Piękne wieczory

Piotr Kofta
  • Bonobo
    Warszawa 2004
    120x190
    239 stron
    ISBN 89-9203-887-8

Piękne wieczory to pełne ironicznego i ciepłego humoru współczesne historie o miłości, samotności i niespełnieniu. Papierosy wypalane w oczekiwaniu na lepsze czasy, przypadkowe rozmowy, które niczego już nie mogą zmienić, ucieczka od siebie, wspomnienia utraconych szans i sploty nieuniknionych konieczności - wszystko to nie musi mieć charakteru tragicznego i podniosłego, ponieważ przydarza się każdemu, a nie tylko wybranym. Każdy wędruje na swój koniec świata, u schyłku dnia poszukuje chwili wytchnienia. Wieczorami rzeczywistość traci ostre kontury. To, co ważne, traci nieco ze swojej wagi. Sprawy, którym nadano bieg i przeznaczenie, odchodzą na dalszy plan. Smutek staje się śmieszny, tęsknota bywa daremna, a namiętność - chwilowa. W zamian znajduje się miejsce na melancholię i odrobinę groteski. Wieczorami łatwiej przychodzi godzić się ze światem, jakkolwiek, co dość przykre, świat z tej przyczyny nie zyskuje wcale na wartości. Wciąż jest taki sam.

”Najgęściej Piękne wieczory zaludniają i największą sympatię autora budzą wszyscy, którzy nie mogą sobie znaleźć miejsca w dzisiejszej rzeczywistości - przekonani, że to nie oni, ale świat zwariował - melancholicy, samotnicy, misjonarze niepraktyczności, nadwrażliwcy.

Na natychmiastowe sfilmowanie zasługuje obszerna "Nocna zmiana" - literacki dziennik cierpiącego na bezsenność inteligenta, który nocą rozwozi do mieszkań pizzę i widzi tam ludzką menażerię: nieszczęśliwych kochanków, niedopieszczone kobiety, drobnych cwaniaków i pospolitych oprychów. Piękna jest romantyczna historia ze słowackiej knajpy, w której każdy bywalec utożsamia się z którąś z gwiazd Realu Madryt, a występująca w dwóch opowiadaniach postać ekshibicjonisty- nieudacznika Przewałki, to majstersztyk. Zresztą wśród tych 16 tekstów nie ma ani jednego słabego. Z całym przekonaniem mówię, że Kofta zdał swój egzamin pisarski na piątkę i zasługuje na miano pisarza”.

-
Marek Mikos

Piotr Kofta (ur. 1973) - z wykształcenia socjolog, pracuje jako nauczyciel akademicki oraz niezależny badacz społeczny. Publikował w Internecie, posługując się pseudonimem "Pan Szpicer". Piękne wieczory są jego debiutem książkowym.

Fragment

Z miasteczka W. wyjechałem wczesnym majowym popołudniem. Autobus piął się wąską drogą w głąb doliny. W kieszeni miałem świeżo kupioną paczkę papierosów i myślałem tylko o tym, co będzie, kiedy wreszcie wysiądę, odetchnę górskim powietrzem i zerwę z papierosów znak akcyzy. Przejeżdżałem przez wioskę, w której urodził się chyba pewien bardzo słynny ksiądz, ale byłem zbyt zaaferowany swoim głodem nikotynowym, żeby poświęcić tej informacji więcej uwagi. W końcu autobus dotelepał się na sam koniec wsi, objechał mały asfaltowy placyk i stanął. Zarzuciłem plecak i poszedłem wolno błotnistą drogą wzdłuż strumienia, wypuszczając z siebie chmury gorzkiego dymu. W pewnej chwili skręciłem w chudą ścieżynkę pnącą się ku górze, w stronę bukowego lasu. Skacząc po kamieniach przypaliłem sobie następnego papierosa, nic bowiem nie ma przyjemniejszego na świecie niż wspinaczka wsparta odrobiną tytoniu. Nucąc jakąś przypadkową melodię dotarłem do lasu. Słońce przegryzało się przez gałęzie i młode liście, panował więc świetlisty półmrok, spokojne połączenie blasku i ciemności, właściwie niektórym kościołom i starej buczynie. Z doliny powiewał chłodny wiatr, szedłem znacząc dróżkę śladami swoich starych butów.
Po godzinie, może półtorej, leniwego marszu przysiadłem na zwalonym pniu. Zastanawiało mnie, jakich jeszcze sposobów mogę się jeszcze uchwycić celem uspokojenia duszy. Była już długa podróż, wspinaczka, papierosy, bukowy las, monotonny krok. Została jeszcze w zasadzie tylko wódka i lektura. Na lekturę nie miałem ochoty, bo ogłupiałem się od rana w pociągu czytaniem tanich pism kolorowych. A zatem wódka. Wokół unosił się zapach sfermentowanej ściółki, uznałem, ze to będzie dobre pendant. Wyjąłem z plecaka butelkę słowackiej śliwowicy oraz plastikowy kubek. Opary o spróchniały pień drzewa popijałem wódkę małymi łyczkami i zamykałem oczy, gdy spływała oleiście do żołądka.
Potem znów nalałem wódki do kubka i jeszcze raz wypiłem, dzieląc sobie te skromną ilość na wiele porcji.
Las miał tylko o tej porze roku barwę vert de chartreuse, a liście były tak delikatne, że więdły przez parę sekund trzymane w palcach. Pod stopami chrzęściły szczątki szyszek zmasakrowanych przez wiewiórki, mrówki na ścieżce urządzały swoje totalitarne igrzyska, żuczki toczyły kule gówna, koniki polne rżnęły się w trawie. Wszystko było na swoim miejscu.
Do przejścia zostało może jeszcze z pięć kilometrów, ale człapałem ociężale jak żółw z wysp Galapagos łapiąc umykające sekundy życia. Bawiłem się nimi, smakowałem, podrzucałem, czasem rozciągałem. Sekundy rzadko bywają elastyczne, jeśli jednak się człowiek postara, to może je do tego zmusić. Czas odmierzało mi wiosenne słońce, które z najwyższym wysiłkiem trzymało się ciągle nad wierzchołkami okolicznych pagórków, ale w każdej chwili mogło runąć w dół. Tutaj, na nieco większej wysokości, maj zaledwie musnął las, zdziczałe drzewa owocowe wypuszczały dopiero zawiązki kwiatów a liście były małe i skurczone, niczym noworodki. Robiło się też coraz chłodniej, wódka przestała cyrkulować w żyłach, czułem przyjemną gęsią skórkę, która wędrowała po całym ciele ujawniając się w różnych niespodziewanych miejscach.
Wreszcie, na rozległej polanie pod szczytem góry, dojrzałem schronisko – niewielki, pomalowany na zielono budynek, ni to drewniany, ni to murowany. Z komina unosił się szarobiały dym, koło domu stał rosyjski samochód terenowy, na łańcuchu szwendał się smutny, sfrustrowany pies nieokreślonej rasy pasterskiej. Wszedłem do środka. W okienku z napisem „Wydawanie posiłków” zamówiłem sobie łóżko na jedną noc, bigos i piwo. Kupiłem też paczkę papierosów „Caro”. Kiedy jadłem kwaśny i tłusty bigos zapadł zmrok. Zatargałem plecak do sali noclegowej, wyjąłem z górnej kieszeni komórkę a plecak pieprznąłem w kąt. Wziąwszy do łapy piwo wyszedłem przed schronisko. Nie było już śladu po dniu, wszędzie panowała noc. W powietrzu unosił się zapach wieczornych ziół, palonego drewna i ropy naftowej. Otworzyłem paczkę papierosów „Caro”. Usiadłem na ławce, łyknąłem piwa. Na sąsiedniej ławeczce dwóch młodych chłopców męczyło się z butelka wódki. Butelka miała dozownik, który utrudniał picie z gwinta, pluli więc i parskali. Przedstawili się jako „chłopaki z Lublina”, co mi w zupełności wystarczyło. Odbyliśmy kurtuazyjną rozmowę o metodach forsowania dozowników. Po pewnym czasie zapragnąłem być sam. Oddaliłem się znajoma ścieżką wiodącą zboczem przez młody zagajnik. Idąc trochę po omacku doszedłem do polany, na której stał punkt triangulacyjny usypany z kamieni.
Przycupnąłem w trawie i zapaliłem. Niebo było bezchmurne, rozpoznawałem znajome konstelacje. Jakieś muszki agonalnie pobzykiwały w zaroślach, panowała właściwie całkowita cisza. Taka cisza, która istnieje tylko w wyobraźni.
Poczułem, że mrówka wlazła mi pod nogawkę spodni i wędruje po nodze. Kiedy doszła do kolana, zawahała się. Być może zresztą nie wyczułem samej mrówki, tylko pewien rodzaj specyficznego powiewu, powstającego, gdy mrówka uderzała delikatnie we włosy pokrywające moją nogę. Już byłem skłonny uznać mrówkę za urojenie, ale ni stąd ni zowąd ugryzła mnie. Szarpnąłem machinalnie nogą, po mrówce zaginał wszelki ślad, po ugryzieniu niebawem również. Powietrze było lekkie i ciemne. O spodziewanej porze rozległ się pisk komórki.
Podniosłem ją do oczu. Na zielono rozbłysłym ekraniku, migał symbol koperty.
Nacisnąłem klawisz i pojawiła się wiadomość. Nacisnąłem ponownie klawisz i przeczytałem:
„NIE”
Wyłączyłem komórkę i płożyłem się w trawie na wznak. Lubię piękne wieczory.