Widmokrąg

Wojciech Kuczok
Widmokrąg
  • W.A.B .
    Warszawa 2004
    125 x 195
    oprawa twarda
    ISBN 83-7414-026-7

Widmokrąg to niezwykle spójny zbiór opowiadań, tak pod względem tematycznym, jak i formalnym. Rzecz składa się z pięciu większych utworów przedzielonych krótszymi impresjami i obrazkami, które tworzą z kolei jednolitą, choć nieoczywistą całość. Pisarza – jak we wcześniejszych zbiorach opowiadań – fascynuje doświadczenie niesamowitości i osobliwie rozumianej grozy. W większości tekstów składających się na Widmokrąg wyśledzić można podobną sytuację: zwykłe zdarzenia, głęboko zanurzone w codzienności, pod wpływem tajemniczego impulsu zmieniają się w intrygujący spektakl. Tak sprawy się mają w opowiadaniu otwierającym tom (Żebry Adama), gdzie przypadkowe spotkanie młodego biznesmena z ulicznym żebrakiem staje się początkiem „wewnętrznej rewolucji”, okazją do odkrycia tego, co wcześniej było stłumione. Widmokrąg to zdecydowanie najbardziej liryczny i melancholijny tom prozy Wojciecha Kuczoka. Tę nową jakość artystyczną najpełniej potwierdza opowiadanie tytułowe, będące osobliwym dialogiem kochanków, którzy mówią o sobie, lecz nie do siebie. Książkę wypełniają opowiadanie wielkiej urody. Zwraca uwagę wyrafinowanie stylistyczne: sporo tu aluzji literackich i muzycznych, inteligentnych gier słownych, wyszukanych żartów językowych, zaskakujących przekształceń i innych „wynalazków” tego rodzaju.

-
Dariusz Nowacki

Fragment

A kiedy już się nakochaliśmy, zawijała się w prześcieradło jak w kokon, nic dla mnie nie zostawiając poza kołdrą lub kocem, musiałem leżeć na tej szorstkiej powierzchni tapczanu, bo przecież w kołdrę ani w koc zawinąć się nie mogłem, na to było za ciepło, to były ciepłe czasy, najcieplejsze. A kiedy już w całości i bez reszty uległa scałowaniu, kiedy już zawinęła się szczelnie, spozierała na mnie zawstydzona, jakby teraz dopiero ta jej nagość, i tak w półmroku rozproszona, wstydliwą się stawała (okulary, gdzież je znowu, pod łóżkiem gdzieś położyłem, nie chce się szukać, rano poszukam, ale trzeba uważać, żeby nie nadepnąć, że też nigdy się nie nauczę odkładać na widoczne miejsce). A kiedy już tak opatulona czekała, aż krew jej znów krążyć będzie równomiernie, wiedziałem, że wdzierać mi się w tę strefę prześcieradlaną nie wolno, że teraz ona musi się ze sobą na powrót oswoić, musi poczuć, że od piersi po czubki palców, od pachwin po czoło, wewnętrznie i naskórkowo, należy do siebie, że to, co mnie oddała na pastwę, teraz już do niej wróciło i przeprasza za nieobecność, za niewierność, za nieokrzesanie, prosi ją o wybaczenie, całe ciało zwinięte w kłębek i zapakowane w prześcieradło wraca do niej pokornie, żeby sobie nikt (czyli ja) nie pomyślał, że miłość daje stały abonament na jego przychylność.

Był czujny, wiedział, jakich pytań lepiej nie zadawać, kiedy milczeć, kiedy dotykać, kiedy być i kiedy zniknąć, on to wiedział lepiej ode mnie, och, przy nim byłam pewna, że nie usłyszę czegoś w rodzaju „czy tak jest dobrze? Powiedz, tak? Czy może inaczej?”, że nie usłyszę potem „no i jak było?” albo co gorsza „ilu ich miałaś przede mną?”, że nie zacznie mnie nagabywać, że będzie w takim stopniu, żebym czuła go przy sobie i jednocześnie do niego tęskniła; on po prostu był czujny, tak, to najlepsze słowo. Czujny w taki czuły sposób.

A kiedy już stawały się jasne ptaki za oknem, i to, że noc się nam nie przespała w całości, i to, że zaraz się cienie rozpuszczą, poruszałem się delikatnie, delikatniutko, tak żeby nawet ćwierć sprężynki gdzieś tam pod nami się nie zająknęło, zbliżałem nos do jej szyi i sprawdzałem, czy ona już snem pachnie. A kiedy już pachniała, sprawdzałem ostrożnie, czy aby na pewno wszystko w niej zasnęło, bo sen, by mógł się wyśnić w pełni i do syta, musi ogarniać całościowo, pilnowałem tego, jak mogłem, patrzyłem na jej włosy rozsypane na poduszce, czy aby nie zamarły tylko na chwilę pod moim spojrzeniem, a naprawdę spać im się nie chce i wędrówki sobie urządzają poduszkowe, wpatrywałem się i jeśli przyłapałem je na niespokojnościach, przygłaskiwałem je do porządku, głaskałem im kołysankę, żeby się w sen wplotły. A kiedy już i włosy snem zapachniały, nie odwijając jej porannego całunu, sprawdzałem dłonią każdy fragment jej ciała, każdy mięsień, czy czasem nie zdradza napięcia, tym samym jej sen zdradzając, a jeśliby taki się dał przyłapać, dotykiem go zmiękczałem, rozluźniałem, usypiałem. A kiedy już wiedziałem, że wszystko w niej śpi na dobre, musiałem ten sen zaprogramować, musiałem nadać mu właściwy posmak, żeby żadna zmora na jej piersiach nie przysiadła, żeby do uszu przekleństw nie szeptała, żeby jej sobie za megafon nie wzięła i nie zaczęła przez sen wykrzykiwać swoich bełkotliwych straszliwości, od których tylko pot, łzy i przewracania z boku na bok; brałem tedy los jej snu w swoje ręce, poprzez piersi ostateczną pieszczotą lakowałem kopertę z dobrym snem, pieszczotą ostateczną, acz cierpliwą, bo przestawałem dopiero wtedy, kiedy na jej wargach zagościł strażnik snów łaskawych: nieprzytomny uśmiech.

Nie wiem, kiedy zasypiał, nigdy mi się nie udało zasnąć po nim i obudzić przed nim, zawsze kiedy się budziłam, był przy mnie i – to jest ważne, to było dla mnie naprawdę ważne – nigdy nie zdarzyło mu się w łóżku odwrócić do mnie plecami. Och, raz tylko widziałam go śpiącego, nie mogłam się wydostać z klatki schodowej, dziwna historia, nigdy wcześniej nie zastałam na dole zamkniętych drzwi, widocznie zaczęto w bloku wprowadzać nowe zwyczaje, że niby tu już taka średnia klasa, znaczy, jeszcze nie zarobkowo, ale już przynajmniej mentalnie, no więc każdy mieszkaniec musi mieć klucz od drzwi wejściowych, no i nikt nie wejdzie ani nie wyjdzie bez zgody gospodarza, wróciłam więc, zadzwoniłam, ale nie otworzył (on zawsze otwierał, jakby stał tuż przy drzwiach, właściwie to było tak, jakbym, przyciskając guzik, uruchamiała jednocześnie sygnał i automatycznego odźwiernego, nigdy nie czekałam ani chwili – pewnie po prostu widział mnie z okna, a to by znaczyło, że wypatrywał...), więc pomyślałam, może sobie pozwolił na sen, pewny, że mnie teraz przez dłuższy czas nie zobaczy, że ja go nie zobaczę śpiącego, wyjęłam klucze i otworzyłam, to wszystko musiało być dość hałaśliwe, szczęk tych kluczy, stukot obcasów, chwilowa krzątanina w przedpokoju, zanim znalazłam w jego kurtce właściwy pęk, później kątem oka zauważyłam przez uchylone drzwi pokoju fragment kołdry. Weszłam tam i omal nie wrzasnęłam ze strachu – leżał na wznak z otwartymi oczami i mnie nie widział, wyglądał, jakby był martwy, a więc nawet śpiąc, miał otwarte oczy, gdyby nie to, że koc wyraźnie i miarowo poruszał się w rytm jego oddechu, byłabym pewna, że zmarł. Pewna, że zmarł.