Jadąc do Babadag

Andrzej Stasiuk
Jadąc do Babadag
  • Czarne
    Wołowiec 2004
    126 x 195
    324 strony
    ISBN 83-89755-01-7

Najnowsza książka Andrzeja Stasiuka rozpoczyna przypomnienie dawnych wędrówek autora po Polsce , a kończy opis podróż na głuchą węgierską prowincję, w poszukiwaniu klimatów znanych ze zdjęć André Kertésza. Jadąc do Babadag to dziennik podróży po Słowacji, Węgrzech i Rumunii, czyli – jak pisze prowokacyjnie, po „krajach nieoczywistych”, „krajach pomocniczych”, zamieszkałych przez „narody drugiego rzutu”, które jednak nazywa „swoją Europą” i przeciwstawia – w intencji – zasobnemu i zadowolonemu z siebie Zachodowi, jak powiedział w jednym z niedawno udzielonych wywiadów. „Cudownie durna fikcja tych krain” nie jest znowu czymś tak bardzo różnym od rzeczywistości Europy ekscytującej swoich dalekich, biednych krewnych ― Europy równie problematycznej, tyle, że silniej i efektowniej wymyślonej i podanej do wierzenia. Stasiuka fascynuje cienka granica jaka dzieli primordialność od metafizyki, i tę granicę śledzi w swojej książce. Jego znakomita literacko proza, w której narracja reportażowa miesza się z eseistycznym dywagowaniem, jest jednak przede wszystkim traktatem o dostępnych nam formach istnienia świata. Rzeczywistość u Stasiuka przeżarta jest przez nieoczywistość. To retorta nieustannie dokonującej się przemiany, przesłoniętej mozołem istnienia wpisanym również w krajobraz, i raz po raz wybuchającej „paroksyzmem i nudą rządzącą na przemian w tych stronach”. Pisanie Stasiuka o tej części Europy, zdaje się być dowodem na istnienie sprawiedliwości, przynajmniej tej poetyckiej.

-
Marek Zaleski

"Pisarstwo Stasiuka coraz mocniej przechyla się w stronę form afabularnych, w których główną rolę odgrywa opis. Nie ma nic w tym złego, bo przecież autor Jadąc do Babadag to prawdziwy mistrz opisu"
- Robert Ostaszewski, Tygodnik Powszechny

Fragment

Jeśli jutro spadnie deszcz, będę próbował odtworzyć tamten dzień, gdy w małej mieścinie wchodziliśmy na prom, który miał nas przewieźć na drugą stronę jeziora. Fale szarego dżdżu przetaczały się po tafli wody. Przystań była wyludniona. Bure trzciny, samotny sprzedawca w sklepiku z pamiątkami i wypłowiałe reklamy lodów z jakiegoś zmierzchłego sezonu. Trudno było uwierzyć, ze tu w ogóle bywa ciepło. Wyszmelcowane kombinezony maszynistów nasiąkały deszczem. Tysięczny raz zwalniali cumy, podnosili ruchoma burtę, zapuszczali dudniącego diesla i żadnej ucieczki, bo wszystkie dopływy mogły unieść najwyżej dziecinną łódeczkę z kory albo tratewkę z patyków. Żeby rozproszyć melancholie śródlądowej żeglugi, próbowałem sobie wyobrazić, że oto kończy się długi transoceaniczny rejs i dopływamy właśnie do brzegów lądu znanego jedynie z mglistych opowieści. Gdzieś tutaj miały przebiegać granice realnego świata. Dalej wszystko przypominało rzeczy znane skądinąd i jak najbardziej prawdziwe, jednak jedynie rdzenni mieszkańcy byli wstanie uwierzyć, że to wszystko istnieje naprawdę, że nie jest odbiciem, cieniem, fatamorganą albo parodią rzeczywistych ziem. Krople spadały na pokład, na twarzach załogi nuda szła o lepsze z obojętnością, a ja próbowałem sobie wyobrazić, że wchodzimy właśnie w przesmyk, w którym przestrzeń traci ciągłość, traci dotychczasowy sens, tak jak materia zmienia stan skupienia. Jednym słowem stałem oparty o reling, paliłem papierosa i próbowałem udawać przybysza, który zapuścił się w problematyczne kraje bez przewodnika, bez uprzedzeń i bez aroganckiej wiedzy. Był koniec kwietnia, ale powietrze, pejzaż i w ogóle cały ten dzień wypełniała jesień. Wilgoć snuła się jak szary dym. Po drodze widzieliśmy zamknięte na głucho domy. I potem, już na drugim brzegu, wciąż z burym lustrem wód w zasięgu wzroku, jechaliśmy prze kraj, którego naturalnym stanem było senne, a może letargiczne oczekiwanie. Cała okolica wyglądała na nieczynną. To wszystko miało się zmienić za miesiąc, może już za tydzień, w sobotę, w niedziele, gdy wyjdzie słońce, bo w końcu był to jednak kurort, wczasowisko, które teraz oczekiwało w półśnie, na zwolnionym oddechu i w oszczędności energii, półżywe. Trwało, żeby przetrwać, i tylko przybysze nadawali mu sens polegający na krótkotrwałej frenezji, na nieumiarkowanym trwonieniu sił, na karnawałowym marnotrawstwie, i potem znów nadchodziła nieruchomość, i życie powracało do starych sprawdzonych form, które miały je doprowadzić do w miarę bezbolesnego końca. A potem porzuciliśmy jezioro i odszukaliśmy inne, znacznie mniejsze, słynne z tego, że nie zamarza nawet w najsroższe zimy i cuchnie tak, jakby zasilały je podziemne wody piekieł. Wciąż padał deszcz. Drewniane pawilony i pomosty wokół gęstej, nieprzejrzystej toni butwiały od ciepła i wilgoci. Na powierzchni unosiły się białe ciała starców w dziecinnych kołach ratunkowych. Patrzyło się na to wszystko z góry, spacerując po deskach. To byli w większości niemieccy albo austriaccy emeryci, ale ktoś mówił też po słowacku i ktoś po węgiersku. W budynkach na palach wisiał mokry upal. Było ciasno od ciał i biała skóra oślepiała jak jaskrawe światło. Nadzy, stłoczeni w zamknięciu, ludzie zawsze wyglądają na nieżywych. Nawet gdy się poruszają. Było cos ponurego w tym obrazie, Odór bagna, zgnilizny i siarki mieszał się z wonią parujących ciał. Byłem tam parę chwil zaraz wyszedłem. Teraz to wspominam jak długie przywidzenie, albo rzecz, o której się czytało. Wszystko więc wskazuje na to, że nic nie zostaje, że Ubla, Heviz, Lendava, Badabag, Leskovik i co tam jeszcze nie pozostawiają śladów na tyle wyraźnych, by uwierzyć, że ilość w końcu przejdzie w jakość, że jedno się zaziębi z drugim i niczym cudowna maszyneria zacznie wytwarzać coś w rodzaju sensu.
Dwa dni temu znowu byłem w Gönc. Cukiernia w kolorze lilaróż wyglądała na nieczynną. Na drzwiach wisiała kłódka, a przez zakurzone szyby mogłem dostrzec czarne, puste, bezczynne brytfanny. Za każdym razem, gdy tu jestem, wszystko wydaje się mniejsze. Któregoś dnia przyjadę i nie zastane Gönc. Miasteczko zniknie z mapy i tylko ja będę wiedział, jak wyglądało, i tylko ja zapamiętam mężczyznę w kraciastym kapeluszu i z wędką, czekającego na żółty autobus jadący na druga stronę zielonych wzgórz Zemplén. To samo dotyczy wszystkich innych miejsc. Zużywają się od obecności. Tak jakbym w pamięci unosił ich zarysy, pozostawiając blaknące kolory i tlejące na brzegach kształty. Piłem kawę, patrzyłem na ulice i czułem, jak ze wszystkich stron, z powietrza, z murów, z bruku z otchłani minionego i z przyszłości, sączy się szara nicość. Obok stolika przeszedł mężczyzna w zielonej koszuli. Widziałem jego plecy. Stary materiał był przetarty i ktoś troskliwie białą nitką próbował uratować nadwątlone miejsca.
Była niedziela i do Tornyosnemeti nie spotkałem żadnego auta. Potem tez nic: trzydzieści kilometrów w zupełnej samotności i dopiero na przedmieściach Koszyc pojedyncze samochody toczyły się w absurdalnej pustce wielopasmówki. Wybrałem drogę numer 547 i skrajem Rudohoria ruszyłem na północny zachód. Jak zwykle wypatrywałem Cyganów. Wyglądałem ich rozpaczliwie żywej obecności w monotonnym i sennym pejzażu słowackich miasteczek i wsi. Bo to wygląda tak, jakby wszyscy coś przeczekiwali zmęczeni codziennością, jakby odprawiali jakąś niewyraźna sjestę klimatu umiarkowanego, ukryci za swoimi firankami, za krzewami pnących róż w ogródkach, za szybami przemykających chyłkiem aut, w dusznych wnętrzach szarych domów, i tylko oni, ciemnoskórzy i wykleci, oddawali się życiu jako takiemu, korzystając z tego świata i ze swoich pięciu minut na nim jak ze szczęśliwej wygranej. No więc zawsze wypatruję rudych, rdzewiejących dachów i błękitnych smug sosnowego dymu. I skrawków wydeptanej nagiej gliny, na której nigdy nie zdąży nic wyrosnąć, ponieważ ich żywiołem jest nieustanny ruch, dreptanie, wieczne odwiedziny, nieskończone party pod gołym niebem, opowieści z ust do ust i zaglądanie we wszystkie kąty, bo ziemia i świat są niczyje, i nikt nie ma prawa zagarniać ich dla siebie.