Harar

Radosław Kobierski
Harar
  • W.A.B.
    Warszawa 2005
    125 x 195
    256 stron
    ISBN 83-7414-031-3

Harar składa się w wielu retrospektywnych obrazów, przywoływanych przez narratora-bohatera w celach samopoznawczych i autoterapeutycznych. Dojrzały, lecz nadal młody mężczyzna, mówi – choć nie wprost – o swojej odmienności i nadwrażliwości. Powiadamia o różnych, na ogół urojonych, lękach, które paraliżowały go od wczesnego dzieciństwa, o zranieniach duszy i ciała, jakich doświadczył. Bohater zdaje się pielęgnować w sobie – przynajmniej do pewnego mementu – rozmaite psychiczne obsesje; jest kolekcjonerem złych wspomnień. Jak się okazuje, źródłem cierpień było wszystko (szkoła, dom, podwórko) i każdy (nauczyciele, rodzina, towarzysze dziecięcych zabaw). Owe wspomnienia naznaczone bólem i smutkiem układają się w melancholijną opowieść o społecznym niedostosowaniu, o rozpadzie osobowości. Ta mroczna, depresyjna opowieść ma jednak swój kontrapunkt. Zrazu migawkowo, a pod koniec powieści całkiem jawnie, pojawia się wątek miłosny. Okazuje się, że nadwrażliwiec i neurotyk z kart Hararu został ocalony przez kobietę, w pełni – jak należy rozumieć – uleczony dzięki spełnionej miłości i ojcostwu. Zaletą powieści Kobierskiego jest nienaganny styl, językowa maestria i poetycki wdzięk. Harar to niezwykle sugestywna i nastrojowa powieść, bez wątpienia wyróżniająca się na tle innych premier literackich ostatnich lat.

- Dariusz Nowacki

Radosław Kobierski (ur. 1971), poeta i prozaik, autor kilku tomów wierszy i opowiadań. Harar (2005) jest jego pierwszą powieścią.

Fragment

Z początkiem maja wysłano mnie na leczenie do sanatorium. Zostałem tam skierowany przez kilku specjalistów, powołanych właśnie do tego, żeby orzekać, czy ktoś potrafi decydować o sobie w sposób rzetelny i konstruktywny; społeczeństwo w miarę zdrowe, czyli lekarz sądowy, psycholog, kadrowy, kieruje mnie na urlop zdrowotny, pytam się, skąd ta pewność, że to ja jestem niezdrowy, i słyszę: trzeba najpierw ustalić, według jakich kryteriów będziemy oceniać stan zdrowia lub choroby, a potem czy godzę się z tym, że prawdą obiektywną jest to, co za taką prawdę uważa większość. Odpowiadam zatem, że
gdyby zawsze stosowano tę metodę razem z jej wszystkimi konsekwencjami, to oni nie byliby tym, kim są, albo nadawaliby się do życia w buszu.
W gruncie rzeczy jednak wiedziałem, że nie mam wyjścia, decydowały się losy mojej pracy w bibliotece, na żadne inne zajęcie nie mogłem liczyć. Nawet gdybym miał jakieś specjalne kwalifikacje, znalezienie pracy graniczyło z cudem.
Zostałem skierowany, co mimo narastającego we mnie buntu było rzeczą naturalną w moim życiu, ponurą konsekwencją całego ciągu życiowych skierowań, bo jeśli pewne decyzje podejmowałem sam, przeważnie u ich podstawy leżały decyzje innych, musiałem godzić w sobie dwa różne pragnienia, własne pragnienie bycia sobą i czyjeś pragnienie, żebym sprostał nadziejom, jakie ten ktoś we mnie pokładał. Stałem na progu biblioteki, mojego maleńkiego świata, którego nie byłem w stanie utrzymać. Niczego nie potrafiłem utrzymać dłużej niż chwilę, prędzej czy później traciłem wszystko, do czego się przywiązywałem, może właśnie owo nadmierne przywiązanie, sposób, w jaki okazywałem wszelkie związane z tym uczucia, sprawiało, że świat wymykał mi się nieustannie, pozostawiając mnie na środku drogi z całym bagażem niespożytej dotąd naiwności, ze wszystkimi rzeczami, które nagle zostały mi oddane.
To było, teraz tak myślę, za ciężkie, zbyt zachłanne. Osaczałem swoją osobą, angażowałem się zawsze ponad miarę i ponad miarę oczekiwałem, a nikt w końcu na dłuższą metę nie jest w stanie znieść sytuacji, w której musi ponad miarę obdarowywać, nawet jeśli jest to tylko odpowiedź na czyjeś ofiarowanie. Im bardziej więc zauważałem oddalanie się tych, których obdarowywałem, tym bardziej ich sobą przygniatałem w obawie przed utratą, a im bardziej przygniatałem, tym bardziej i ostatecznie traciłem, jakbym bycie własną ofiarą, ofiarą swoich emocji, miał głęboko zakodowane, jak gdybym podświadomie potrzebował tej utraty, by poczuć się znów ofiarą i móc głośno ogłaszać swoją samotność.
Stałem na progu biblioteki, która wydawała mi się jeszcze mniejsza, niż była w istocie, miałem wrażenie, że oglądam ją z bardzo daleka, że muszę przebyć długą drogę, żeby do niej dotrzeć, podczas gdy ona ciągle się oddala, pogłębia dystans, wielkie regały z woluminami stają się zbiorami punktów, które dążą do jakiegoś celu, zbiegu wszystkich prostych, tam gdzie się kończy horyzont.
Jeszcze tego samego dnia spakowałem się i pojechałem na dworzec. Nie miałem kogo powiadomić o wyjeździe, telegramy nie docierały już do mojego świata, automat w telefonie informował, że nie może zrealizować takiego  połączenia,  zdawałem sobie sprawę, że to tylko złudzenie, jedno z licznych przywidzeń, że cały świat jest tam, gdzie być powinien, na swoim miejscu, tylko ja się oddalam.
W duchu przecież godziłem się z tymi, którzy twierdzili, że nie mam racji, nie tylko dla świętego spokoju, bo w gruncie rzeczy nigdy go nie miałem, nie mogłem wmawiać ludziom, dla których sens i porządek był podstawą wszystkiego, że tego sensu i porządku nie ma, bo na każdym kroku przynajmniej niektórzy z nich dawali świadectwo tego, że sens jest, a przynajmniej można go odnaleźć.
Nie mogłem z mojego punktu widzenia, to jest z pozycji biurka i okna, w które się całymi dniami wpatrywałem, dostrzec szerokiej perspektywy ich widzenia i doświadczania, natomiast oni nie byli w stanie przekonać mnie, że życie nie może się ograniczać do ograniczania właśnie, do zamykania się w coraz ciaśniejszej przestrzeni, w nadziei że przyniesie to upragniony spokój. Wiedziałem, że nie ma nic bardziej niebezpiecznego niż tak pojęte bezpieczeństwo, nic bardziej niepokojącego niż taki spokój.
A jednak nie mogłem powstrzymać tego ruchu, który mnie oddalał, usuwał na bezpieczną odległość, aż do miejsca, gdzie wszystko jest dokładnie poznane i opisane, gdzie nie może się zdarzyć nic ponad to, czego się oczekuje.
Tak naprawdę potrzebowałem ograniczenia, mimo że na zewnątrz demonstrowałem coś przeciwnego. Nie znosiłem ciasnoty, ciągle zmieniałem miejsca, nieustannie zmieniałem ludzi, nie mogłem usiedzieć, ustać przez chwilę w jednej pozycji, nie znosiłem miast z ich zaplanowaną skończonością, przewidywalnością, budynków zasłaniających horyzont, uwielbiałem zaś otwarte przestrzenie, wielkie, bezkresne niziny, były dla mnie rodzajem tęsknoty, odzwierciedleniem wewnętrznego pragnienia otwartości. Ale nawet te przestrzenie po kilku chwilach stawały się czymś ograniczone, wyruszałem więc gdzie indziej, wszędzie niosąc ze sobą, czy za sobą wlokąc, wewnętrzny przymus bycia pod nieustannym nadzorem.