Wszystkie języki świata

Zbigniew Mentzel
Wszystkie języki świata
  • Znak
    Kraków 2005
    143×204
    176 stron
    ISBN 83-240-0560-9

Niewielka ale, by tak rzec, pojemna powieść Mentzla jest historią wielowarstwową. Jej akcja zamyka się w jednym dniu (którego krańce wyznacza sen bohatera), lecz dygresje rozgałęziają ją w wielu kierunkach – zarówno w przestrzeni, jak i czasie. Sen otwierający powieść jest złowróżbny, a zarazem wiele mówiący o zasadniczej kwestii zaprzątającej umysł bohatera powieści. Otóż śni się mu góra usypana z ludzkich, żywych języków – strzępów mięsa poruszających się konwulsyjnie, choć bezdźwięcznie. To właśnie język, mowa, komunikacja, a właściwie jej brak, stanowią oś myślowej konstrukcji powieści Mentzla. Bohater, noszący to samo imię co autor i będący – jak można przypuszczać – jego porte-parole, cierpi z powodu niemożności wypowiedzenia się, ujawniającej się na kilku poziomach. Po pierwsze Hintz to niedoszły poliglota, podejmujący bezustanne, desperackie i zawsze kończące się fiaskiem próby nabycia biegłości w mówieniu obcymi językami, po drugie – wciąż (i od nowa) przystępuje do pisania powieści, nie mogąc wyjść poza pierwszych kilka słów, po trzecie zaś – i najważniejsze – nie umie wydobyć na światło dzienne własnej, prywatnej, osobistej historii, która, z jednej strony, domaga się wypowiedzenia, z drugiej – wymyka się słowom, leży na dnie serca i umysłu na wzór (czy raczej jako pierwowzór) owej nigdy nie zaczętej powieści Zbigniewa Hintza. Niby mimochodem stara się Mentzel zdiagnozować ów stan permanentnej niemoty swego bohatera. Szkicuje jego rodzinną historię, pokazuje relacje z bliskimi, rekonstruuje peregrynacje edukacyjnych i duchowe. Z pozoru banalna historia egzystencji człowieka urodzonego w latach pięćdziesiątych w Polsce, w tzw. inteligenckiej rodzinie, wzrastającego w warunkach realnego socjalizmu, okazuje się wypadkową losów – a także lęków i ograniczeń – pokolenia urodzonych po wojnie, zarówno w latach 50. jak i 60. ubiegłego (sic!) wieku. Pokolenia zawieszonych pomiędzy nędzą ustroju, odbierającego ich rodzicom prawo do godnej egzystencji a oczekiwaniami tychże, sprawiającymi, iż zamiast żyć swoje własne życie, wycofują się na emigrację wewnętrzną i tam czekają, aż dzieci będą żyć za nich. Te zaś, uginając się pod ciężarem oczekiwań i poczucia winy, sparaliżowane odpowiedzialnością za dodatni bilans losów swych bliskich, zakleszczone między świadomością beznadziejności jakichkolwiek prób odmiany rzeczywistości a chęcią (przynajmniej pozorną) zmiany biegu wydarzeń, w rezultacie trwają w bezruchu, symbolizowanym w powieści przez zegar, który chodzi stojąc i stosy pustych kalendarzy zalegających szuflady i skrzynie w mieszkaniu Hintza. Tworzywem opowieści Mentzla jest codzienność, błahe z pozoru zdarzenia, drobiazgi, migawki z przeszłości, powolnie przepływające chwile obecne. Wszystko podane jest ze swoistą ironią, ale i uczuciem, z taktem i wyrozumiałością dla słabości i uwikłań bliskich. Źródłem owego zrozumienia jest vita contemplativa, w której zanurzony jest bohater – w takiej właśnie, bo najbezpieczniejszej. Fiasko wspomnianych już, desperackich prób nabrania biegłości w mówieniu językami, wiąże się nierozdzielnie z przekonaniem o niemożności wypowiedzenia się we własnym języku i jednocześnie z poczuciem, iż takie wypowiedzenie jest konieczne dla określenia własnej tożsamości i nadania sensu egzystencji. Spróbujmy opowiedzieć siebie w swoim własnym języku – napominał Rorty – zanim inni uczynią to za nas. Bohaterowi powieści Mentzla przyświeca więc niejako myśl Rorty’ego, a także czuwa nad nim duch filozofów-narratywistów, którzy, jak Ricoeur, uważają, iż egzystencja tylko jako opowiedziana historia nabiera sensu, kształtu i wyrazu. Książka Mentzla jest też przewrotna, ze swym dającym nadzieję zakończeniem (bohater śni, że wreszcie przemówił) i – przede wszystkim – poprzez synchroniczną konstrukcję, która sprawia, iż niemożliwa powieść głównego bohatera powstaje na naszych oczach.

- Dorota Krawczyńska

Fragment

Przebudzenie

Sen był straszny.
Z początku nie potrafiłem się w nim rozeznać, nie wiedziałem, co właściwie śnię, czego się boję, czym są te kawały surowego mięsa, które zbite na krwawą miazgę ciągle jeszcze dają oznaki życia.
Dopiero po chwili, kiedy obraz wyłoniony z zamętu przybliżył się, zaostrzył, ujrzałem niezliczone mnóstwo ludzkich języków wydartych żywym lub umarłym, języków, z których czyjeś niewidzialne ręce wznosiły wielką budowlę w kształcie piramidy, a może sięgający nieba stos ofiarny.
Patrzyłem z przerażeniem, jak języków przybywa: brunatnych, sinych, prawie czarnych, i zdawało mi się, że ktoś nadal nimi włada, bo nawet wtedy, kiedy sczepiały się ze sobą, skawalały, tworzyły bezkształtną masę służącą za budulec, nawet wtedy języki ani na chwilę nie zastygały w bezruchu, tylko nieustannie poruszały się w gorączkowych paroksyzmach, jakby cala okrutnie okaleczona ludzkość, jakby cały świat - ten świat - wzywał pomocy?... pytał o coś?... przeklinał?... modlił się?... błagał o zmiłowanie?
Ciekawe, że mimo całego tego okropieństwa nie przebudziłem się z okrzykiem trwogi, spłoszony, mokry od śmiertelnego potu. Po prostu otworzyłem oczy i leżałem w pościeli; oddech miałem głęboki, równy, wrodzona wada serca nie dawała o sobie znać; spokojne, bardzo spokojne to było przebudzenie.
Znajdowałem się w Warszawie, w moim rodzinnym mieście, w mieszkaniu na pierwszym piętrze niewysokiego domu przy ulicy Henryka Siemiradzkiego, artysty, który sto lat wcześniej malował symboliczne sceny na ogromnym płótnie - największej kurtynie teatralnej w Europie.
Zimowy dzień ociągał się ze wstawaniem, panowały ciemności i tylko z pamięci odczytywać mogłem tytuły książek, które w pokoju otaczały mnie ze wszystkich stron. Uniosłem głowę, aby sprawdzić czas na wieży marki Sony. Cyfrowy zegar pokazywał szóstą zero zero, jednak była piąta. Po zmianie czasu nie przestawiłem jeszcze cyfr i zegar spieszył o godzinę. Przez chwilę próbowałem sobie przypomnieć, jak nazywa się czas zimowy, na który jesienią przeszliśmy z letniego: wschodnio-, zachodnio- czy środkowoeuropejski? Wydawało mi się, że wschodnio-, ale mogłem się mylić. Czyżby jednak zachodnio-? Zresztą, wszystko jedno.
Odkąd Duch zstąpił i odnowił oblicze ziemi - tej ziemi -odkąd komuniści stracili władzę, odkąd runęły mury i rozpadło się imperium, ogłaszane co roku zmiany czasu nie miały już dla mnie znaczeń, które kiedyś nadawałem im z dziecinną naiwnością.
Była piąta. Piąta zero trzy.
Wiedziałem, że już niedługo, jak tylko skończy się ostatnia godzina nocnej ciszy, pod starą kamienicą naprzeciwko, gdzie na przestronnym strychu budowano mansardy dla pracowników amerykańskiego banku, ruszy z hałasem betoniarka, a winda towarowa, zgrzytając w stalowym szybie, jeździć zacznie tam i z powrotem przywoływana okrzykami:
Góraa!
Dóół!
Góraa!
Dóół!
Góraaa!
Dóóół!
Przynajmniej przez dwie godziny powinienem jeszcze spać, ale nic byłem senny. Leżałem z otwartymi oczami, słuchałem, jak bije we mnie serce, po raz pierwszy od dawna nie wyczuwając nawet najmniejszych zaburzeń jego rytmu, i myślałem, co przyniesie mi dzień, który właśnie się zaczyna.
Tego dnia mój ojciec w osiemdziesiątym drugim roku życia ostatni raz miał pójść do pracy w aptece miejskiego szpitala zakaźnego, a ja przyrzekłem, że pomogę mu zawieźć tort i ciastka dla uczestników skromnej uroczystości pożegnalnej.
Wychowanek Korpusu Kadetów, podporucznik piechoty, we wrześniu trzydziestego dziewiątego wzięty przez Niemców do niewoli, po pięciu latach obozu w Woldenbergu wrócił do Polski - innej Polski, pożegnał się z mundurem, ożenił, został farmaceutą, zaczął pracować w aptece swego teścia, a kiedy wkrótce potem komuniści zabrali apteki prywatnym właścicielom, poszedł na państwową posadę i próbował jakoś wiązać koniec z końcem.
W miejskim szpitalu zakaźnym, który przed wojną należał do rodziny Baumanów, ojciec nie opuścił ani jednego dnia pracy i ani razu się nie spóźnił. Pracował. Pracował najlepiej, jak umiał, a po dwudziestu pięciu latach na Święto Pracy - Pierwszego Maja - dostał Brązowy Krzyż Zasługi i teczkę z imitacji świńskiej skóry. Gazeta Związku Zawodowego Pracowników Służby Zdrowia zamieściła o nim z tej okazji artykuł ze zdjęciem.
Kiedy matka wzięła gazetę do ręki i zobaczyła, jak zatytułowany jest tekst o ojcu, wybuchnęła histerycznym śmiechem.
Tytuł: Od szabelki do pigułki, mnie także wydał się z początku bardzo śmieszny.
-No nie... Coś podobnego... Od szabelki do pigułki... -matka z niedowierzaniem kręciła głową i śmiejąc się przez łzy,czytała artykuł na głos.

„Być może i w jego plecaku drzemała buława marszałkowska, ale Rudolf Hintz znalazł się na innym odpowiedzialnym stanowisku w służbie dla ojczyzny, Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej".

Doczytała do końca. Zamarła na moment z otwartymi ustami, jakby w pół słowa oniemiała, a potem z furią cisnęła gazetę pod nogi i zaczęła ją deptać na podłodze. Zobaczyłem, jak zdjęcie ojca ubranego w biały fartuch rozrywa się na kawałki.
-Dranie! Dranie! -gazeta darła się na strzępy. -Ja takich idiotyzmów w życiu nie czytałam. Dlaczego nie napisali, ile on zarabia i jak ma utrzymywać za to rodzinę?
Pomyślałem, że w naszym domu stanie się za chwilę coś strasznego. Ojciec patrzył na matkę, zaciskając usta, i próbował złożyć porwaną gazetę.
Odkąd pamiętam, rodzice nie żyli ze sobą w zgodzie.