Castorp

Paweł Huelle
Castorp
  • słowo/obraz terytoria
    Gdańsk 2004
    130 x 200
    206 stron
    ISBN 83-89405-68-7

Paweł Huelle swoją nową powieść wywiódł z poczynionej przez autora Czarodziejskiej góry jednozdaniowej wzmianki o tym, że jego młody bohater, Hans Castorp, sposobiący się do inżynierskiego zawodu budowniczego okrętów, „miał już za sobą cztery półrocza studiów na politechnice gdańskiej”. Huelle napisał powieść o gdańskim epizodzie przyszłego pensjonariusza Berghofu.
Huelle tak modeluje bieg zdarzeń, żeby stanowiły one vorgeschichte wydarzeń, z jakimi Castorp będzie miał do czynienia w Mannowskim Berghofie. Jego powieść to Czarodziejska góra w zalążku, albo w miniaturze. Ale Huelle pisze swoją powieść nie tylko po to, by sprawić przyjemność cieniowi Tomasza Manna, ale i przekonać nas, że gdański epizod w życiu jego bohatera nie był bez znaczenia, że miejsce, do którego trafił, mogło i powinno było stać się miejscem brzemiennego w sensy spotkania. Dla wuja udzielającego Hansowi rad i przestróg, konsula Tienappla, „wschód” to czarna dziura i pokusa chaosu. Dla poznawanych przez Castorpa Gdańszczan, Polacy to sąsiedztwo bez twarzy, postrzegane jako nieprzyjazne i groźne. Eksponentką polskości staje się dla Castorpa fascynująca go piękna nieznajoma, Wanda Pilecka, właścicielska ziemska ze wschodu „dawnej Polski”, spotykająca się w Sopocie dyskretnie ze swoim rosyjskim kochankiem. Huelle zdaje się sądzić, że tak jak płodne i szczęśliwe były zaślubiny Kadmosa z Harmonią, Blake’owski mariaż Niebios i Piekieł, tak szczęśliwym związkiem mógłby okazać się związek tych dwojga, niemieckiego „naiwnego idealisty”, z tajemniczą i wodzącą na pokuszenie Polką. Pozostał niezrealizowaną szansą, wiedzą, że to, na czym najbardziej nam zależy, pozostaje zawsze poza naszym zasięgiem.

- Marek Zaleski

Fragment

W następujących po sobie szybko dniach września, kiedy na Esplanadzie pojawiły się już dojrzałe kasztany, a nad dachami Giełdy i Domu Hanzy prawdziwie jesienne cumulusy, zajęty przygotowaniami do podróży Hans Castorp nie miał czasu wracać myślami do tej rozmowy, choć zdawał sobie doskonale sprawę, jak niezwykły stanowiła wyłom w domowych obyczajach konsula Tienappla. Korespondencja z panią Wybe, u której wynająć zamierzał stancję, kompletowanie zapasu bielizny w najlepszych magazynach, uzupełnianie garderoby, z czym wiązały się dwukrotne nieraz w ciągu dnia wizyty u krawca, czy wreszcie lokata części swoich rachunków w wybranym z rozwagą i namysłem Banku Zbożowym w Gdańsku, a także sporządzenie listy niezbędnych przyborów toaletowych, których nie powinno mu zabraknąć w dalekim mieście – wszystko to zaprzątało Hansa Castorpa bez reszty. Miał także pewien dylemat, o którym powiedzieć możemy wyrozumiale, iż był młodzieńczy i w dużym stopniu związany z trzeźwą, acz niepozbawioną sentymentu uczuciowością. Jaką mianowicie drogą winien odbyć tę podróż? Przyszły budowniczy okrętów zrazu nie miał wątpliwości, że najbardziej stosowny byłby w tych okolicznościach statek, najlepiej handlowy, z kilkoma kajutami przeznaczonymi dla pasażerów. Z drugiej jednak strony, gdy myślał o połączeniach kolejowych i z uwagą studiował rozkłady jazdy, nie mógł nie oddać się pewnemu wspomnieniu, które niespodziewanie powracało do niego, pochylonego nad mapą, kilka kwadransów przed zaśnięciem: Ojciec i matka stali na oświetlonym rzęsiście gazowymi lampami peronie berlińskiego dworca, przy którym czekał już pociąg do bałtyckiego kurortu. Dzień spędzony w stolicy pełen był słońca, dźwięków wojskowej orkiestry, bąbelków lemoniady, zgrzytu hotelowej windy i rozgwaru rozmów, które ojciec toczył z kilkoma poważnymi kupcami na tarasie kawiarni. Hans Castorp nigdy nie miał się dowiedzieć, czy jechali wówczas przez Berlin z powodu interesów hamburskiej firmy ojca, czy też dla zasięgnięcia konsultacji u światowej sławy lekarza, profesora Landaua, który zapisał matce jakieś egzotyczne krople. Drobne wątpliwości blakły jednak zawsze wobec siły wspomnienia tamtej podróży. Sypialny przedział, oblany nikłym światłem elektrycznej lampki, jak tajemniczy kufer przesuwał się przez noc. To z niej wyłaniały się obrazy zapamiętane już na zawsze: okna śródmiejskich kamienic, w których sylwetki ludzkie przypominały wycięte z czarnego papieru figurki, puste perony prowincjonalnych stacji, samotne domki dróżników czy wreszcie welon porannej mgły, przechodzący za każdym razem we wspomnieniu w oślepiającą biel piaszczystych wydm, pośród których spędził wówczas mały Castorp kilkanaście najszczęśliwszych dni lata.
Wybór nie był więc łatwy: za podróżą statkiem przemawiało bliżej nieokreślone poczucie zawodowego obowiązku, kolej natomiast oferowała przyszłemu budowniczemu okrętów z góry określona przyjemność zanurzenia się w czasie przeszłym dokonanym. Ostatecznie wybrał tę pierwszą możliwość i zaopatrzywszy się w bilet Północnoniemieckiego Towarzystwa Żeglugowego Lloyda, dwudziestego ósmego września przekroczył trap „Merkurego”, który napędzany nowoczesną machiną parową, obrał kurs na Gdańsk, prując siwe fale morza z prędkością jedenastu węzłów. Kiedy za rufą drobnicową zniknęły ostatni dźwigi hamburskiego portu, wsparty o reling pasażer Hans Castorop odczuł nieznany mu dotąd rodzaj wzruszenia. Po raz pierwszy opuszczał swoje rodzinne miasto nie dla zimowej czy letniej kanikuły, ale po to, by zmienić bieg życia. Myślał o tym, patrząc, jak potężna siła obrotowej śruby wyrzuca nieustannie spienioną, ciemną masę wody. Wzburzony kilwater ciągnął się za rufą „Merkurego” wiele dziesiątków metrów i wreszcie znikał gdzieś daleko, wchłonięty przez żywioł.
Była w tej ruchliwości jakaś niepokojąca stałość, bezruch osiągnięty najwyższym natężeniem zmiany; ostatecznie pół mili za statkiem woda wyglądała tak, jakby nie przeorały jej przed chwilą setki ton stali, uformowane przez człowieka. Spostrzeżenie to, jakkolwiek oczywiste, zafrasowało Hansa Castorpa. Czyż nie podobnie mają się sprawy ludzkie? Nieustanny ruch zamiera nagle bez śladu w nieokreślonym punkcie horyzontu i to wszystko. Pastorzy mówią wprawdzie w takich chwilach o wieczności, filozofowie o pamięci, rodziny stawiają nagrobki i wspominają zmarłych, wszystko to jednak służy pragmatycznie żywym i nie zmienia postaci rzeczy; odchodzimy bez śladu, bezpowrotnie. Rozmyślając w ten sposób, młody podróżny wsparty o reling liniowego parowca odkrył nie bez pewnego zaskoczenia, że owa ciemna, pesymistyczna tonacja, która nigdy jeszcze nie zagościła w jego duszy na dobre, teraz manifestuje swoją ugruntowaną tam obecność. Przypominało to muzyczny motyw w tonacji moll nieznanego autorstwa, odbity echem nie wiadomo skąd, powracał jak fala. Przy tym wszystkim Castorp odkrył coś jeszcze: znajdował mianowicie pewien rodzaj przyjemności, aby motywu tego od siebie nie oddalać; przeciwnie – wsłuchiwał się weń z upodobaniem.
- Proszę założyć pelerynę! – tubalny głos spadł na młodego pasażera z łoskotem większym niż huk fali. – Tych małych kropelek nie widać ani nie czuć, ale za chwilę przemoczą pana do bielizny i zapalenie płuc gotowe. A my tutaj nie zajmujemy się leczeniem.
Zdumienie widoczne na twarzy Castorpa musiało być istotnie głębokie, skoro dziobatą twarz bosmana rozjaśnił przelotny uśmiech, z którym dodał rzeczowo:
- Peleryny dla pasażerów są wydawane przy oficerskiej mesie, nie powiedziano panu o tym? No tak, nie mamy specjalnego oficera, żeby tu państwem się zajmował.
Powiedziawszy to, marynarz obrócił się na pięcie i nie dając podróżnemu najmniejszej szansy na zdawkową choćby odpowiedź, ruszył na lewą burtę, przeskakując swobodnie liny zwinięte pod kabestanem.