Julka i koty

Tomasz Trojanowski
Julka i koty
  • Literatura
    Warszawa 2003
    140 x 240
    176 stron
    ISBN 83-89409-02-X

Druga część wyróżnionych nagrodą literacką im. Kornela Makuszyńskiego Kocich historii. Statuetkę Koziołka Matołka, towarzyszącą nagrodzie, autor odbierał z niemowlęciem na ręku. I oto wyszły drukiem perypetie tego niemowlęcia (starszego o cztery lata) imieniem Julka.
Nie wiem jak długo żyją koty, ale ich żywot literacki oby trwał jak najdłużej – nowa książka Tomasza Trojanowskiego jest pogodna, dowcipna, chwilami nieodparcie śmieszna. Trzy domowe koty – Herman, Gienio i Zofia zostały zantropomorfizowane do tego stopnia, że piszą poematy o Eskimosach i domagają się własnego telefonu komórkowego. Właściwie z kocich atrybutów pozostały im tylko futra, ogony i apetyt na kocie żarcie. Zgrana paczka (Julka plus koty) – próbuje przejąć dom we władanie, a na przeszkodzie staje im Duży (w domyśle autor) – nieznośny ponurak i zrzęda, który kładzie kres najfajniejszym zabawom. Na dodatek Duży odmawia kotom i dzieciom nieograniczonego dostępu do lodówki, co jest jawną niesprawiedliwością.
Ponadto w książce pojawiają się króliki (w czapkach z daszkiem, rzecz jasna) i Chłopaki zza Rogu, czyli bezpańskie koty z sąsiedztwa. Wszystkie zwierzęta mówią biegle po polsku, co znakomicie ułatwia narrację. Historie o Julce i kotach zamknięte są w pięciu epizodach, a każdy kończy się sakramentalnym „dobranoc” – bardzo słusznie, książka nadaje się do czytania przed snem – nie dlatego, że nudna i nasenna, ale dlatego, że spodoba się rodzicom, przez co wieczorny obowiązek głośnego czytania ma szansę pozostać miłym obowiązkiem.

- Joanna Olech

Tomasz Trojanowski (ur. 1965) jest autorem scenariuszy, słuchowisk radiowych, opowiadań dla dzieci, felietonów, realizatorem programów telewizyjnych, jego słuchowisko „Na ratunek” reprezentowało Polskę na międzynarodowym konkursie słuchowisk radiowych EBU w Bratysławie.

Fragment

Sobota miała być słoneczna, ciepła i bardzo, ale to bardzo przyjemna. Tak przynajmniej w piątek mówił pan, zapowiadający w telewizorze pogodę, z uśmiechem zachęcając wszystkich widzów do aktywnego wypoczynku na świeżym powietrzu.
– Co to jest aktywny wypoczynek na świeżym powietrzu? – zapytała Julka.
– To jest forma spędzania wolnego czasu – udzieliłem wyczerpującej odpowiedzi.
– To znaczy? – Julka nie dawała za wygraną.
– To znaczy, że zamiast godzinami leżeć w otwartym oknie, jak niektórzy, można pójść na spacer albo na rower.
– Czy chcesz przez to powiedzieć, że niektórzy wypoczywają nieaktywnie? – zapytał, nie otwierając nawet jednego oka, wylegujący się na moich kolanach Gienio.
– Chcę przez to powiedzieć, że niektórzy wyłącznie wypoczywają.
– Na przykład kto? – nie otwierając nawet jednego oka, do dyskusji włączył się Herman, dla odmiany wylegujący się na kolanach Luli.
– Na przykład sąsiad – odpowiedziałem.
– Sąsiad godzinami leży w otwartym oknie? – Gienio leniwie otworzył jedno oko. – A na którym piętrze?
– Na dziesiątym – odpowiedziałem.
– Popatrz, Herman. Duży ma te... przewidzenia. Przecież dom sąsiada nie ma dziesięciu pięter. Tylko jedno – czujnie zauważył Gienio.
– Tato! A dlaczego dom sąsiada nie ma dziesięciu pięter, tylko jedno? – zapytała Julka i, jak zwykle w takich momentach, poczułem się zagrożony.
– Ja teraz oglądam wiadomości sportowe – powiedziałem.
– A dlaczego oglądasz wiadomości sportowe? – ciekawa świata Julka jak zwykle chciała wiedzieć wszystko, i to natychmiast.
– Bo mnie interesują – odpowiedziałem, pewny już, że za chwilę sytuacja kongo-bongo doprowadzi do małego spięcia.
– A dlaczego cię interesują? – żadnych tajemnic, Julka musiała poznać całą prawdę o mnie i wiadomościach sportowych.
– A dlaczego słoń ma trąbę? – zapytałem.
– Duży, ty to jakiś dziwny jesteś – powiedział Herman, nadstawiając Luli brzuch do głaskania i w dalszym ciągu nie otwierając nawet jednego oka.
– Nie wiesz, dlaczego słoń ma trąbę?
– A ty wiesz?
– No jasne. Słoń ma trąbę dlatego, żeby mógł nią sobie machać – wyjaśnił mi Herman, Znawca Słoni.
– I jeszcze dlatego, żeby mógł nią poklepać drugiego słonia – zabrał głos Gienio.
– A po co słoń klepie drugiego słonia? – zapytała Julka.
– Są różne teorie na ten temat – Herman, Znawca Słoni, tajemniczo zawiesił głos.
– Znasz chociaż jedną? – zamiast siedzieć cicho, brnąłem dalej. Na własne życzenie. Siła działania kongo-bongo jest niepojęta.
– Znam nawet kilka – Herman otworzył wreszcie oczy i popatrzył na mnie z wyraźnym politowaniem. Chyba wszyscy Znawcy Słoni reagują tak samo na, według nich, dziecinne pytania.
– To możesz nam chociaż jedną zaprezentować?
– Proszę bardzo. Słonie przekazują sobie trąbą informacje.
– Ważne informacje – dodał drugi Znawca.
– Ważne? Na przykład, jakie? – zapytałem.
– Na przykład takie, że jak jeden słoń pokaże trąbą w lewo, to drugi słoń idzie w lewo.
– A jak pokaże trąbą do góry? – zapytała Julka.
– Jak jeden słoń pokaże trąbą do góry, to wtedy drugi słoń wchodzi na drzewo – odpowiedziałem w imieniu obu Znawców Słoni.
– Po co? – spytała Julka.
– To jest taka forma aktywnego wypoczynku słoni. Wchodzenie na drzewo – powiedziałem.
– Lula, widziałaś kiedyś słonia wchodzącego na drzewo? – zapytał Herman.
– Nie widziałam – odpowiedziała Lula i dostrzegając moją minę, za wszelką cenę starała się nie wybuchnąć śmiechem.
– A Duży widział. Niektórzy to mają szczęście – westchnął z udawaną zazdrością Gienio.
– Czy ja dobrze usłyszałam – powiedziała obudzona z drzemki Zofia – że chcecie kupić Julce słonia? I gdzie on będzie spał?
– Na oknie u sąsiada – powiedziałem, zdjąłem Gienia z kolan i żeby uwolnić się od towarzystwa, wyszedłem do kuchni. O wiadomościach sportowych mogłem już zapomnieć.
I o reszcie wieczoru też.
Zdążyłem usiąść przy stole i popatrzeć tęsknie za okno, kiedy za chwilę przybiegła do mnie rozentuzjazmowana Zofia.
– Duży, podobno widziałeś u sąsiada w ogródku wchodzące na drzewo słonie – czy to prawda?
Wziąłem Zofię na ręce i odniosłem ją do pokoju, w którym trwała ożywiona dyskusja. Doleciały do mnie takie wyrazy, jak trąba, wspinać się, ogrodnik i zrywać słonie. Na mój widok wszyscy nagle zamilkli.
– Słuchajcie – powiedziałem. – Jutro jest sobota. Pan od pogody mówił, że będzie bardzo ciepło. Może byście sobie gdzieś poszli całą grupą, a ja bym spędził parę chwil...
– Ze słoniami na drzewie – parsknął Gienio, ale pod wpływem mojego wzroku zaraz się uspokoił.
– ...A ja bym spędził parę chwil sam. Posłuchałbym muzyki, coś bym przeczytał i tak dalej. Dobry pomysł?
– Bardzo dobry – zgodziła się Lula. – Jutro proponuję wszystkim aktywną formę wypoczynku – zrobimy porządki w ogródku.
– Zrobimy? To znaczy, kto zrobi? – zapytałem podejrzliwie, bo zwykle takie deklaracje, jak zrobimy, posadzimy, wykopiemy, zagrabimy, kończyły się w ten sposób, że w rezultacie pewnych zbiegów okoliczności ja grabiłem, kopałem i tak dalej, a reszta towarzystwa, z Lulą na czele, w najlepsze ganiała się po ogrodzie.
– My. To znaczy ja, Julka i koty. A ty sobie posłuchasz muzyki – może być? – zapytała Lula.
– Jasne – zgodziłem się ochoczo.