Bajki o rzeczach i nierzeczach

Zofia Beszczyńska
Bajki o rzeczach i nierzeczach
  • Czarny Kot
    Gdańsk 2002
    Ilustracje: Agnieszka Żelewska
    104 strony
    oprawa twarda
    ISBN 83-900153-9-0

Zebrane w tomiku bajki zaskakują czytelnika: często osnute są na motywach z pozoru zupełnie niebajkowych, bo cóż bajkowego mają w sobie na przykład dwa słoiki i mucha, czy włóczkowy sweterek? Okazuje się jednak, że mają, i to sporo. Pod błyskotliwym piórem autorki zwykłe przedmioty przemieniają się w bohaterów zdumiewających przygód, a klasyczne baśniowe fabuły nabierają zupełnie innego wymiaru. Pomysłowe historie obfitują w zabawne zdarzenia, intrygujące postaci i dowcipne figle językowe. Kryje się w nich jakieś odświeżające zdumienie codziennością i dyskretna prawda, że bajki są wszędzie – trzeba tylko umieć ich szukać.

Nagroda główna w kategorii literatura w konkursie PS IBBY 2002


Zofia Beszczyńska, mieszka w Warszawie. Współpracuje z czasopismami literackimi, zajmuje się także radiem i teatrem. Jej wiersze i proza ukazywały się w licznych pismach, zbiorach oraz książkowych wydaniach – na przykład Kot herbaciany – a niektóre zostały przetłumaczone na kilka języków. Publikuje także tomy poezji dla dorosłych.

Fragment

Kraina Kotów

Była raz sobie kraina, w której żyły i rządziły koty. Małe kotki wykluwały się tam z jajek, ptaki rosły na drzewach jak liście i były w różnych kolorach i smakach jak cukierki, a motyle wyfruwały z kapusty – i z kwiatów, naturalnie. Koty hodowały na grządkach myszy, które były warzywami i zamiast ogonków miały korzenie, i rzecz jasna nie poruszały się tak jak myszy, które my znamy. W wodzie pływały ryby, które same wyskakiwały na brzeg, gdy były już ugotowane i odfiletowane – żeby żaden kot nie musiał moczyć sobie łap ani tym bardziej omijać ości podczas jedzenia. Każdy kot rodził się tam całkiem czarny, a dopiero z czasem bielał – jeżeli na to zasłużył dobrymi uczynkami lub, jeszcze lepiej, bohaterskimi czynami. Żył tam pewien kot imieniem Fisiek, który był czarny i miał białe łapy. Jak można się domyślać, nie był bardzo zły, ale też nie całkiem dobry, chociaż bardzo się starał. Codziennie podlewał mamie myszy na grządkach, a ptaki zbierał z drzew dopiero gdy dojrzały, i delikatnie układał w koszyku. Miał też przyjaciółkę Misię, mieszkającą w sąsiedztwie, której nigdy, ale to przenigdy nie ciągał za ogon ani tym bardziej nie przezywał od głupich Azorów. Obiecywał natomiast, że się z nią ożeni, gdy dorośnie i będzie już całkiem biały. Niestety, chociaż rósł jak na drożdżach, nie bielał ani trochę, podczas gdy z Misi robiła się coraz większa blondynka. Aż któregoś dnia usłyszał, że w okolicy rozpanoszył się straszliwy smok imieniem Bury. Miał ogon pozakręcany we wszystkie strony, pełno kudłów na całym ciele i okropny, głośny i chrapliwy głos. Nie był, jak mówiono, zbyt wielki, lecz za to nieobliczalny. Myszy wyciągał za uszy z ziemi i gonił je po wszystkich grządkach, a ptaki straszył, aż odlatywały do ciepłych – a może zimnych – krajów. Przygotowanego dla kotów mleka nie wypijał, ale rozlewał na wszystkie strony. Zjadał nawet ryby i to w takich ilościach, że wkrótce zaczęło ich brakować. Nie było na niego żadnego sposobu. Ale nie dla Fiśka, który w imię miłości postanowił smoka zwyciężyć. Zapakował sobie na drogę parę kotletów, które zostały z obiadu, naostrzył sobie pazury, namaścił wąsy walerianą i ruszył w drogę. Szedł, szedł, aż zobaczył dziwnego stwora, który biegał na wszystkie strony, machał ogonem i hałasował. Fisiek miał ogromna ochotę wskoczyć ze strachu na drzewo, ale zaparł się nogami i na Burego syknął. Bury się zdziwił. Podszedł do Fiśka, ale ten syknął jeszcze raz, pokazując wnętrze paszczy z wszystkimi zębami. Na trzeci raz – myślał gorączkowo – wystawię pazury! Ale do tego na szczęście nie doszło, bo Bury się cofnął. Po jego minie było widać, że się zastanawiał, co robić dalej. - Bury, do nogi! – rozległo się nagle nie wiadomo skąd. Potwór rozejrzał się niepewnie, jakby nie wiedząc, czy ma wrócić, czy zostać w sympatycznej Krainie, gdzie było tyle dobrych rzeczy do jedzenia i zabawy. Może nawet udałoby mu się zaprzyjaźnić z tym dziwnym, czarnym stworzeniem z białymi łapami. W końcu postanowił wrócić tylko na chwilę, żeby wszystko to wołającemu wytłumaczyć. Tak też zrobił, ale na nic się to nie zdało. Mógł sobie wołać „hau, hau”, ile dusza zapragnie, a i tak nikt go nie zrozumiał. A że nie miał mapy, nie mógł już potem znaleźć do Krainy drogi. I tak Fiśkowi udało się przepędzić strasznego smoka imieniem Bury. Dziwnym jednak trafem nie stał się od tego ani trochę biały. A wkrótce się okazało, że również Misia nie była blondynką, tylko taką udawała, co rano tarzając się w mące. I że do końca życia miała pozostać czarna jak wnętrze komina. Z początku Fisiek myślał, czy się na nią nie obrazić i nie pójść, dokąd oczy poniosą. Ale po pierwsze, dopiero co z takiej wyprawy powrócił, a po drugie, chyba naprawdę był w Misi zakochany. A zresztą, czy to ważne, jakiego ktoś jest koloru? Bohaterskie czyny nie zdarzają się na co dzień i nie każdemu. On sam był wciąż czarny z białymi łapami, chociaż bardzo się starał, i nic nie wskazywało, by miało się to kiedykolwiek zmienić. Tak więc, postanowił, pobiorą się z Misią choćby nie wiem co. I na pewno niektóre ich dzieci będą białe, inne czarne, a inne – kto wie? – białe z czarnymi łapami.