Jezioro radykałów

Cezary Michalski
Jezioro radykałów
  • Prószyński i S-ka
    Warszawa 2004
    145 x 208
    168 stron
    ISBN 83-7337-741-7

Jezioro Radykałów – podobnie jak wcześniejsza, debiutancka powieść Michalskiego – najwięcej ma wspólnego z fabularyzowanym esejem. Najważniejszy jest tutaj żywioł dyskursywny, anegdota zaś jest pretekstowa i niezobowiązująca. Oto widzimy niespełna czterdziestoletniego polskiego stypendystę wysłanego do Szwajcarii w nagrodę za pracę na rzecz Partii Klasy Średniej. Miejsce zdarzeń powieściowych wydaje się aluzyjne: to okolice Jeziora Genewskiego, ulubiona przestrzeń polskich romantyków, rozczarowanych sobą i światem „kochanków idei”. Jednym z nich jest ów stypendysta, który nad wodami Lemanu, zwanego w powieści Jeziorem Radykałów, dokonuje rozrachunku z własną biografią. Asystują mu przy tym Róża i Karl, rówieśnicy głównego bohatera i zarazem spadkobiercy wielkiej fortuny, przedstawiciele niemiecko-szwajcarskiej elity. Autor pyta o podobieństwa i różnice między doświadczeniami (przygody ducha i umysłu) w obrębie tego samego pokolenia, w perspektywie europejskiej. Z jednej strony mamy tedy urodzonego w roku 1963 Polaka, którego dzieje posiadają walor typowości, z drugiej strony przyglądamy się rozkapryszonym i zepsutym Szwajcarom, którzy wszelako przeczytali te same książki, przemyśleli mniej więcej te same problemy kultury współczesnego Zachodu. Jezioro Radykałów wypełniają dziesiątki konfrontacyjnych debat o charakterze politycznym i światopoglądowym. Prowadzą one do wniosków niezbyt budujących: wszyscy, bez względu na pochodzenie i środowisko, znajdują się w ideowej próżni, nie potrafią żyć w świecie, na którego kształt nie mają wpływu.

- Dariusz Nowacki

Fragment

Trudno mi się powstrzymać od opowiedzenia jeszcze jednej historii z miasta T. Dzięki niej można lepiej zrozumieć tamtejszy genius loci. Jest rok 1987 i w Polsce znowu biorą górę partyjni reformatorzy. Próbują nauczyć nas demokracji, organizują referendum, pierwsze od czterdziestu lat. Uczenie nas demokracji przychodzi im nie bez trudności, nie chcemy się uczyć. Jakbyśmy ciągle wierzyli, że pozwolą nam nie wiadomo jak długo repetować klasę.
Właśnie pod koniec tego roku jedyna córka swoich rodziców postanawia wyjechać do Niemiec. Wcześniej zatrzymano ją za to, że liczyła wchodzących do lokalu wyborczego uczestników referendum. Szkołę, w której umieszczono państwową komisję, odwiedziło przez cały dzień zaledwie jedenaście osób. Zdecydowanie nie pokrywało się to z danymi o frekwencji ogłaszanymi przez władze.
Swoją antyreformatorską działalność Baśka (tak ją nazwijmy, bo w końcu nie zdążyłem zapytać, czy mogę opowiedzieć jej historię) prowadziła w odpowiedzi na apel wystosowany przez samego przywódcę podziemia. Ten przywódca wystawił później swoją odznakę związkową na aukcji charytatywnej zorganizowanej przez żonę tropiącego go wcześniej generała tajnej policji. Bohater podziemia zwyczajnie się obraził, miał do tego prawo. A poza tym to zdarzyło się parę lat później, w czasie tak zwanej wojny na górze. Wtedy wszyscy mieli już prawo do wszystkiego, szczególnie do obrażania się na siebie -  inteligenci, księża, robotnicy, nawet bohaterowie.
Następnego dnia po akcji Baśka znalazła się na komendzie. Przesłuchiwało ją dwóch panów w cywilnych ubraniach. Panowie nie lubili studentek, grozili, że ją zgwałcą, nie, nawet nie grozili, bardzo wyraźnie dawali jej to do zrozumienia. Po wyjściu nie miała komu się poskarżyć- jej chłopak, ofiara chronicznej opozycyjnej depresji, próbował łagodzić przebieg tej nieuleczalnej choroby w ramionach innej koleżanki z podziemia. Baśka doszła wtedy do wniosku, ze ma dosyć zabawy w konspirację, a jeszcze bardziej zabawy w dalsze życie w Polsce.
Zostawia niedokończone studia, dobre studia (przedtem świadectwo maturalne z biało- czerwonym paskiem). Po tygodniach płaczu i awantur rodzice godzą się z tym, co nieuniknione. Ostatniego dnia, na kilka godzin przed odjazdem pociągu, matka prowadzi ją do drugiego pokoju. Ojciec wyszedł na chwilę z mieszkania, po nie wiadomo którą już tego dnia paczkę papierosów.
Matka prosi ją, żeby usiadła, otwiera szufladę, do której nigdy wcześniej nie zaglądała przy córce. Wyciąga starą legitymację i daje Baśce, mówiąc: „To ci pomoże, skoro już musisz tam jechać”. Baśka ostrożnie bierze do ręki legitymacje Hitlerjugend swojej matki. Patrzy na fotografię młodej uśmiechniętej dziewczyny, wodzi palcami po konturach orła trzymającego w szponach swastyk; dobrze zna to godło z telewizyjnych seriali.
- Mieliśmy drugą grupę- mówi matka. –Nie trzecią, tak jak wszyscy tutaj, nie byliśmy zwykłymi folksdojczami. Byliśmy Tivolideutschami, tak na nas mówiono, bo ochotników do drugiej grupy Niemcy zapisywali w kinie Tivoli. Dziadkowie stali tam w kolejce, jak to pokażesz, może szybciej dadzą ci obywatelstwo, skoro naprawdę musisz...
Sposób jak każdy inny; mój francuski azyl polityczny, przyznany mi w dniu zaprzysiężenia rządu Tadeusza M., nie różnił się aż tak bardzo od niemieckiego obywatelstwa Baśki. Te same uprawnienia, kilkumiesięczny zasiłek i prawo do pracy, a co najważniejsze gwarancja, że nigdy nie będzie cię można zmusić do powrotu. Jeśli kiedykolwiek zechce ci się wrócić, zadecydujesz o tym wyłącznie ty sam, na własne ryzyko. I tylko do siebie będzie ci wolno później mieć pretensje, a nie do jakiegoś Boga czy Pana od losu. Czego tu się zresztą wstydzić, o jaki honor walczyć, jaką suwerenność? Czy nie żyjemy wszyscy w epoce globalizacji, czy nie żyli w niej nasi dziadkowie, pradziadkowie i wszyscy Polacy gdzieś tak od pierwszego rozbioru?
Nie jestem teraz pewien, któremu z rodzeństwa Rohanów opowiedziałem całą tę historię. Wygląda na przeznaczoną dla Karla, jest przecież taka nihilistyczna. Choć przez pomyłkę mogłem ją także opowiedzieć Róży. Ona zawsze umiała znaleźć jakiś morał, nawet po wysłuchaniu najbardziej niemoralnej z moich opowieści. Nie pamiętam tylko, co powiedziała, kiedy skończyłem opowiadać historię Baśki.