat sama. Latem pomaga w monastyrskiej kuchni, zimą wyszywa monachom, lubi też śpiewać w cerkiewnym chórze, ogląda brazylijskie seriale w TV (z czego się potem spowiada) i boi się biesa. Pożyczyła mi książkę Lichaczowa, w której słowo „bies”, ilekroć się pojawiało, było zamazane na czarno.
Zza Swiety wygląda Walentyna Wasiliewna. Babinka ledwie chodzi, ale za moroszką potrafi na Muksałmę poczłapać, tam na błotach zbiera jagody i z dwoma pełnymi wiadrami z powrotem: razem ponad czterdzieści wiorst... A wszystko po to, aby się cieszyć, że jej synkowie (obaj piją „na czarno”) na kaca moroszki pojedzą. Na barkach matki cztery krowy i dwa byki, całe gospodarstwo, a synalkowie jeno myślą, jak kartoszkę wynieść i sprzedać tak, by mać nie zauważyła. W zeszłym roku nawet siew sprzedali i Wasiliewna musiała u sąsiadów prosić.
Wasiliewna sama na rybałkę chodzi, by synkom świeżą rybką dogodzić i przy okazji nakarmić dziewięć kotów. W Boga nie wierzy, wierzy, że umrze, i że żadnego tam życia po życiu nie będzie. Żyje dla synów, acz to gawniuki, marzy o wnukach, a na choroby nie ma czasu... U Wasiliewny co jesień kupujemy byczy język.
Na wejście ikra z miętusa i braga z czagi.
Potem przyszła Nadieżda Aleksandrowna i siadła obok Walentyny Wasiliewny. Nadieżda Aleksandrowna ostała się starą panną z pretensjami. Córka dyrygentki petersburskiej filharmonii, zesłanej w 1934 roku na Biełomorkanał i tam dyrygującej orkiestrą łagrową, której pierwsze skrzypce grały kiedyś w Wiedniu. W muzeum Miedgory widziałem afisze jej koncertów.
Nadieżda Aleksandrowna urodziła się na Wyspach, mamcia uczyła tu śpiewu w szkole - do samej śmierci (dwa lata temu), tu się wychowała pod srogim okiem mamci i tu pracuje w bibliotece, stąd nasza bliskość. Aleksandrowna raz na dwa lata jeździ w Piter, aby - jak mawia - nadrobić zaległości: koncerty, wystawy... Potem wraca i opowiada, opowiada, opowiada. Słowem, żyje tym, co widziała nad Mewą, do następnego wyjazdu.
Pinagorski przyszedł z żoną, myszką w jego łapach. Pinagor jest jednym z „zaszytych” deputowanych naszej Dumy Sołowieckiej, inaczej mówiąc: siedzi na torpedzie. I jak każdy „zaszyty” alkoholik jest zły jak czort, zwłaszcza gdy przy nim piją... Niedawno Pinagor zbierał podpisy pod petycją o likwidację samorządu terytorialnego na Wyspach, bo lepiej być sytym i nie myśleć, niż główkować o pustym brzuchu. Pinagor na polityce zęby zjadł.
Na chwilę zajrzał też Fokin. Na chwilę, bo spieszył się, jak zwykle. Fokin jest trudogolikiem, to znaczy człekiem uzależnionym od pracy. Raz go poprosiłem, by starą szopę rozebrał, i obiecałem zapłatę za godziny, to sobie zegarek na szyi przywiązał na gumce i jął deski łamać. Po kwadransie żyły mu na szyi spęczniały, twarz zsiniała, oczy z orbit lazły i gdyby nie Weronika, to kto wie, może by się i zadusił.
Foka jest chytry. Kiedyś przybiegł do mnie z nowiną, że się będzie chrzcił. Zrobiłem kwadratowe oczy.
- Po co, Foka?
- Bo za darmo.
Z zaproszonych tylko Brat nie przyszedł. Brat teraz krzyże rżnie za dolary dla nowych Ruskich, bo trzeba wam wiedzieć, że wśród nowych Ruskich nowa moda panuje, moda na krzyże pokłonne w ogrodzie. Kto większy postawi, ten bardziej się liczy. Brat się ceni, za dziesięciometrowy krzyż bierze piętnaście tysięcy baksów, w przeliczeniu: tysiąc dolarów za metr bieżący krzyża. Nie dziw, że na bankiety nie ma czasu.
Pietrowicza nie zapraszałem, Pietrowicz od wielu dni tkwi w zapoju po uszy. Nikołaszyn może by sam przyszedł, bieda w tym, że Nikołaszyn z zapoja nie wyszedł, a raczej wyszedł, tyle że na tamtą stronę... Morozow pewnie też by wpadł, gdyby nie to, że na Sylwestra „spadł z torpedy" i serce mu nie wydzierżało. Teraz na sołowieckim smentarzu leżą obok siebie i czekają na Pietrowicza, tak  jak za życia pili na trzech.
Na koniec pojawiła się Szabunia, nasza nowa Głowa Administracji. Szabunia jest Głową od dwóch lat, wcześniej uczyła geografii w szkole. Ze względu na tuszę za stołem zawsze zajmuje najwięcej miejsca i uwodzi cudzych mężów (własny ją rzucił) na złość żonom.
- Znowu się poprawiłaś — przywitał ją Pinagor.
- Mój drogi, już caryca Katarzyna Wielka zauważyła, że u kobiety liczy się wzrost, waga i biust.
Na stole tymczasem pojawił się śledź „pod szubą”, uszka z ukraińską słoninką i miętus zapiekany z czosnkiem, i wódka, i wino - co kto lubi... Tudzież chruszcze solone, kapusta po prowansalsku i po azerbejdżańsku (na ostro), i byczy język ze śliwkami. Na deser ser z oliwkami i kwas chlebowy oraz konfitury z żurawiny i czaj.
Za stołem się spierali, co szybciej się starzeje: ciało czy duch?
Później zaczęli śpiewać.