Heroina

Tomasz Piątek
Heroina
  • Czarne
    Wołowiec 2002
    125 x 195
    116 stron
    ISBN 83-87391-52-2

Jeśli Heroina Tomasza Piątka nie narobi zamieszania (czy wręcz nie wywołała skandalu), to znaczy, że naprawdę trudno jest już nami wstrząsnąć. Literacki debiut młodego lingwisty (wydany przez innego pisarza, Andrzeja Stasiuka) to poruszające studium duszy (i umysłu) narkomana, inne od wszystkiego, co do tej pory na ten temat napisano. Autor - przed laty uzależniony od heroiny - nie funduje nam kolejnych szczegółowych opisów mąk narkotycznego głodu. Wręcz przeciwnie - z podziwu godną szczerością opowiada o stanach nieosiągalnej w zwyczajnym świecie... szczęśliwości, jaką zapewnia porcja hery. Do pewnego momentu można wręcz odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z apoteozą narkomanii, tak często padają tu słowa "rozkosz", "słodycz" czy "absolutne szczęście". Świat na haju jest kolorowy i radosny. Czyżby więc autor uświadamiał nam, ile tracimy, wolni od nałogu? Przeciwnie. Demaskuje ułudę rzekomego raju, próbując przybliżyć powody, dla których ucieczka od narkotyków udaje się tak niewielu. "Nie mów: ja ćpam. Bo tam, gdzie jest ćpam, nie ma ja. Ćpanie zabija człowieka. To, co ćpa, to już nie jestem ja" - mówi jeden z bohaterów, znany prezenter telewizyjny, który przyznał się kiedyś do uzależnienia od narkotyków. Opowieść Piątka nie ma happy endu, choć jego historia napawa optymizmem. Jak wszyscy, którzy zawarli bliższą znajomość z heroiną, autor doskonale wie, że bronić się będzie musiał przed nią już przez resztę życia.

-
Justyna Kobus


Fragment

— Kładź się — mówi Robert w garniturze, otwierając tylne drzwi samochodu. — Tu na podłodze, przed siedzeniami.
— Robert, ale po co?
Łapie mnie za ucho i wykręca.
Na szczęście, coś, co nie czuje bólu i niczym się nie przejmuje, zostało jeszcze z wczorajszego jarania. Naprawdę trzeba przejść kurewskie rzeczy, żeby umieć znaleźć w sobie coś takiego. Kładę się na podłodze.
— Jak posłuchasz, to się dowiesz — dodaje Robert, przykrywając mnie starymi ręcznikami i jakimiś przedmiotami. — Masz się nie ruszać i być cicho. Tylko słuchaj wszystkiego, co się będzie działo.
Potem samochód zaczyna okropnie podskakiwać na wertepach. Jak się leży, to on już zupełnie nie jest bezwstrząsowo-terenowy. Ale w tej ciemności nie jest strasznie źle. Zamykam oczy, żeby skupić się na tym, co jest jeszcze we mnie ujarane. I to się udaje, bo znowu robi mi się lekko i dobrze, tylko zupełnie przestaje mnie obchodzić, co się dzieje. Jak to po braunie, szukam tylko kogoś równie miłego i dobrego, chociaż oczywiście nie znajdę nikogo pod szmatami w samochodzie. I mam tak, dopóki samochód nie zatrzymuje się nagle.
— Dzień dobry — słyszę nagle serdeczny, ciepły głos Roberta, uprzejmego i życzliwego człowieka biznesu.
— Dzień dobry — odpowiada zażenowany, lekko zachrypnięty czterdziestolatek.
— Zapraszam do samochodu — mówi Robert ciszej. — Wie pan, lepiej, żeby transakcja była jak najmniej widoczna.
Facet waha się chyba. Boi się. I wie, że jak nie wsiądzie, nie dostanie heroiny.
— A może chce pan od razu zapalić? — pyta Robert.— Bo mam folię.
Drzwi trzaskają, samochód kołysze się. Facet, który właśnie wsiada, chyba ostro spryskał sobie dezodorantem stopy, bo zapach perfumy czuć nawet przez te ręczniki. Musi się nieźle pocić.
— Jak pan myśli, ile by mi wystarczyło na weekend? — pyta wreszcie.
— A pierwszy raz zapalił pan dwa tygodnie temu, prawda?
— Tak.
— O, to połówka powinna w zupełności wystarczyć. Ale widzę, że pan jest stremowany. Proszę się nie bać. Nikt nas tu nie namierzy. Mamy swoje sposoby na to, żeby zapewnić klientom całkowite bezpieczeństwo.
Milczenie.
— Denerwuje się pan? Ma pan wyrzuty sumienia?
Milczenie.
— Pan już wie, że to nie jest haszysz?
— Tak — facet prawie stęka.
— Boi się pan. Myśli pan, że zażywa pan najsilniejszy narkotyk, jaki jest na rynku. Powinien pan rzucić to natychmiast. Zerwać z tym. Dlaczego pan tego nie robi?
— Myślałem, że pan to sprzedaje — mówi facet, ostro zmieszany.
— Spokojnie, zaraz panu dam. Ale czy mogę pana prosić, żeby pan mi odpowiedział na pytanie? Dlaczego pan nie ucieka? Dlaczego, kiedy zadzwoniłem do pana, umówił się pan ze mną na spotkanie?
Milczenie.
— Powiem panu. Bo jeszcze nigdy w życiu nie miał pan takiej przyjemności. Wszystko inne nie ma nawet minimalnego porównania do tego, co pan przeżywa.
— Prawda — odpowiada facet. — To jest zupełnie niesamowita rzecz. To jest jakby coś, czego człowiek najbardziej potrzebuje. I nigdy nie dostaje. Powiem panu szczerze, musiałem oczywiście zabronić tego mojemu synowi. On ma siedemnaście lat. Wysłałem go do ośrodka. Ale sam sobie nie umiem tego zabronić.
— No właśnie. Bez tego nie można żyć. Ale od tego się umiera. Nie wie pan, co z tym zrobić?
— Nie.
— To ja panu powiem. Niech pan jara tylko w weekendy. Tylko raz na tydzień. Najczęściej raz na tydzień. Kiedy żona gdzieś wyjedzie, albo w nocy, kiedy ona śpi. Jeśli da pan radę nie jarać w pracy, w normalne dni, to pan przeżyje.
— A słyszał pan kiedyś o kimś, komu by się coś takiego udało?
— Znam wielu takich gości. Na przykład ja.
To jest kłamstwo. Robert nie jara w ogóle. Nigdy nie zajarał heroiny.
— I wszyscy moi klienci — kłamie dalej. — Nie sprzedaję gówniarzom, ani ja, ani moi ludzie. Mam kontakty z takimi, którzy to robią, od nich dowiedziałem się o panu. Ale może być pan spokojny, nikt się o panu nie dowie, jeśli przyjmie pan moją propozycję. Proponuję panu, aby zaopatrywał się pan tylko u mnie. Bo ja nie chcę, żeby moi klienci umierali. To jest biznes, a nie morderstwo. Będę panu sprzedawał tylko raz w tygodniu, odpowiednie ilości. Nawet jak mi pan powie, że chce pan więcej, żeby zrobić imprezę z kolegami, to panu nie dam. Nie powinien pan robić zapasów. Imprez z kolegami też nie, bo nikt nie powinien wiedzieć, że pan to robi. Ja chcę, żeby pan normalnie żył i nie miał kłopotów. Bo chcę, żeby pan był jak najdłużej moim klientem. W ten sposób zarobię dużo, a przy okazji nie zabiję pana. Jeśli pan się zgodzi, będzie pan z tym żyć. No i będzie miał pan najczystszy, najlepszy towar. Przyjmuje pan propozycję?
Milczenie, a potem coś w rodzaju cichego „tak”.
– Proszę mi podać rękę. Dziękuję. Oczywiście, jeśli pan złamie naszą umowę, już nigdy pana nie obsłużę. Nie będę maczał rąk w pańskiej śmierci. A teraz pan mi da sto złotych, a ja dam panu połówkę.