Wyjątkowo długa linia

Hanna Krall
Wyjątkowo długa linia
  • a5
    Kraków 2004
    120x190
    132 strony
    ISBN 83-85568-62-X

Wyjątkowo długa linia to opowieść o jednej kamienicy i dwojgu ludziach. Kamienica powstała w XVII wieku. Mieszkali w niej zwykli ludzie – Polacy, Żydzi, inteligenci, urzędnicy. Przez stulecia mieszały się biografie i zajęcia. Odtwarzanie losów kamienicy to rekonstrukcji historii miasta. A także – dziejów pamięci. W gruncie rzeczy bowiem książka Hanny Krall w tym samym stopniu opowiada o przeszłości, co o pamiętaniu, które przedłuża historię. Kiedy przestajemy pamiętać, każda linia, nawet wyjątkowo długa, zostaje przerwana.
Historia, którą opowiada autorka, toczy się od narodzin kamienicy – w Polsce szlacheckiej i magnackiej. Na skróty i wyrywkowo, ale barwnie, streszcza Hanna Krall koleje losów budynku. Czasem wymienia ludzi, kiedy indziej wspomni jakiś znaczący szczegół – wydarzenie historyczne, detal wystroju mieszkań. Wszystko jednak w jej historii zmierza ku parze głównych bohaterów: Franciszce Arnsztajnowej (1965-1942) i Józefowi Czechowiczowi (1903-1939). Oboje zginęli w czasie wojny: on w pierwszych dniach września podczas bombardowania, ona – dużo później, podczas likwidacji getta warszawskiego. Spotkali się w lubelskiej kamienicy, do której Czechowicz przyszedł wiedziony sławą jej nazwiska. Franciszka Arnsztajnowa była bowiem legendarną postacią lubelskiej inteligencji okresu międzywojennego. Należała do zasymilowanej kupieckiej rodziny Meyersonów. Była emancypantką, studiowała nauki przyrodnicze w Niemczech. Razem z mężem, lekarzem społecznikiem Markiem Arnsztajnem, założyła Towarzystwo Szerzenia Oświaty „Światło”. Przede wszystkim jednak była pisarką – poetką i autorką dramatów. Razem z Józefem Czechowiczem zakładała w 1932 roku Związek Literatów w Lublinie. Ich spotkania zaczęły się od tego, że młody poeta czytał starszej i słabo słyszącej pani swoje wiersze.
Dzisiejsi mieszkańcy kamienicy nie rozmawiają już o dawnych sąsiadach. Nie powtarzają legend o tym, że Józef Czechowicz przepowiedział własną śmierć w jednym z wierszy, ani też nie snują domysłów, co robiła Franciszka w chwili śmierci. Hanna Krall pisze, że może recytowała jeden z wierszy Czechowicza. Milczenie mieszkańców jest jak ucięcie długiej linii. Książka Hanny Krall, podejmująca opowieść, stara się tę linię przedłużyć. Jej opowieść to właśnie taka sąsiedzka rozmowa – nieco chaotyczna, wielogłosowa, pełna dygresji, ale uparcie wracająca do tematu zasadniczego. Dzięki książce możemy się włączyć do rozmowy.

-
Przemysław Czapliński

Fragment

Czechowicz – ciąg dalszy
Kochał poezję i chłopców. Pierwszym chłopcem, o którym opowiadał, był Zenek, jego uczeń w szkole wiejskiej w Słobódce. Spacerował z Zenkiem po mszy (Pod stara jodłą doszliśmy do nieporozumienia). Dostał od Zenka kaczeńce (Mokre. Smutno mi przy kwiatach). Z Zenkiem rozmawiał o Bogu. Gdy Zenka nie było w szkole, dzień wydawał mu się bez sensu. Jeszcze gorzej, gdy Zenek był i nie uśmiechał się. Na szczęście innego dnia Zenek przychodził uśmiechnięty… Wieczorami w tej Słobódce czytał Fajdrosa. Wzruszające są te słowa o kochającym i kochanku, wypowiedziane z górą dwa tysiące lat temu. Inny chłopiec był złotowłosym aniołkiem. Inny – zuchwałym młokosem z bezczelnymi oczami i blizna po nożowej rozprawie. Dorastali, porzucali go, odchodzili od kobiet, a on pisał o nich wiersze:
mały mój ukochany trudno z miłością się podnieść a jeszcze trudniej od złych nowin gdy patrzysz na mnie ciemnym nowiem
Ubierał się niedbale, zwykle w czarny sweter i rzadko prasowane spodnie.

Nie umiał tańczyć, ale bywał w lokalach i przyglądał się tańczącym. Rzadko palił, chociaż zawsze miał przy sobie fajkę. Traktował ją jako rekwizyt – postukiwał nią albo nabijał tytoniem.

Jadał proste potrawy. Powiedział komuś: wstałem dziś wcześniej, wypiłem szklankę zsiadłego mleka, było pięknie.

Lubił słodycze. Na balu prasy zjadł przez noc pięćdziesiąt jeden Paczków i wypił trzy butelki słodkiego wina.

Na pytanie o Wielką Tajemnicę odparł: słyszałem, że gdzieś jest, ale osobiście nigdy się z nią nie zetknąłem.

(ciszą ty chcesz mnie przebić w milczeniu słychać twe wieki groźbą wołasz do siebie boże daleki)
Bał się obłędu. Prześladowała go myśl, że odziedziczy chorobę po ojcu. W Paryżu (o wszystkie mosty paryża serce się tłukło tłukło) zachorował na oczy. Od tamtej pory bał się, że oślepnie. Zniknął w tym Paryżu na parę dni, odnalazł się w domu Świętego Kazmierza – przytułku, w którym umarł Norwid. Zdawało mu się, że ma sobowtóra. Zobaczył go za miastem, na szosie. Był przerażony. Przybiegł do przyjaciół: znowu go widziałem… Mego Drugiego… Znana rzeźbiarka pracowała nad jego popiersiem; o coś obraził się na nią i nie chciał pozować. Artystka się rozzłościła, siekierą rozbiła rzeźbę i Czechowicz znowu zaczął przychodzić. Kochał prowincję: dookoła pagórów koła dymiąca czarnoziemu połać mgły nad sadami czarnemi znad łąki mgły zamknęły się oczy ziemi powiekami z mgły
Przeczuwał przedwczesną śmierć:
Na rzęsach wstydliwa łza widzę w niej świat gliniany jak skarbonka nachodzi na mnie lodowa łąka to już nie ja. Powiedział kiedyś: nie ma zbiegów okoliczności, wszystko się z sobą łączy i ma swój sens. Czechowicz – ciąg dalszy

Nie przestawała mebli, nie kupowała nowych rzeczy, było po dawnemu: długi stół na przysadzistych nogach, obrus z zielonego aksamitu, trójramienny żyrandol, pośrodku stołu naftowa lampa, chociaż kamienica miała już światło elektryczne.

Ona tez siedziała po dawnemu, u szczytu stołu.

Czechowicz kładł przed nią zapisany, kratkowany zeszyt.

Czekał.

Czytała w milczeniu, ale niektóre wersy powtarzała na głos. Przytakiwał głową: wiedziałem, że to się pani spodoba.

Kiedyś zaczynał od grzecznych pytań – były łatwe, więc odgadywał je z ruchu warg.

Co u pana doktora? Miał na myśli jej męża.

Potem – co u pana kapitana? Miał na myśli jej syna.

Potem – co u synowej? Miał na myśli narzeczoną.

Potem – co w ogóle?

Opowiadała co w ogóle – krótkimi, rzeczowymi, zdaniami, chociaż pytał niezdawkowo.

Rywcia Wionograd urodziła dziecko bez paznokci, pocieszałam ją, że urosną.

Córka Meira Reichgolda nie może uczyć się francuskiego. Rodzice zabronili, bo lekcje są w sobotę, pocieszałam ja, że można się nauczyć samemu. Moja wnuczka znowu modliła się w szkole swoimi słowami. Nie, nie pocieszałam jej, z wnuczką rozmawiam jak z człowiekiem dorosłym, mówiła F.A. i z bloku do pisania listów wyrywała arkusik z wierszem, porządnie przepisanym, z kunsztownymi ornamentami w dużych literach. Słuchał. Przesiadał się. Zaczynał pisać – o wierszu, który mu przed chwilą czytała, albo – własny, wiersz, niegotowy, nad którym jeszcze pracował. Ich kartki leżały blisko siebie. Zaglądała mu przez ramię. Kiedy odrywał ołówek – jakby zawieszał głos – próbowała domyśleć się dalszego ciągu, na ogół nietrafnie. Dopisywał. No tak, mówiła, oczywiście, że tak. Postanowili złożyć w całość niektóre kartki, jego i jej. F.A. przepisała je na czysto. Wyszedł długi utwór, pięćdziesiąt sześć wersów podzielonych na „Głosy” – kobiecy i męski. W ostatniej strofie napisał przy dwóch wersach „Razem”. spokojnie wejdę, starzec, w odwiecznych ognisk światło, bom żył dwojaka siłą: czekania i kochania.
(to on) Już zachód. Dzień się kończy. Cóż łowów niewolnik ma w sieci. (to ona)

Cóż zostaje pod srebrną Lachezis kądzielą? Dzieło – poezji odblask i ciało – w stygmatach. (to on)…
Przynosił wiersze o zagładzie, która nadciąga. Nasłuchiwał jej. Próbował ja oswoić słowami. jedno to jest od wieków głód zagłada i ty jedno to jest od wieków głód zagłada i ty
Mówił, pisał właściwie: w pani losie spełnia się to, czego się bałem przez całe życie. Czego nadal się boję. Czego się boje najbardziej: śmierć i samotność. Idą za mną krok w krok, ale panią dopadają, nie mnie. Bierze je pani na siebie za nas oboje. Więc nic złego nie może się panu przytrafić, pisała, chociaż mogła powiedzieć na głos. Pociesza mnie pani jak Rywcię Winogrady, uśmiechał się, ale wydawał się uspokojony.