Rodzinna historia lęku

Agata Tuszyńska
Rodzinna historia lęku
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2005
    145 x 205
    424 strony
    ISBN 83-08-03703-8

Agata Tuszyńska, znana do tej pory jako tropicielka cudzych śladów i biografii, tym razem podejmuje się re-konstrukcji swojej własnej historii, której cień towarzyszył jej zawsze i wszędzie jako rodzaj milczącej obecności. Urodzona w polskiej, inteligenckiej rodzinie, od najmłodszych lat chroniona przez bliskich, zwłaszcza matkę, przed dylematami związanymi z tzw. pochodzeniem i podwójną tożsamością, po latach odkrywa w sobie obecność tej kwestii od zawsze. Znak zapytania, dotyczący przeszłości rodziny ze strony matki gotów był stale do zwieńczenia niezadanego pytania. Wreszcie, nim pytanie owo zostało sformułowane, pojawiła się nieproszona odpowiedź i Tuszyńska, w wieku lat 19 poznała rodzinny sekret – jej matka jest Żydówką. Od tej chwili wiedza ta istniała w niej, jednak – jako niechciana – nie podlegała zgłębianiu. „Musiały minąć lata zanim znalazłam w sobie siłę na przyjęcie tej wiadomości” – pisze. Gotowa na przyjęcie wiadomości znaczy gotowa na zadawanie dalszych pytań i szukanie odpowiedzi, tropienie śladów przeszłości, rozliczanie się z ową przeszłością, z bliskimi i w końcu z sobą. Potrzeba zgłębiania tajemnicy przyszła z czasem, a owocem jej jest ta książka – kronika rodziny i własnej tożsamości, zapis drogi, którą trzeba było przebyć, aby na nowo poznać i zaakceptować siebie.
Książka Tuszyńskiej składa się z portretów, epizodów, domniemań i faktów – fragmentów współtworzących historię rodziny, zarówno tej ze strony ojca, Bogdana Tuszyńskiego, znanego sprawozdawcy i dziennikarza sportowego, jak i matki – Haliny z Przedborskich, córki Żydów z Łęczycy, która – dzięki przyjaciołom rodziny i zapobiegliwości swojej matki, Deli Goldstein-Przedborskiej, przeżyła wojnę i wkroczyła w powojenną historię, wymazując z pamięci przeszłość, a w każdym razie jej najboleśniejsze aspekty. Nowa historia, nowe życie, niechęć do wspomnień i własnego wcześniejszego losu. Można w tej nowej rzeczywistości próbować się odciąć, uciec od tego, co było – jednak historia kroczy za nami, domagając się odpomnienia, wyjaśnienia, reaktywacji. Tak też stało się w przypadku Agaty Tuszyńskiej. Od chwili, gdy matka zdradziła przed nią swoja (a zatem i jej) tożsamość, historia nie dawała spokoju, aż ślad po śladzie, data po dacie, nazwisko po nazwisku, imię po imieniu, twarz po twarzy została odkryta, uzupełniona, przywrócona. Tak więc autorka (a wraz z nią i my) dowiaduje się o początkach rodu w Łęczycy, wojennych losach matki, babki, i całej licznej rodziny, z której (to rzadkość) uratowało się kilkoro młodych, założyło własne domy, przedłużając dzieje skazanych na Zagładę.
Książka Tuszyńskiej to książka prywatna, własna, potrzebna autorce jako terapia, sposób na odzyskanie siebie, opowiedzenie sobie swojej historii. Ale i ciekawa dla nas – tych, którzy śledzą zrekonstruowane koleje losu obu rodzin, pejzaże pamięci. Jednak nie opowiadaniu niezwykłych zdarzeń ma służyć ta książka. Wpisuje się ona w nurt literatury autobiograficznej, która wyszła spod pióra tzw. drugiego pokolenia ocalałych, dzieci tych, którzy skazani zostali na Zagładę i którym udało się przeżyć.
„Ta książka nie ma zakończenia ponieważ dzieje się dalej. Nie ma zakończenia również dlatego, że nie chcę dokonać wyboru jednego dziedzictwa”. Jednak czy trzeba takiego wyboru dokonywać? Najważniejsze już się dokonało: zapomniane, porzucone istnienia zostały nazwane, ocalone, wydobyte z nicości, niczym paciorki nanizane na nić wspólnej historii; każdy zajął należne mu miejsce w rodzinnej historii – nawet jeśli jest to, jak ją nazywa autorka, historia lęku.

-
Dorota Krawczyńska

Fragment

Ta książka jest we mnie od lat. Jak ta tajemnica. Od chwili kiedy dowiedziałam się, że nie jestem tym, kim sądziłam, że jestem. Od momentu kiedy moja matka zdecydowała się powiedzieć mi, że jest Żydówką.

Miałam dziewiętnaście lat, ale nie od razu zdałam sobie sprawę ze znaczenia tych słów. Ani z ich konsekwencji. Minęło co najmniej dziesięć lat, zanim zaczęłam się oswajać z tą myślą, i jeszcze kilka, zanim potrafiłam coś z tym zrobić. Wychowałam się w polskiej rodzinie. Długo żyłam w schizofrenicznym rozdwojeniu, nie umiejąc ujawnić światu tej strasznej, jak sądziłam, prawdy. Ta książka jest zapisem mojej historii.

Urodziłam się w Polsce, w Warszawie, kilkanaście lat po wojnie. Miałam niebieskie oczy i jasne włosy, co stanowiła niezrozumiały powód do dumy dal mojej czarnookiej i czarnowłosej matki.

Jesteśmy pamięcią. Tym, co pamiętamy. I tym, co o nas pamiętają inni.

Coraz częściej myślę, że bardziej jeszcze jesteśmy niepamięcią. Ty, co zapominamy. Co w geście samoobrony wymazujemy z pamięci, wypieramy ze świadomości, omijamy w myślach. Unieważniamy, żeby było łatwiej lub lżej, żeby nie bolało albo nie przypominało bólu.

Nie pamiętam, kiedy moja matka powiedziała mi, ze jest Żydówką. Nie pamiętam ani tamtego dnia, ani pory roku, ani miejsca przy stole lub oknie, ani tonu jest głosu, ani treści jej słów. Nie pamiętam takiej rozmowy. Nic nie pamiętam.
    Może powiedziała, że podczas wojny ukrywała się w piwnicy. To nie musiało znaczyć nic więcej, w piwnicach i schronach ukrywało się wielu Polaków. Może powiedziała, że musiała uciekać przed Niemcami, znowu jak inni – ścigani przez Niemców, zabierani w łapankach, rozstrzeliwani na ulicach lub w lasach, zsyłani do obozów pracy – Polacy.
    Nie pamięta, jak to zrobiła, ale na pewno nie zaczęła od prześladowań i muru, piętna, naznaczenia, żółtej łaty. Zaczęła opowiadać mi historie. Najpierw o firance. Potem o mufce i o popielicach. Potem o dorożce sprzed murów getta. Nie od razu. Powoli. Żeby było łatwiej.

    Nie chciała, żebym miała garb. Była szczęśliwa, że urodziła niebieskooką dziewczynkę z jasnymi włosami. Dziewczynka miała polskiego ojca. Wychowywała mnie do życia w tym kraju.
    Niw chciała zrzucać dziecku na barki ciężaru, którego nie będzie w stanie udźwignąć. Nie chciała, żeby jej córka rosła w lęku i poczuciu krzywdy. Sądziła, że można poruszyć ten temat, kiedy będzie mogła to unieść i ewentualnie się bronić.

    Twierdzi, że powiedziała mi to, kiedy skończyłam dziewiętnaście lat. Nie mam powodu jej nie wierzyć.

    Każda rodzina ma historię. Wiele polskich rodzin ma historie tragiczne. W owych czasach nie zawsze dzielili się z dziećmi swoimi wojennymi doświadczeniami – udziałem w konspiracji, AK, walką w powstaniu warszawskim czy w lesie. Dopiero po latach zaczynali opowiadać o swoich przeżyciach, zarówno o cierpieniu, jak i o bohaterstwie. O budowało pokoleniowe więzi, wzajemnie dodawało sił. Ale wiadomość mojej matki nie należała do tego rodzaju. To było coś więcej. Bardziej. Nie tylko w rozmiarze cierpienia i tragedii, ale również w jej konsekwencjach. Nie było się czym chwalić, do czego nawiązywać ani z czego czerpać. Nie istniał ani heroizm śmierci, ani patriotyczne wzory, ani świętość tradycji, ani nadzieja przyszłości. To trzeba było ukryć. To coś.
 Musiały minąć lata, zanim znalazłam w sobie siłę na przyjęcie tej wiadomości. Zanim dopuściłam ją do świadomości, która się przed tym broniła. Potrzebowałam czasu, żeby to przyjąć. Ciągle – nie zaakceptować, ale rozważyć w sobie taką możliwość. I to się stało po kolejnych dziesięciu latach.
Czy się stało? Czy mogę o sobie powiedzieć: jestem Żydówką?
Nie.

Czy rzeczywiście moja matka opowiadała mi swoje wojenne historie? Czy opowiadała, czy może tylko chciała opowiedzieć, ale nie miała siły. Nie, wrogość pije się z mlekiem matki. Dziedziczy się lęk.

(…)

Kiedy moja mama wychodziła z zamkniętej dzielnicy żydowskiej na drugą stronę muru, było lato. Zimny sierpniowy dzień. Deszczowy. Nieduża dziewczynka z czarnymi warkoczami miała na sobie kilka par prążkowanych pończoch i dwie sukienki, założone jedna na drugą, no i jeszcze granatowy płaszczyk z kołnierzykiem i chusteczkę zawiązaną pod brodą. Szła ze swoją mamą, która trzymała ją mocno za rękę. Miały przejść przez budynek sądów na Lesznie. Widziała, że ma iść pewnym krokiem, bez wahania. Ciągle w tłumie, najlepiej w tłumie, jak inni, jak wielu – Żydów i nie-Żydów, po prostu interesantów, schodami na górę, korytarzami i znów schodami, w dół. Tylko tyle. Aż tyle. Mozolnie. Nie zauważyła, jak matka zdjęła opaskę. Nikt nie zwracał na nie uwagi.

Nie pamięta twarzy tych ludzi, którzy wyrośli przed nimi jak kolejny mur. Kilku mężczyzn i jedna kobieta, też w chustce, spod której wychodziły kosmyki włosów. Bały się Niemców. Ale to nie byli Niemcy. „Żydówko, dawaj, co masz”, usłyszały. „Bo zawieziemy cię na gestapo”.
Skuliły się, jak przyłapane na gorącym uczynku. Matka mojej mamy usiłowała się bronić, czemuś zaprzeczać, coś tłumaczyć, wreszcie prosić. Nic nie odnosiło rezultatów. I wtedy nadjechała dorożka. Polski z sumiastymi wąsami stanął w ich obronie.
„Dajcie spokój tej kobiecie”, krzyknął. „Czego od niej chcecie? Nie widzicie, że prowadzi dziecko, ledwo żywe ze strachu?” „Wsiadajcie!”, zwrócił się do nich.
W pośpiechu wskoczyły do dorożki. Matka podała umówiony wcześniej adres. W jej głosie było coś więcej niż ulga. Ruszyli. Dziewczynka trzymała się poły jej płaszcza, kiedy mijali kolejne ulice. Jechali długo. Nie poznawały miasta, nigdy go zresztą dobrze nie znały. Zapadał zmierzch. Błyszczały sklepowe wystawy. Mijali tramwaje i czarne niemieckie auta. Jakieś roześmiane towarzystwo wychodziło z narożnej restauracji. Ozdobne kapelusze kobiet wyglądały jak prosto od modystki. Nieco dalej, na dużym placu koło kościoła, kilku chłopców kopało piłkę. Miasto było zajęte sobą. „Świat nie kończy się na Umschlagplatzu”, myślały obie. Dorożka wjeżdżała w aleję Szucha, po chwili stanęła przed budynkiem gestapo. 
Dorożkarz odwrócił się na koźle: „A co? Myślałaś, Żydówko, ze cię nie oddam tam, gdzie twoje miejsce?” Uśmiechnął się, popychając je w kierunku bocznego wejścia.